Forum KGB
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Być jednym z nas.
Autor Wiadomość
Pinky
Gość
Wysłany: 2004-08-01, 03:02   Być jednym z nas.

Wietnam, 1 Strefa Taktyczna, Baza Khe Shan blisko granicy z Laosem i Linią Demarkacyjną z Wietnamem Północnym, wzgórze 861, najdalej wysunięty bunkier nasłuchu. 26 Pułk Piechoty Morskiej, 3 Batalion, kompania 3, 4 Pluton Marines Recon. Rok 1968, 21 Styczeń, godzina 05:25.

Misiu od dwudziestu minut czyścił swoją M60 szczoteczką do zębów, robił to skrupulatnie i całkowicie po ciemku. Nie wiem jak was ale mnie zawsze doprowadzają do szału pokazy pedanterii, to że mój karabin wyglądał przeważnie jak łopata, którą przed chwilą ktoś kopał w czerwonawej glince wcale nie przeszkadzało mi w strzelaniu do Viet Congu. Inna sprawa że chyba żadnego jeszcze z niego nie zabiłem, a wierzcie mi miałem okazje już kilka razy zobaczyć Nieuchwytnych. W sumie już dawno powinienem opierdolić Misia żeby przestał, ale zaczepianie olbrzymiego murzyna o klasycznej sylwetce atlety, z twarzą co prawda sympatyczną ale w ciemnościach ten fakt nie dodawał wcale otuchy, nie mieściło się w moich planach. W dodatku wszyscy jesteśmy cholernie zdenerwowani, wiadomo co takiemu czarnemu strzeli do głowy ?. Powolnym ruchem wyjrzałem przez strzelnicę, ciemno jak w dupie u Miśka. Trąciłem lekko nogą, śpiącego obok mnie Billy’ego, zbudził się czujnie niczym dzikie zwierze. Najciszej jak umiał wymamrotał:
- Nie śpię, przecież.
- Wiem, daj noktowizor.
Powolnym ruchem obejrzałem całe nasze przedpole. Nic, nic do czego można by strzelić.
Kucnąłem i oddałem urządzenie Billemu. Miś cicho zagrzechotał amunicją, jego czarna sylwetka siedziała na metalowym pudle, po chwili usłyszałem jak zabrał się do przecierania szmatką taśmy z nabojami. Nie wytrzymałem:
- Misiu daj sobie gówniany spokój, jak będzie miało ci się zaciąć to kurestwo to się na pewno zatnie.
- Czuje że dziś moja „Świnka” będzie potrzebna, i to cholernie bardzo potrzebna.
Nie będę się spierał z Misiem wszyscy wiedzieliśmy że coś się kroi.
- Czas na zmianę. - Billy wychylił się przez strzelnicę i rzucił kamieniem w bunkier za nami.
Nagle niesamowite jasności rozdarły mrok naszej nory, ogłuszający huk zatkał mi bębenki w uszach. Było jasno jak w dzień i widziałem jak Billy jeszcze porusza niezrozumiale ustami. Zaczęło się, boże jedyny zaczęło się. Rzuciłem się do strzelnicy i wystrzeliłem ze trzy flary. Na przedpolu pusto. Huk z kierunku bazy trochę ucichł, ale nie ustawał jakby co najmniej strzelała tam kompania wojska na raz. Billy zajął pozycję obok Misia podał mu taśmę do RKMu.
- Ja chciałem tylko ich obudzić żeby nas zmienili nie wiedziałem że Oni są tak blisko.
- Zamknij się Billy !.
Na przedpolu nadal pusto ani jednego Żółtka, czas zaczął się wlec niczym nasza piechota na patrolu. Wystrzeliłem jeszcze parę flar. Do bunkra wpełzł przez tylną strzelnicę Grey, nasz kapral. W ostrym świetle zobaczyłem jego osławione oczy sztylety.
- Kiedy wy spaliście saperzy Charliego przecięli druty kolczaste i teraz macie na co zasłużyliście. Sierżant mówił żeby utrzymać pozycję, bo wam nogi z dupy powyrywa.
- Odwal się, jak ich zobaczę będę spierdalał. – Nie mogłem wytrzymać jego wzroku. Sierżant nazywany przez nas Championem mógł mi właśnie teraz naskoczyć.
- To zacznij już teraz.
Spojrzałem na połać wypalonej napalmem ziemi przed naszym bunkrem, jakieś dwieście metrów od nas biegła niczym armia ciemności, grupa kilkudziesięciu pochylonych sylwetek zmierzająca w naszym kierunku.
Gorączkowo złapałem za przełączniki od Clayomorów porozstawianych przed nami, podniecony czekałem aż się zbliżą, chodźcie skurwiele czekam. Trzysta metrów od nas. Billy wyjrzał przez strzelnicę, na głowie miał założone jeden na drugi, dwa hełmy. Dwieście metrów. Było jasno jak w dzień, czułem jak po twarzy pełza mi jakiś owad. Sto pięćdziesiąt, teraz !. Fontanna ognia i odłamków bryznęła w kierunku tamtych. Kilka sylwetek znikło zmiecione wybuchem, usłyszałem jak Misiu otworzył ogień z M 60 waląc w nich długą serią. Zafascynowany patrzyłem jak niektórzy z nich podrygują w tańcu śmierci, kilku nie wytrzymało i padło na ziemię odpowiadając ogniem, rozbłyski z ich luf wskazywały dokładniej mu cele, niektórzy biegli dalej, aż zmiotła ich fala śmierci bijąca z naszego bunkra. Uświadomiłem sobie że trzymam swój karabinek i też do nich strzelam. Nawet nie wiem kiedy go złapałem. Po chwili nie miałem już do kogo strzelać, wszyscy zginęli albo leżeli przyczajeni, przerwaliśmy ogień. Zdenerwowany do granic możliwości podskoczyłem kiedy nagle usłyszałem bardzo blisko przed nami jakiś szczekliwy głos wykrzykujący coś po Wietnamsku. To był chyba rozkaz otwarcia ognia, bo zobaczyłem pełno rozbłysków z luf skierowanych w naszym kierunku. Dach naszego ziemno drewnianego bunkra zagotował się nad nami od strzałów. Widziałem jak w naszym kierunku mknęły po łuku, wyglądające jak duże wielkości piłki do pingponga, świecące pociski smugowe. Padłem na dno okopu. Aby usprawiedliwić ten uczynek przed kolegami, udałem że szukam, torby z magazynkami. Przytroczyłem ją do szelek, i wcale nie uspokojony wyjrzałem ponownie przez dziurę. Przed nami strzelano do nas, nad nami mknęły pociski z tylnego bunkra, z lewej i trochę bardziej do tyłu widziałem wybuchy granatów rozpryskowych, stał tam bunkier obsadzony przez drużynę Delta. Boże jedyny tam Viet Cong jest tak blisko że obrzucali ich granatami, zaraz dojdą do nas. Tym razem nie próbowali masowego ataku, tylko pojedynczo lub małym grupami podrywali się do skoków a reszta dawała im ogień osłonowy. Za mało nas było na Charliego, a oni byli rozsypani dokoła nas i podchodzili coraz bliżej. W jednej z nielicznych przerw w strzelaniu kiedy zmieniałem magazynek, krzyknąłem do Greya.
- Zaczyna się robić gorąco, rozkaz Championa nadal obowiązuje ?
- Pieprzyć Sierżanta.
- Misiu daj osłonę. Billy zbieraj graty.
Misio załadował taśmę z amunicją do Świnki i zaczął grzać we wszystkich kierunkach. Billy nie czekając rozkazu złapał jakiś plecak i wyrwał przez właz. Nie dałem mu się wyprzedzić, biegłem jak szalony, z kieszeni spodni wypadły mi puste magazynki. Pieprzyć je, Playboy schowany za pazuchą też wypadł. Zawróciłem po niego i wpadłem na Misia, jęknąłem upadając na ziemię, przygniotło mnie dziewięćdziesiąt kilo żywej wagi. Zaraz potem biegnący Grey potknął się o moją głowę i zwalił się na nas. Miałem ochotę umrzeć, twarz weszła mi w rudą glinkę, zapasowe magazynki w torbie zwanej przez nas nadupnikiem wbiły się w nerkę, która zaczęła płonąć bólem. Bałem się tak bardzo że nie byłem pewien czy mam pełne spodnie, chyba nie miałem. Ledwo podniosłem głowę, ujrzałem jak nasz bunkier wytrysnął snopem iskier, odłamków i ziemi. Pozbieraliśmy się jakoś i zaczęliśmy zorganizowany odwrót polegający na tym że teraz każdy wiał do bunkra w jednostajnym tempie, gęsiego. Cały nasz zespolony wysiłek wziął w diabli kiedy obok nas przebiegł Billy, w odwrotnym do naszego kierunku. Przebiegając obok Greya, Billi wywrócił się na ziemię. Serce podskoczyło mi do gardła kiedy pomyślałem że go trafili, na szczęście to nasz nieoceniony kapral zatrzymał szczeniaka podstawiając mu nogę.
- Ty gdzie ? Życie ci niemiłe ?
- Grey przecież trzeba wykonać rozkaz. – Billy palił się do zabicia wszystkiego co się rusza.
- Wypierdalaj gnoju, jazda stad. – Grey spojrzał na niego tym swoim skurwysyńskim wzrokiem, od którego ścinał się mocz w pęcherzu.
- Tak jest. – Jedyna odpowiedź która zawsze padała po takim spojrzeniu.
Bez kłopotów dobiegliśmy do bunkra, zjechałem przez poziomą strzelnicę na jakieś skrzynki.
- Wiedziałem że mnie nie posłuchacie, chociaż raz dobrze zrobiliście. – Pochwalił nas Champion. Normalnie skomentowałbym te słowa, ale dziś tej szczególnej nocy jakoś nie miałem na to ochoty.
- Jaka sytuacja szefie ?
- A jak ma być ? Nie macie już gdzie spierdalać, za nami są bunkry drużyny moździerzy a oni są pierwszy raz w ogniu. Nie chcesz chyba dostać kulki od swoich.
- Ani od wroga.
- Dobra ruszaj do prawego okopu z Brutalem i tym .... no wiesz, nowym. Jak się nazywasz synu ?
Młody chłopak który od wczoraj był przydzielony do naszego plutonu, na miejsce lekko rannego na patrolu dr Morfiego, który co prawda nie był medykiem ale kiedy do nas trafił niewiele mu już brakowało do dyplomu. Teraz stracił swoją minę ulicznego cwaniaczka, na wyraz twarzy przestraszonego gówniarza, który jest w ciemnym miejscu daleko od domu, razem ze złymi obcymi sobie ludźmi, a wszędzie dookoła niego przebiega linia frontu pełna tych gorszych od nich.
- Hovell, przez dwa l panie sierżancie.
- Dobra Hovell przez dwa l, pójdziesz z Brutalem i ze Śliskim i masz się ich słuchać bardziej niż rodzonej matki. Zrozumiałeś ?
Champion nachylił się nade mną i wyszeptał mi do ucha.
- Uważaj na niego, to dzieciak jakiegoś majora czy nawet generała, dostał się tu bo jego ojciec uważa że powinien zaczynać od szeregowca tak jak on. Ma w ogniu walki bohaterskimi czynami wyrobić sobie markę, kiedy już trafi do szkoły oficerskiej. Podoba mi się ten gnój, trochę nadrabia miną ale mi się podoba, mam ochotę po tym wszystkim trafić za biurko na ciepła posadkę, wiec tego nie schrzań.
- Spoko, będę jego mamką.
Zaczęliśmy pakować z brutalem granaty i zapasowe magazynki po kieszeniach, i schyleni wychodziliśmy z ziemianki, kiedy Champion krzyknął za nami.
- Aha, byłbym zapomniał Morfi wrócił, tak długo czekaliśmy na uzupełnienie, że kiedy nadeszło on już zdążył się wylizać. Jest w bazie jutro pewnie go nam podeślą.
Ale my już szliśmy zgarbieni okopem w kształcie pochyłej litery z, a za nami wlókł się przerażony kandydat na generała, Hovell przez dwa l. Gdybym ja miał ojca generała to byłbym daleko stad, ale niestety mój ojciec był zapijaczonym bileterem w kinie i jedyne co mógł dla mnie zrobić to od czasu do czasu wpuścić mnie za darmo. Cóż ktoś musi mieć ojca biletera. Znaleźliśmy się na miejscu, od zwykłego okopu różniło się ono tylko tym że było szersze i miało wykopany dołek pośrodku na wypadek gdyby ktoś wrzucił nam granat na rozrywkę. Przycupnęliśmy, i w tym momencie nasz bunkier otworzył ogień, widziałem jak z RKMu Misia walił co trzeci smugowy pocisk i pokazywał cele które strzelały do nich. Fajnie u nas się dopiero zacznie. Nagle dzieciak wychylił się i zanim zdążyłem zareagować strzelił krótką serię z ramienia w kierunku skąd walili do bunkra.
- Kurwa ! nie strzelaj, zdradzisz naszą pozycję.
Nic nie odpowiedział tylko pochylił głowę przepraszającym gestem. Przybliżyłem się do niego, wolę być bliżej koleś jest niebezpieczny. Z bunkra wystrzelili flary które nas trochę oświetliły. Dopiero teraz mogłem przyjrzeć się mu z bliska w ich ostrym i świetle. Był chyba z trzy lata starszy ode mnie i miał delikatny nos i duże oczy, małe uszy lekko mu odstawały, usta zaś zaciśnięte w jedną kreskę zdradzały determinację. Chyba był blondynem ale jego dżunglowy kapelusz typu Boonie zasłaniał mu włosy. To była miła twarz poważnego chłopaka. Przedtem jakoś nie miałem czasu żeby go obejrzeć, zresztą nowym nie poświęca się zazwyczaj wiele uwagi, szybko obrywają. Ten był jednak inny, przestraszony ale tak jakoś na swój sposób skupiony i spokojny, wzbudzał sympatię.
- Przepraszam Śliski ale nie wiedziałem.
- To czego cię na kursie uczyli ?
- Właśnie tego, ale większość kursu spędziłem na izbie chorych, symulowałem, nawet nie wiem jakim cudem go ukończyłem.
Ja wiedziałem, uczynił to jego ojciec. Cóż mimo wszystko chłopak trochę kombinuje.
Skupiłem się na przedpolu i od razu jednocześnie z Brutalem strzeliliśmy do jakiegoś Żółtka który przykucnięty, usiłował rzucić w nas granatem. Ten padł ale jego przesyłka zdążyła już zatoczyć łuk i zmierzała w naszą stronę. Padłem na dno okopu jednocześnie lekko popychając chłopaka. Huk po którym usłyszałem jakiś pisk w uszach, a potem przysypały nas grudki ziemi i drobne kamyki. Poderwałem się od razu kiedy przeszła fala uderzeniowa, i w świetle flar zobaczyłem rozsypanych dookoła partyzantów. Wywaliłem chyba cały magazynek do jakiejś pochylonej sylwetki biegnącej w moim kierunku. Dopiero teraz uświadomiłem sobie że wszyscy do których strzelaliśmy mieli krótkie czarne spodenki a niektórzy z nich na ramionach plecaki, mieli za dużo granatów jak na zwykły odział. Grey się nie mylił, to byli saperzy Viet Congu elita partyzancka, doskonale wyszkolona elita. Teraz już wiem jak do nas podeszli, kilku z nich, prawie nagich, ubranych jedynie w przepaski zaznaczyło ścieżki przez pole minowe dla reszty i poprzecinało nasze zasieki. Nie trącili przy tym ani jednej puszki którymi obwieszone były druty, niczym choinki bożonarodzeniowe. Smagałem ołowiem wylatującym z lufy te cienie i sylwetki, wiem że coś krzyczałem, chyba jakieś przekleństwa ale nie jestem pewien. Po wybuchu miałem jakby watę w uszach i wiem że Brutal też coś wołał ale i tego nie słyszałem. Słyszałem za to wystrzały moje i Hovella. Pragnąłem ich śmierci, tak bardzo pragnąłem że dałbym się zabić gdybym tylko wiedział że pociągnę ich za sobą. Niech się palą głupie skurwysyny, niech zdychają tak jak Cichy z wyprutymi flakami na wierzchu i z urwaną dolną szczęką. Jak Stancook który rzygał krwią przez cały dzień bo nie mógł go podnieść śmigłowiec Medevacu. Niczym Moris który powoli palił się żywcem w bunkrze krzycząc tak że Lynch oszalał. Żółte bydlaki, musicie za nich wszystkich zapłacić swoją krwią, ja wam ją wytoczę, w końcu mam was w dowolnej ilości i mogę was zabijać. Nie wiem ile trwał ten szał ale skończył się w chwili gdy ładowałem nowy magazynek do CARa . Przykucnąłem w transzei i właśnie go wkładałem kiedy Hovell stanął w bezruchu w klasycznej pozycji strzelca. Coś było nie tak, dotychczas opróżniał magazynki w zastraszającym tempie a teraz stał niczym pomnik. Wychyliłem się z nasypu i około trzydziestu metrów od nas zobaczyłem jak jeden z saperów celował do nas z ręcznego granatnika. Czas zaczął się wlec niczym patrol w dżungli. Czułem jak ogromna kropla potu niczym ślimak, ścieka mi po twarzy, żłobiła swoje kręte ścieżki sunąc niczym lodowiec. Całą swoją uwagę skupiłem na oczach wroga, coś jarzyło się w jego źrenicach, przysiągłbym że gorzały w nich duszne otchłanie piekieł. Jego usta otworzyły się w szerokim grymasie, przypominającym trupi uśmiech ludzkiej czaszki. Boże, ujrzałem swoją śmierć, czy to już koniec wszystkiego ? Jej oczy lśnią diabelsko piekielnym ogniem, to anioł zniszczenia. Przyszedł po mnie. Krzyknąłem a krzyk rozciągnął się niczym nadmuchiwany gumowy balon. Potem poczułem jak osuwam się na ziemię pociągnięty jakąś siłą. Ciemność nastała błyskawicznie, zapadłem się w nią jakbym nurkował w basenie pełnym czarnego atramentu, kosmata i ciepła wtuliła mnie w swoje ramiona. Nie wiem ile to trwało ale chyba niedługo bo ocknąłem się kaszląc i wypluwając ziemię z ust i gardła. Ktoś mówił do mnie ale jego głos docierał do mnie strasznie przytłumiony. Otworzyłem oczy i zobaczyłem Brutala tarmoszącego mnie za koszulę.
- Puść, pomniesz mi mundur paradny.
- Śliski żyjesz ! Ty matkojebco żyjesz !
- Brutal co się stało ?
- Gnojek cię zasłonił, padając na ciebie, przed chwilą cię odkopałem.
- Jestem ranny, czy oberwałem ?
- Niestety nie, jesteś cały człowieku. Tylko się tak nie drzyj.
Rozejrzałem się, transzeją biegli w naszym kierunku Billy i Grey, za nimi walił komicznymi susami Misio i chyba cała reszta naszej drużyny. Mój okop był strasznie przysypany ziemią i resztkami worków z piaskiem. Obok mnie leżał cały we krwi, posiekany odłamkami Hovell. Jego twarz nadal była czysta jakby przed chwilą się umył, miał na niej zastygły grymas, jakby zniechęcenia albo bólu. Tułów był jednym kawałkiem posiekanego mięsa, zielonej tkaniny, krwi i ziemi. Dlaczego to zrobił ? Odruchowo czy może z wyrachowaniem rzucił się na mnie ? Co myślał kiedy to zrobił ? Nigdy się nie dowiem. Brutal podniósł jego karabin i wyjął magazynek, sprawdził komorę nabojową.
- Pusty, gnojek wystrzelił całą amunicję.
- To dlatego nie strzelał. A ja myślałem że sparaliżował go strach.
- Co mówisz Śliski ? Nic nie słyszę.
- Nic, teraz to już nie jest ważne.
Dobiegli do nas i bez słowa zapakowaliśmy go w poncho Rabina, oderwałem mu połówkę blaszanego nieśmiertelnika i zawiesiłem na swoim łańcuszku, Rabin złapał swoje poncho w miejscu gdzie Hovell miał nogi a barczysty Olaf po drugiej stronie. Rozumieliśmy się bez słów, wszyscy robiliśmy to przynajmniej raz, to znaczy ewakuowaliśmy się z trupem. Z naszego bunkra unosił się gęsty dym, dopiero jak go zobaczyłem uświadomiłem sobie że jest już od dawna widno. W naszym kierunku poleciały pierwsze strzały, ale Miś przycisnął strzelców do ziemi gradem pocisków. Zaczęło się wielkie wianie. Tak to mieliśmy opracowane do perfekcji, Miś nas osłaniał a razem z nim został z tyłu Billy ze strzelbą nabitą pociskami z loftkami. To w razie gdyby któryś z Żółtków podszedł do nich za blisko, w między czasie ustawiał kilka Claymorów. W odpowiednim momencie kiedy oddaliliśmy się od nich na wystarczającą odległość a przeciwnicy byli przygniecieni ogniem z RKMu, Billy rozrzucał dokoła siebie wszystkie nasze świece dymne a Miś spieprzał stamtąd najszybciej jak mógł. Kiedy docierał do nas i mogliśmy zobaczyć biegnącego Billy’ego strzelaliśmy wkoło niego, uważając żeby go nie trafić. Potem to już była kwestia nóg i strachu. Pewnie niejeden trener długodystansowców zdziwiłby się gdyby znał nasz czas na tysiąc metrów, jego podopieczni nie mieli szczęścia mieć takiej motywacji jak my. Byliśmy już w połowie drogi biegnącej pod górę do pierwszego bunkra moździerzy skąd chyba dawali nam wsparcie ( Washington mówił że na początku kilku żółtodziobów strzelało do nas, ale biorąc pod uwagę że potem się sprawdzili i nikt z nas nie oberwał, wspaniałomyślnie wybaczyliśmy im) kiedy usłyszeliśmy detonację min nastawionych przez Billa. Wszyscy stanęli zdziwieni i popatrzyli się do tyłu. Pierwszy raz udało się nam złapać na ten numer Żółtków, nie wierzyliśmy własnym uszom, ale to była prawda. Bezpiecznie dobiegliśmy do bunkrów. Dopadł do nas jakiś wymuskany sierżant sztabowy z trzcinką pod pachą i zaczął się pytać o sytuację. Olaf zwalił mu pod nogi martwego Hovella i łapiąc oddech wyjaśnił mu sprawę. Sierżant był wyrozumiały i udawał że nie słyszy. Jezu słodki, w umocnieniach chłopców z drużyny moździerzy był już cały nasz pluton. Zwiali na długo przed nami, byliśmy ostatni. Champion zdał relację naszemu porucznikowi który miał ksywę Alamo zresztą nazwisko jego brzmiało tak samo. Jabloński z drużyny Delta podszedł do mnie i dał łyk jakiejś wódy, która za chwilę powędrowała kolejno po wszystkich.
- Wiecie że przegrupowujemy się do odbicia lądowiska.
Nikt nie wyjaśnił mu że dopiero teraz się dowiedzieliśmy o zajęciu lądowiska dla śmigłowców.
- Jabloński, pieprzysz niczym radio Hanoi, nigdzie się stąd nie ruszamy.
- Wytłumaczcie to Staremu.
Porucznik podszedł do nas pochylony niczym pod obstrzałem, przykucnął lewą ręką w której nie trzymał karabinu potarł na brodzie małą ledwo zagojoną bliznę, pewnie znów go swędziała. Był od nas niewiele starszy może z dwa lata może trochę więcej, ale rozmawiając z nim miało się wrażenie że jest o wiele starszy nawet od Kapitana Kramera który miał powyżej trzydziestki. Czuł się za nas odpowiedzialny i chyba to go tak postarzało. Był dobrym porucznikiem i zawsze pamiętał nasze imiona, zawsze nas rozpoznał nawet po ciemku i w huku rozrywających się pocisków. Na swój sposób był naszym starszym bratem, podczas gdy Kapitan Kramer był naszym surowym ojcem. Kiedy wyniósł na plecach palącego się Morisa trafił do szpitala. Dziwnie jak wtedy odnosiły się do niego dziewczyny ze szpitala, niczym do starszego mężczyznę zgorzkniałego i do cna przeżartego obowiązkiem. Może był już wtedy zgorzkniały i przeżarty Wietnamem. Zebrał nas teraz do kupy niczym trener swoją drużynę futbolową. Wytłumaczył nam sytuację.
- Jesteśmy odcięci od lądowiska, wiecie co to oznacza. Musimy je odbić za wszelką cenę i nie dać się wypchnąć ze wzgórza. Idzie tam pluton moździerzy i dwie drużyny CKMów, są fabrycznie nowi, i jak dostaną się pod ogień będą trochę Dinky Dau. Wy siedzicie w syfie od co najmniej paru miesięcy. Nie dajcie im zginąć.
Nikt nic nie powiedział, wszystkim się to nie podobało ale cóż można było powiedzieć. Alamo sam pewnie został by tutaj i wrył się w ziemię, nie wychylając nosa spoza niej. Chyba że trzeba by było wiać. Pewnie był już trochę przestraszony. Ja bałem się że ktoś oskarży mnie o tchórzostwo, bałem się dostać, bałem się bardziej że jak wrócę do domu to będę tchórzem bo inni zginęli a ja żyję. Pokrywałem swoje tchórzostwo maską prawdziwego mężczyzny i żartowałem okrutnie z innych. Jak z Perkinsa który bał się tak że pewnego dnia nafaszerował się morfiną i odstrzelił sobie duży palec u nogi. Kiedy transportowaliśmy go uśmiechającego się sennie i mówiącego rozmarzonym tonem o suchym łóżku i gorącej pachnącej kawie, wywaliłem go z jego poncha na ziemię i kazałem mu dojść do śmigłowca samemu. Zwalił się w błoto i coś niewyraźnie wymamrotał, a wtedy kopnąłem go w głowę i powiedziałem żeby spierdalał w podskokach, Washington ukuł go bagnetem i Perkins skacząc na jednej nodze dowlókł się do śmigłowca. Nie był już wtedy jednym z nas, był tchórzem, zazdrościliśmy mu, bojąc się zrobić to samo. A teraz pokusa odstrzelenia zakwitła mi w głowie nachalnie niczym myśl o kradzieży ciasteczek z kredensu. Uciec z tego bagna do ciepłej pościeli i trzech ciepłych posiłków dziennie, gdzie nikt nie strzela do ciebie. Żebym w końcu nie bał się chodzić po ziemi, która tutaj pełna jest ukrytych pułapek. Ale wtedy przestałbym być jednym z nas, sprzedałbym chłopaków za trzy ciepłe posiłki dziennie i bezpieczeństwo. Nikt nigdy się nie dowie jak to jest czuć się jednym z nas. Powoli spojrzałem na Brutala który zabłocony uśmiechał się, matczynym gestem tuląc do siebie karabin, Misia który po cichu wymieniał z Jablońskim lufę swojej Świnki, Billego obżerającego się czekoladą. Być jednym z nas, to wiele, bardzo dużo.
 
 
delphin 
Gimnazjalista



Wiek: 44
Dołączył: 22 Lip 2004
Posty: 229
Skąd: not far from here
Wysłany: 2004-08-02, 17:34   

Nooo, Pinky to jest naprawdę dobre.
Wielkie brawa. :D
_________________
"Perhaps one day, sometime in the future, without any reason, without warning you will feel lonely.
Then think of me. And I will come in a dream."
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-02, 18:51   

Co prawda nie przepadam za taką tematyką, ale przyznaję, że mnie wciągnęło. A to chyba znaczy, że dobre :wink: . Fajnie piszesz.
 
 
karolka
Gość
Wysłany: 2004-08-25, 18:16   

Ogólnie, nie lubię takiej tematyki, ale podoba mi się Twój tekst i sposób pisania :)
 
 
Rachel 
Towarzysz


Wiek: 28
Dołączyła: 23 Mar 2005
Posty: 797
Skąd: S.O.
Wysłany: 2005-04-17, 15:16   

Masz talent do takich rzeczy, chociaż nie lubię podobnej tematyki to bardzo mi się podobało a jak na mnie to DUUUŻY komplement, bo jestem bardzo wybredna
 
 
 
monos 
Magister
miłośnik



Wiek: 42
Dołączył: 20 Kwi 2005
Posty: 657
Skąd: Polska
Wysłany: 2005-05-04, 16:43   

rzeczywiscie swietne.
wiesz, wpierw czytalem opinie zanim przeczytalem. reklama robi swoje;]
dobre ze narrator jest bohaterem , mowi w pierwszej osobie;] poprzednio czytalem taki bezosobowy tekst.
_________________
Si tibi vis omnia subicere, te subice rationi.

--
korzystam z: IPhone 3G
 
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Wersja forum PDA/GSM

Template NoseBleed v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne

Forum administrowane przez: Grimlock, Nieznany


ebook.najlepsze.net
Darmowe Statystyki cjc!
Katalog stron www
katalog stron
Katalog stron internetowych Sznurkownia.pl