Forum KGB
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Bochiński Tomasz "Opowieści praskie"
Autor Wiadomość
Nieznany 
Rektor
(czyt.: sprzątaczka)


Wiek: 44
Dołączył: 09 Lis 2006
Posty: 10506
Skąd: wiesz?
Wysłany: 2012-07-09, 09:56   Bochiński Tomasz "Opowieści praskie"

Fragment opowiadania „Czarownice na Pradze”.


Diagnoza
1.

Siedziałem w ulubionym skórzanym fotelu znalezionym kiedyś na śmietniku, wsparty łokciami o blat biurka. Trzęsło mnie; co zrobić, twardzielem nie jestem. Mam przesrane, pomyślałem. Dobrze, że matki nie było w domu, widok jej synusia, który w butach, płaszczu i czapce bandytce wlazł na pokoje i gapi się bezmyślnie w ścianę, mógłby ją nieco zdenerwować. Poczucie beznadziei było całkowite, trzymało mnie tylko to, że inaczej postąpić nie mogłem. Czasem naprawdę nie ma wyjścia i trzeba dać w mordę łachudrom, choćby miało się to później źle skończyć. No, ale co teraz? Matkę by gdzieś wysłać, bo jak kolesie zaczną, to mi może kipnąć na serce. To jest jakiś pomysł, na parę dni z pewnością przygarnie ją ciotka, potem może siora mamę przytuli na działce...
Dygotka trochę mi przeszła. Zsunąłem czapkę na tył głowy, przywarłem plecami do oparcia leniwca i jeszcze raz spróbowałem ułożyć sobie, co tak naprawdę się stało.
Normalnie wracałem od Remka, nieco na fali, nie zwróciłem uwagi na grupkę kolesi stojących na rogu Ząbkowskiej i Tarchomińskiej. Zawsze tam ktoś stał. Nawet krzyki mnie nie uprzedziły, mało to wrzasków słyszałem o dowolnej godzinie? Ale, gdy podszedłem bliżej, dostrzegłem, że szarpią jakieś kobity. Może gdybym nie był na rauszu, udałbym ślepotę i ominął towarzystwo. A może i nie, bo w zimnym blasku latarni dostrzegłem twarz Beaty, sąsiadki z podwórka. Nic nie myślałem, odpiąłem tylko guzik płaszcza i wchodząc pomiędzy ludzi sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni. Potrącony Lisu odwrócił się i powiedział:
– O Chinol, spadaj, świrze.
Zdążył wypowiedzieć kwestię, ale potem zastygł z otwartymi ustami, bo wydobyty przeze mnie płynnym, ćwiczonym przez lata gestem krótki bejsbol wylądował z trzaskiem na głowie najmłodszego Dudy. Nim łobuz padł, rąbnąłem Goworka w łokieć, aż zaryczał i wypuścił Beatę z objęć. Ta nie zwlekając uniosła kolano i Lisu runął obok Dudy. Druga kobitka, nieco przechodzona, ale apetyczna, zerwała z nogi but i obcasem trafiła w gębę bliżej nieznanego mi byczka w dresach. Farba zalała mu oczy, dla pewności dźgnąłem damskiego boksera bejsbolem w dołek. Stracił oddech i bezsilnie usiadł na krawężniku.
W tej trzeciej, okrągłej, poznałem Walczakową, złotniczkę z Otwockiej.
– Pani Jolu, co jest? – rzekłem z naganą w głosie.
Wzruszyła ramionami.
– Swoje kobity biją, a nawet gwałcić chcieli...
Miałem na końcu języka, że powinna skorzystać z tej niepowtarzalnej okazji, ale dałem spokój. Gdyby tak odmłodniała o trzydzieści kilo, jeszcze niejeden by się za nią obejrzał.
– Gwałcić?
– O, rajstopy mi porwał, skurwysyn– zauważyła Beata i wkurzona walnęła torebką przez łeb Goworka, który, przytulony do ściany kamienicy, próbował udawać, że go nie ma.
Kolesie nie mieli fartu, trzeba przyznać. Ale nie zmieniało to sytuacji, że trzeba było się zmywać.
– Drogie panie, tu coś niezdrowo się zrobiło, radziłbym sprawdzić, czy nie ma was w domach. Pstryknąłem w daszek czapki, schowałem bejsbola i ukłoniwszy się, odmaszerowałem. Usłyszałem jeszcze, jak Walczakowa mówi:
– Dobrze radziła Aga, żeby jechać taksówką, gdyby nie ten człowiek, marnie by z nami było.
I miała rację. Najmłodszy Duda, ostatni żywy z braci, był mendą najgorszej kategorii, a lubił otaczać się bandytami sobie podobnymi. Taki Goworek na przykład skatował niedawno Mańka Pawlickiego tak, że ten wylądował w szpitalu na reanimacji, bo nie chciał mu kopsnąć szluga. W drodze do domu przemyślałem to i owo. I– jak już nadmieniłem – miałem przerąbane. Jak nic będą chcieli mnie rozsmarować po asfalcie. Nie żeby strzelali, ale kosę jedną czy drugą to już z pewnością sprzedadzą. Minimum ojom gwarantowany.
Numer z bejsbolem był dobry na raz. Nosiłem kij od lat, ale nie pokazywałem nikomu. Przydał się, prawda, ale teraz będą już uprzedzeni. Co gorsza znają mnie, pewnie zacznie się od wytłukiwania szyb w oknach, podpalania drzwi. Może i matkę mi poturbują. Zacisnąłem szczęki aż do bólu. Co robić? Pobawią się ze mną, zaszczują, a wreszcie Duda, jak wydobrzeje, zarżnie mnie. Ale... znając siebie, nie dotrwam do tego finału. Pęknę, rozwalę na amen łeb któremuś ścierwu i pójdę siedzieć na długie lata, zupełnie jakbym człowieka zabił. Uciekać? Jak? Gdzie?
Nie... miałem przerąbane, bo cuda przecież się nie zdarzają.
Do drzwi ktoś zadzwonił. Aż podskoczyłem. Matka? Nie miała zwyczaju dzwonić. Zawsze sama otwierała. Kamanda Dudy? Bez żartów, tacy delikatni nie są, zresztą teraz zbierają gnaty do kupy. Jutro może się ruszą. Niechętnie poszedłem do drzwi. Kogokolwiek licho przyniosło, to absolutnie nie w porę.

2.
Beata stała przed lustrem, podziwiając nieco rozmazany makijaż, białą bluzkę ze śladami brudnych łap na biuście i beznadziejnie porwane nowe rajstopy. O– oczka poleciały od uda aż po kostkę. Ale przynajmniej rąbnęła kolesia w łeb, aż mu zęby zadzwoniły. Przebrać się? Nie, tak jak jest, będzie najlepiej, zaufała instynktowi, który nieodmiennie skutecznie pozwalał złapać w sidła każdego upatrzonego faceta. Zazwyczaj przy bliższym poznaniu sukinsyna i dupka. Takie jej szczęście. Ale teraz miało być inaczej, znaczy nic osobistego. Nadal dziwne dla niej było, że potrzebowały mężczyzny, ale wierzyła ciotkom, w tych sprawach wiedziały, co mówiły. Trzasnęła drzwiami, przebiegła przez puste podwórko i już po chwili dzwoniła do mieszkania nieświadomej ofiary.
Otworzył jej po chwili, spojrzał, zwolnił łańcuch. Stał milcząc, ciągle jeszcze w płaszczu, choć już bez czapki.
– Tak przyszłam… podziękować... – rzekła, nagle zdetonowana. Widziała przecież nieraz na podwórzu albo na ulicy, jak wodzi za nią wzrokiem. Teraz stał jakiś taki obojętny.
Skinął głową.
– Herbaty?
– Dzięki. Chętnie – odetchnęła z ulgą i zaproszona weszła do pokoju.
– Moment – rzucił – nastawię wodę.
Pierwszy raz była u Chinola, dotąd nie interesował jej – ani ładny, ani brzydki, dziwaczny w tym swoim płaszczu noszonym świątek i piątek. Spokojny, ustępliwy, po prostu szary. Co robić, gdy ją interesowali wyłącznie niegrzeczni chłopcy, pełni energii i głupich pomysłów.
Taki facet nie zaproponował by jej herbaty, gdyby zjawiła się u niego w podartych rajstopach, pełna wdzięczności za uratowanie... hm... powiedzmy cnoty. Zamiast usiąść, podeszła do regału pełnego książek: fantastyka, kryminały, ale i klasyka rosyjskiej powieści, część w oryginale. Dużo rzeczy historycznych, monografii... No tak, mól książkowy.
– Pomyślałem, że lepiej będzie, jak się kawy napijemy i po „maluchu”. – Nieco schrypnięty głos wyrwał Beatę z zamyślenia. Spojrzała na tacę – markowy koniak i filiżanki z prawdziwej porcelany – potem zaś zatrzymała wzrok na sinych od dwudniowego zarostu policzkach gospodarza. Nie taki on beznadziejny, jak myślałam, skonstatowała, a potem, westchnąwszy w duchu, usiadła naprzeciw w fotelu, grzecznie trzymając nogi razem, ale tak, by ślad na pończosze widoczny był aż po udo.
Posmakowała koniaku, zrobiła minę znawczyni, choć jako żywo nie gustowała w wymyślnych napitkach, i powiedziała:
– Głupio, nie? Tyle lat mieszkamy obok siebie, a nawet „cześć” sobie nie mówimy. W zasadzie dlaczego dali ci ksywę Chinol?
Na usta wypełzł mu krzywy uśmieszek. Dwoma palcami rozciągnął kąciki oczu. No, tak. Coś w tym było.
– Któryś przodek musiał mieć bliskie kontakty z jakimś żółtkiem – stwierdził. – Ale nie lubię tej ksywki.
– To jak mam mówić?
– W podstawówce wołali na mnie Filozof, a teraz, gdybyś mogła, mów po prostu Heniek. Może być?
Wyciągnęła rękę, by przybić piątkę, on jednak chwycił dłoń i lekko pocałował końce palców. Nie za czystych, trzeba przyznać. Skrępowana, zabrała rękę, przytrzymaną dłużej, niż to było potrzebne, i rozejrzała się jeszcze raz po pokoju.
– Tylko nie pytaj, czy to wszystko przeczytałem – rzucił. – Nie, nie wszystko, dzieła Wandy Wasilewskiej i Encyklopedię Gutenberga sobie odpuściłem.
Roześmiała się, odzyskując kontenans. Chinol... Heniek może nie był w jej typie, ale też nie okazał się drętwym głupcem. To miłe.
Po drugim łyku koniaku i ostrożnym spróbowaniu kawy – okazała się bardzo dobra – rzekła:
– Ci kolesie... odbiło im chyba. Własne kobity napadać? Przecież gdyby nas skrzywdzili, mieliby wojnę. I porachowane gnaty. W zasadzie powinni być wdzięczni, bo dostali bardzo mało...
– Nie będą wdzięczni. Duda i Goworek zabiliby własną matkę dla pięciu złotych, nie wiesz o tym? – Heniek wzruszył ramionami. – Zresztą od jakiegoś czasu, swój nie swój, uważać trzeba. Gnojki jak wilki, stadem atakują. Rozwalą łeb albo dziabną nożem dla czystej zabawy. Nie wiesz o tym?
Beata spoważniała, czas było przejść do meritum.
– Właśnie, ostatnio dużo dziwnych rzeczy się dzieje. O Wietnamcach słyszałeś?
– Paru odwaliło kitę, ale nikt im nie pomógł. Zawał czy coś. Może im własna kuchnia nie służy – Chinol uśmiechnął się krzywo.
– To raczej coś dużo gorszego...
Heniek popatrzył uważnie, milczał.
– Chcemy dojść, o co biega. Bo to śmierdzi i może zasmrodzić całą dzielnicę. Pomożesz?
– Podstarzałemu sabatowi czarownic? – uśmiechnął się krzywo.
Beata drgnęła. Czyżby coś wiedział? Nie, ot, zażartował. Ale on odczytał uważne spojrzenie po swojemu.
– No dobra, nie wszystkie są takie stare. A w kwestii pomocy, to nie sądzę. Będę miał teraz furę kłopotów i kompletny brak czasu.
– Duda?
– Ano.
– Żałujesz?
Wzruszył ramionami.
– Nie ma litości dla skurwysynów. Ale nie zmienia to sytuacji, że nie będę miał możliwości, by bawić się w detektywa. Bo o to chodzi?
– Między innymi. A gdyby Duda się od ciebie odwalił?
– O, to wtedy chętnie. Nudno ostatnio jakoś. Spraw tylko cud i jestem cały twój – zachichotał niespecjalnie wesoło.
Beata zaśmiała się w duchu. Nie wiedząc, wypowiedział formułę przysięgi. A ona sprawi cud.
–Trzymam za słowo. Za dzień, dwa pogadamy o szczegółach.
Wstała, odprowadził ją do drzwi i trzymał ręce przy sobie, czym – nie da się ukryć – zaimponował jej bardzo. Nawet przez chwilę pomyślała… ale nie. Interesy to interesy. Zadzwoni do Majora i Chinol, sam nie wiedząc kiedy, trafi do wiedźmiego kręgu. I o to chodzi, mała ... – pomyślała z zadowoleniem, schodząc ostrożnie po wyszczerbionych schodach.


Fragment opowiadania „Obcy na dzielnicy”


Miasto przywitało mnie gigantycznymi korkami. Obyczaje kierowców były dzikie, nie tak jednak, jak w Rio czy Sao Paulo. Do wytrzymania. No i moja terenówka budziła szacunek. Ranek w stolicy pełen gwaru, bieganiny i życia pozytywnie mnie zaskoczył. Krótki przegląd panienek pod hotelami w Centrum umocnił pozytywne nastawienie. Może zamiast wycierać bruki w Paryżu czy Rzymie, powinienem odwiedzać, że tak powiem, ojczyzny łono?
GPS prowadził jak po sznurku na Pragę, korki mnie nie stresowały, powolne podchodzenie zwierzyny należało do rytuału polowania. A tak właśnie się czułem: jakbym rozpoczął łowy. Dzielnica po prawej stronie Wisły to co innego niż chaotyczne, bezładne nagromadzenie budynków w City. Tu widać było, że nie jest to miasto zbudowane wczoraj. Pośród domów, nowych i na nowo odpicowanych, sterczały budynki o brudnym, odpadającym tynku, z dziesięcioleciami wypisanymi śladami po pociskach na frontach. Wyglądały niczym czarne pieńki prawdziwych zębów pomiędzy nowymi, często tandetnymi koronkami. Ludzie też zachowywali się inaczej, mniej się spieszyli, mieli czas pogadać czy wypić w ogródkach, a choćby i w bramach. Byli u siebie.
Dojechałem do Targowej, pomyślawszy chwilę, zaparkowałem tuż przy świeżo odremontowanym budynku, nad którego wejściem duże litery głosiły: „Muzeum Pragi”. Ja jednak bardziej zainteresowany byłem współczesnością. Wszedłem na znany mi z opowieści Bazar Różyckiego. Rozczarowałem się, cicho było i pustawo, kupcy kiwali się sennie. Pojedynczy potencjalni klienci chodzili ze znudzonymi minami. Ani śladu ruchu i gwaru, jaki kiedyś tu ponoć panował. A jednak zainteresowała mnie jedna rzecz, tuż przy bramie wychodzącej na Brzeską. Facet w wyszarzałej marynarce i spodniach od dresu smętnie ćmił papierosa nad rozłożonym na gazetach żelastwem. Od razu ręka wyciągnęła mi się ku nieodzownej w brazylijskim interiorze znajomej.
–Ile?
– Daj pan stówkę i styka.
Kwota była śmieszna, więc wbrew dobrym obyczajom sięgnąłem bez dalszych dyskusji do portfela. Wziąłem maczetę, podziwiając jej wyważenie, a odchodząc, machnąłem nią parę razy w powietrzu.
– Ej, klejencie! Uważaj pan, na to jest paragraf! – krzyknął za mną menel. Nie odpowiedziałem, patrząc na ostrze poznaczone charakterystycznymi rysami, broń wyraźnie miała swoją historię. Być może przywędrowała zza oceanu. Quien sabe? Zawróciłem i ponownie stanąłem przed sprzedawcą.
– Lekramacji nie uwzględnia się – rzucił, chwytając się za kieszeń.
– Pytanie mam. – Zaszeleściłem dychą.
– Pytać każdemu wolno – zgodził się, chowając banknot w zanadrze.
– Skąd ma pan ten zabytek?
– Zabytek? To stare żelastwo? Nowe takie można było setkami kupić na stadionie, jak jeszcze tam handlowali.
Spojrzałem wymownie.
– No dobra. Tu pod szóstem na Brzeskiej jeden gościu umarł. Głodek się nazywał. Nowy lokator wywalił śmieci, a ja przygarnąłem – rzekł nieogolony jegomość, patrząc na bruk. Wyraźnie coś kręcił.
– Głodek pan mówisz? A co jeszcze po nim zostało?
– A tam. Jakieś fotki i kupa szpargałów.
– I gdzie to jest?
– Mówiłem. Na śmietniku!
– Ejże, pójdę tam zaraz, no i wrócę, jakby co.
– No dobra, ten nowy lokator to jakiś pociotek Głodka. U niego wszystko zostało. Ejże, mówisz pan, że żelazo cenne jest? – ożywił się z nagła, w oczach zamigotała mu ukryta dotąd iskra inteligencji. – To wiesz pan co…
– Lekramacji nie uwzględnia się – przerwałem, robiąc zwrot na pięcie.
Mruczał coś za mną, ale pomyślałem tylko: vai to foder, mano, i wyszedłem na Brzeską. Skręciłem w prawo, oddalając się od Ząbkowskiej, gotów poświęcić poprzedniemu właścicielowi maczety kilka chwil; sprawa stryjka Stefana czekała pół wieku, poczeka jeszcze pół godziny.
I wtedy ją zobaczyłem.
Szła ku mnie pewnym, lekkim krokiem, prawie płynęła nad popękanymi płytami chodnika. Gdzie mogłem widzieć tę twarz? W Bombaju? Karaczi? Nigdzie, nigdzie, bo zapamiętałbym ją na zawsze. I jednocześnie nie potrafiłbym opisać urody, która na zawsze podzieliła moje życie na „przed” i „po”. Minęliśmy się, odwróciła głowę, poszedłem za nią jak bezwolny golem, utonąłem w przepastnych, pełnych smutku oczach.
– Nie idź za nią, człowieku – zgrzytliwy głos zerwał kotarę czaru. W bramie stała stuletnia chyba starucha, zgięta prawie w pół, dygocąca w konwulsjach parkinsona. Patrzyłem na szkaradę jak ktoś zbudzony z najpiękniejszego ze snów. Dałbym słowo, że nie trwało to dłużej nad sekundę, ale czarowne zjawisko zdążyło zniknąć. Wybiegłem sprintem na Ząbkowską –nigdzie nie było jej widać. Zajrzałem do paru bram, wreszcie otrząsnąłem się i wróciłem do staruchy.
Ale i ona ulotniła się. Stałem chwilę, dysząc jak po wielkim wysiłku. Wreszcie ruszyłem pod szóstkę. Dwóch srajdów wskazało drzwi klatki schodowej, gdzie mieszkał Głodek. Informacji udzielili chętnie, a nawet pospiesznie. Dopiero gdy odbiegli, zobaczyłem, że w ręce wciąż zaciskam maczetę. Wrzuciłem ją do torby, tego brakowało, żeby jakiś glina rzeczywiście się do mnie przyczepił. Stare drewniane schody, chłodny smród ziemniaków z piwnicy, i na mrocznym pięterku stanąłem pod drzwiami. Zastukałem raz, drugi.
– O co chodzi? – W wąskiej szparze dostrzegłem grubawego trzydziestolatka z mocno błyszczącą łysiną.
– Pan Głodek?
– Krzyżanowski, Głodek umarł trzy dni temu – odparł i chciał zamknąć.
– Ja właściwie do pana…
– Tak? – Mierzył mnie nieufnym spojrzeniem.
– Pan Głodek nie był zwykłym człowiekiem…
– Przepraszam, pan z policji? – zainteresował się nagle, uchylając nieco szerzej drzwi.
Poruszyłem głową, nie dając wyraźnej odpowiedzi.
– Ciekawi mnie zmarły, no i to włamanie ostatnio…
– A, to już wiecie, nie zgłaszałem, bo to w końcu drobiazg. Ale proszę wejść, chętnie odpowiem na pytania.
Ciemny przedpokój, stęchlizna i pajęczyny dawały przedsmak tego, co znajdowało się dalej. Bałagan dość totalny, podłogi zawalone stęchłymi szmatami i gazetami, wytyczone pomiędzy nimi ścieżki pozwalały iść tylko jeden za drugim. Dotarliśmy do jako tako odgruzowanego pokoiku. Usiedliśmy, a gospodarz uprzejmie zaproponował herbatę.
Równie uprzejmie odmówiłem i zagadnąłem od razu o pamiątki po Głodku. Osobiste – zaznaczyłem, czym starłem niepokój z twarzy gospodarza. Kasa mnie nie interesowała.
Przyniósł kartonowe pudło pełne fotografii, listów, jakichś starych gazet.
– Niech pan sobie nie przeszkadza – powiedziałem, wypraszając tym samym nowego właściciela z pokoju. Nie przyjął tego zbyt dobrze, ale widać pasowało mu to do policyjnych obyczajów, bo nawet nic nie mruknął pod nosem. Dopiero w drzwiach obrócił się i powiedział:
– Wuj był kiedyś kimś ważnym tu na Szmulkach. Ale ja nie mam z tym nic wspólnego – szybko dodał.
– Jak ważnym?
– A to już wy, policja, powinniście wiedzieć – odparł i odszedł, brodząc w śmieciach niczym bocian w bagnistej kałuży.
Nie zwracałem uwagi na łomoty, jakie zaczęły dochodzić z kuchni, bo pierwsze wyciągnięte z pudła zdjęcie rąbnęło mnie niczym obuchem. Ze starej fotografii patrzyły na mnie zimne oczy człowieka, który dotąd w Brazylii otoczony był ponurą sławą. Uśmiechał się, krzywiąc wąskie wargi, choć bardziej wyglądało na to, iż rzuca wyzwanie, warcząc niczym zajadły buldog.
Mówiono o nim Mr. Hungry albo Little Hungry. Śmielsi pozwalali sobie na: „senior Fominha”, a tylko całkiem pijani samobójcy odważali się na „senior Fominho”. Choć podobno miał w sobie coś ze sknery. Głodek… cholera… Mówili, że w końcu dopadli go Yapawari, a jego głowa zgniła na słupie przed ich wioską. Mówili, że przeniósł się do Sao Paulo i wiedzie życie jak Krezus. Powiadali, że wyemigrował do Stanów, gdzie został szarą eminencją republikanów. Ktoś go widział w Dubaju.
Rozejrzałem się po zrujnowanym mieszkaniu. Tak kończą się legendy. Dość miałem smrodu tego miejsca, dokumenty przejrzę później w wynajętym mieszkaniu. Przesypałem zawartość pudła do torby i wyszedłem, rzucając w przelocie „do widzenia”. Pociotek Głodka nie odpowiedział, zajęty wyrywaniem zlewu ze ściany. Zwariował? Chciał oddać na złom? Czy też – tknęło mnie – szukał kasy schowanej przez krewnego? Niech szuka, Głodek miał głowę do interesów, mógł mieszkać w chlewie, ale jeśli miał jakieś pieniądze, to leżały sobie spokojnie w którymś z banków na Kajmanach. Poza zasięgiem lepkich rączek rodzinki. Wyszedłem na Brzeską, rozejrzałem się bez zbytniej nadziei za tajemniczą pięknością i ruszyłem Ząbkowską do miejsca, gdzie miałem zasięgnąć informacji. Z głowy nie potrafiłem wypędzić myśli, że spotkanie z duchem Głodka, jednego z założycieli Amazonas i najlepszego w tym fachu killera, nie może być przypadkiem. Niby bzdura, ale człowiek po latach w dżungli staje się nieco przesądny. Obszedłem kamienicę dokoła, lubię wiedzieć co w trawie piszczy. Na podwórku nie tyle zapiszczał, co zachrypiał na mnie menel siedzący na schodkach jakiegoś zamkniętego od wieku przybytku.
– E! Frajer!
W zasadzie miałem wielką ochotę wytłumaczyć mu nietakt, ale trochę się obawiałem o swoje białe spodnie i koszulę. Widać to wyczuł, bo skrzywił się w szkaradnym uśmiechu. A jak spod ziemi wyrósł przy nim pies, potwornej wielkości mieszaniec. Nie, żebym się wystraszył, ale być może musiałbym zaszlachtować bydlę, a to już się nie kalkulowało. Miałem odnaleźć miejsca i ludzi, a nie wywoływać aferę. Minąłem więc zgrany duet z wyniosłym milczeniem i wszedłem w cień bramy. Kamienica była odpicowana, ale i tak na klatce schodowej przywitał mnie smrodek gnijących pyr. Normalka w starych domach. Wszedłem na pierwsze piętro. Sprawdziłem jeszcze numer mieszkania i zdecydowanie nacisnąłem dzwonek. Długo brzęczał, nim wreszcie uchyliły się drzwi.
– Pan do kogo?
– Przepraszam… Czy może mieszka tu wdowa po Wincentym Andruszkiewiczu?
Kobieta na oko pod trzydziestkę rozmamłana i naznaczona „wesołym życiem” otworzyła usta, nie prezentując tym nadmiernej inteligencji. Potem zamknęła gwałtownie i usta, i drzwi. Zapukałem energicznie, nie zamierzałem dać się spławić. Ale zza drzwi rozległo się tylko: – Spadaj, palancie! Bo gliny wezwę! Zrozumiałem, że pierwsza rozmowa w powierzonej mi sprawie właśnie dobiegła końca. Nim jednak zdołałem cokolwiek uczynić, drzwi po prawej uchyliły się lekko i wyjrzał zza nich facet w średnim wieku, mocno zniszczony wódką, z uśmieszkiem na wąskich ustach.
– Spławiła pana? A i nie ma co się dziwić. Jak Andruszkiewiczowa kopnęła w kalendarz, to matka Romki, co to mieszka na czwartym, weszła na grande do lokalu. Jakoś potem wyprowadzili sprawe, na legalu mieszkają, ale kobita dalej czuła na tem punkcie – wyjaśnił wcale uprzejmie.
– No to klops! – powiedziałem.
– A o co sie rozchodzi?
– Miałem parę pytań do pani Andruszkiewiczowej.
– Względem?
– Względem jej męża.
– Aaa! O Marynarza chodzi! Ale on to dawno kojfnął. Jeszcze mnie na świecie nie było, a moja mamusia to w Wólce Mlądzkiej mieszkała, panienką będąc – rzekł wylewnie i chuchnął czymś dziwnym. Denaturat? Politura? – Nie masz pan farta – zasmęcił się lokator spod „czwórki”.
– Ano nie mam. Filho da puta! – mruknąłem, zbierając się do odejścia.
– Zaraz, zaraz, panie zagraniczny – zawołał pijaczek, łapiąc mnie za rękaw marynarki. – Znam jednego, co się przyjaźnił z Marynarzem i z tem jego kumplem od knajpy. Tylko… – tu uczynił gest liczenia banknotów – pamięć ma słabą.
Sięgnąłem po portfel, z grubego zwitka stryjkowych pieniędzy wyjąłem setkę. I już wiedziałem, że popełniłem błąd. Menelikowi aż oczy się zaświeciły na widok kasy. Oblizał wargi i powiedział: – Dziś na szóstą go umówię. W tym garażu podziemnym pod Wileniakiem.
– W garażu? – powtórzyłem i zrobiłem zadowoloną minę, by całkiem uznał mnie za frajera, którego grzech nie skroić na grubszą mamonę. – To dobrze, zaparkuję tam.
Tego dnia nie szukałem już ludzi z wypiski stryjka. Postanowiłem zabawić się nieco z tutejszymi cwaniakami. Należą mi się przecież jakieś rozrywki na urlopie. Nie?


Źródło: Katedra.
_________________
"Masz styl i masz klasę, zostań moim przydupasem".
Stephen King "Ręka mistrza"

 
  Zaproszone osoby: 1
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Wersja forum PDA/GSM

Template NoseBleed v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne

Forum administrowane przez: Grimlock, Nieznany


Forum Książki - zapraszamy!