Forum KGB
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
cos śmiesznego
Autor Wiadomość
shyderca 
Licealista



Wiek: 41
Dołączył: 04 Lut 2005
Posty: 429
Skąd: Galway, R.O.I
Wysłany: 2005-02-06, 18:31   żółw

Nie mam pojęcia jak sie pisze reportaż, ale jakiś czas temu przydarzyła mi sie dość nietypowa przygoda, myślę że pownno to Tu pasować,, choć niekoniecznie...
Któregoś dnia szedłem sobie rano do pracy, godzina ok 6:30, idę więc sobie, nieco zaspany ( nie zdążyłem wypić kawki) chodnikiem przy ulicy w centrum miasta (dość ruchliwej), minął mnie autobus komunikacji miejskiej, ale że w mieście to normalne szedłem sobie dalej.Nieco dalej był przystanek (nikogo na nim nie było) co też nie jest dziwne w mieście, zauwazyłem że autobus zwalnia i przyszło mi do głowy że może kierowca pomyślał sobie, że będę chciał wsiąść, szedłem odruchowo dalej równym krokiem. Autobus toczył sie powoli, poczym ku mojemu zdziwieniu, nie tylko zatrzymał sie parę metrów za przystankiem, ale zaczął cofać. Zaskoczony, szedłem dalej i znalazłem sie przy auobusie, którego kierowca, cofnąwszy nieco, zatrzymał sie, poczym ruszył powoli do przodu, ale nie prosto, lecz delikatnym łukiem, jakby chcąc ominąć coś na jezdni. Szedłem dalej, zerknąłem na jezdnię i co zobaczyłem? Otóż ulicą maszerował sobie dziarsko sporej wielkości żółw (lądowy oczywiście). Zatrzymałem sie zaskoczony. W końcu jak często widuje sie żółwie, maszerujące po polskich drogach, w dodatku w centrum miasta. Zerknąłem odruchowo w stronę kierowcy, ten zaś z uśmiechem, wzruszył ramionami, zaskoczony jak i ja. Co było robić. Szkoda byłoby zwierzaka gdyby ktoś go rtozjechał. Zrobiłem więc parę kroków i podniosłem zółwia. Kierowca uśmiechnął sie jeszcze i autobus odjechał, a ja zostałem na chodniku, o 6:30 rano, w drodze do pracy, z żółwiem w dłoniach. Pozostawało pytanie co dalej? Do pracy zwierzaka nie mogłem za bardzo wziąć, jechać autobusem przez całe miasto z żółwiem w ręce? Zostawić na chodniku, to znów wlezie na ulicę i jeszcze ktoś go przejedzie. Albo komuś uciekł łobuz, albo ktoś wyrzucił. Do domu też nie bardzo mogłem sie wrócić, za daleko, poza tym spóźniłbym sie do pracy, a żółw przecież nie był mój. Stojąc tak sobie zauważyłem że kierowcy mijających mnie samochodów patrzą na mnie jakoś dziwnie. Tak jakby było coś niezwykłego w widoku faceta stojącego z żółwiem w rękach w centrum poslkiego miasta. Po namyślę i rozejrzeniu sie po okolicy, postanowiłem zostawić zwierzaka w ogródku wciśniętego między kamienice domku. Ogródek ogrodzony był niewysokim drewnianym płotkiem, więc przynajmniej zwierzak sie nie wydostanie i nie wylezie znów na ulicę, poza tym było ciepło, zapowiadali ok 20 stopni, więc zimno mu nie będzie. Pomyślałęm też że jeśli komuś uciekł, to jak go zostawie w sumie blisko miejsca gdzie go znalazłem, to może znajdą sie właściciele. W końcu jak ktoś znajdzie w swoim ogródku żółwia,to w piwrszej kolejności popyta sąsiadów czy komuś nie zginął itp. Tak tez zrobiłem. Troche miałem wyrzuty sumienia że tak zostawiam zwierzaka, ale co byłó robić. Poszedłem do pracy.

Tyle. Nie wiem czy żółw-wędrowiec odnalazł swych właścicieli, mam nadzieję że tak.
Taka, nieco nietypowa miejska historia...
pozdrawiam
_________________
Pierwsze Prawo Hartley'a
Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś.
 
 
 
Mistress 
Przyjaciel forum


Wiek: 38
Dołączyła: 06 Lip 2004
Posty: 6946
Skąd: hmm
Wysłany: 2005-02-06, 18:44   

hahaha, fajne.....
ja bym prawdopodobnie zrobiła to samo gdybym się spieszyłą, chociaz pewnie... wzięłabym go do pracy :)
a duży był?
_________________
____________________
I znowu jestem w niebie. :)
 
 
shyderca 
Licealista



Wiek: 41
Dołączył: 04 Lut 2005
Posty: 429
Skąd: Galway, R.O.I
Wysłany: 2005-02-06, 21:10   

myślałem nad tym żeby wziąć go do pracy, nie zrobiłem tego w sumie tylko dlatego, że to był pewnie kogoś żółw, i pomyślałem sobie że jest szansa że ten ktoś go będzie szukać i byłoby mu przykro gdyby ktoś mu "podwędził" takiego ładnego, energicznego żółwia, z duszą odkrywcy. Nie był taki duży, skorupę miał mniej więcej wielkości jak dłoń (ze złączonymi palcami), mniej więcej coś w tym stylu , więc nie był też mały...
mam nadzieje że ktoś łobuza znalazł i że żyje sobie gdzieś spokojnie...
_________________
Pierwsze Prawo Hartley'a
Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś.
 
 
 
Konrad
Gość
Wysłany: 2005-02-06, 21:53   

Świetna historyjka ! Dodam do niej pewną ciakawostkę. Było to lat temu bodaj 17. Kończyłem własnie szkołę podstawową i żegnałem moją nieodżałowaną wychowaw-czynię podczas małego 'party' w jej domu. I wtedy go spotkałem. Jej żółwia :) rozje-chanego przez autobus... Nigdy nie przypuszczałem, że tak spłaszczone stworzenie może normalnie żyć - przypominał bardziej dwa położone na sobie talerze niż żółwia. Dwa czy trzy lata później żółw zwiał z domu, było to zimą i więcej o nim nie słyszeli-śmy. Znaleziono ledwie parę śladów na śniegu... Jeżeli się nad tym głębiej zastano-wić, może jest to spisek niczym z archiwum X. Gdzie udają się uciekające z domów żółwie ? A może ktoś z was mieszka w jakimś cudownym mieście, gdzie spacerują-cych po ulicach żółwi jest więcej niż ludzi ?
 
 
shyderca 
Licealista



Wiek: 41
Dołączył: 04 Lut 2005
Posty: 429
Skąd: Galway, R.O.I
Wysłany: 2005-02-06, 22:09   

Konrad napisał/a:
Dwa czy trzy lata później żółw zwiał z domu, było to zimą i więcej o nim nie słyszeli-śmy. Znaleziono ledwie parę śladów na śniegu...


Przeczytałem i pierwsze co mi przyszło do głowy, zupełnie odruchowo "A może to był ten sam żółw?" :D Po chwili jednak zdałem sobie sprawę z tego że to nie mógł być ten sam żółw, z prostego powodu, że nie był przejechany przez autobus, a przynajmniej nie kiedy ja go widziałem. Ale co do teori spiskowej, to moja jest taka. Ten żółw Twojej wychowawczyni uciekł/został porwany (ślady dla upozorowania ucieczki) i na "emigracji" spłodził potomstwo, obdarzone takim jak tatuś/mamusia zamiłowaniem do wędrówek. I po wielu latach, jeden z jego potomków trafił przypadkiem do Kielc, i właśnie gdy wybierał sie by pójść w ślady ojca/dziadka i ruszyć gdzie go nogi poniosą, jego marzenia zostaly brutalnie zdeptane. Jakiś wredny, niesympatyczny "dwunogi bezskorupowiec" przerwał jego fascynującą wyprawę. Bezczelnie chwycił go i uwięził ( płotek) Od tamtej pory, żółw już nigdy nie był taki jak przedtem. Jego zycie legło w gruzach. Powrócił do marnej egzystencji w akwarium/terrarium, gdzie pogrążony w stagnacji i rezygnacji, przezuwał sałatę ( czy co tam jedzą żółwie)
smutne i tragiczne..

PS. szkoda że historyjka została przeniesiona do osobnego tematu.
_________________
Pierwsze Prawo Hartley'a
Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś.
 
 
 
kosmita
Gość
Wysłany: 2005-02-08, 20:55   cos śmiesznego

Mój kuzyn mieszka na obrzezu miasta i ma sasiadow - starszą parę ktora hoduje rozne zwierzeta m.in. gęsi. Kiedyś ta para zrobila wino i wystawila je w jakiejs balii na podworze. Gęsi przechodzily i zaczely pic. Upily sie, przewrocily. Gdy gospodyni je zobaczyla, zalamala rece, pomyslala ze wszystkie pozdychaly. Szybko wiec zabrala je wszystkie by 'obrac' je z pior poki są cieple, bo potem, z zimnych gęsi podobno nie da sie wyrwac pior. Skubala je i gdy konczyla ostatnią, pierwsza sie obudzila. a po niej wszystkie. Moj kuzyn opowiada ze do tej pory pamieta widok tych gesi ktore biegaly gołe po podworzu i smieje sie na sama mysl.
 
 
Konrad
Gość
Wysłany: 2005-02-10, 18:36   

Kiedyś jako mały chłopiec, przybiegłem zziajany do domu z podwórka. Strasznie chciało mi się pić. Chwyciłem za szklankę z sokiem i 'do dna'... a okazało się, że babcia przygotowała kaczą krew na czerninę (której nie cierpię). Na szczęście w moim przypadku babcia zachowała się bardziej przytomnie, nie wbiła mi kołka w serce ani nie oblała święconą wodą :)
 
 
Mistress 
Przyjaciel forum


Wiek: 38
Dołączyła: 06 Lip 2004
Posty: 6946
Skąd: hmm
Wysłany: 2005-02-10, 19:30   

a ble
Ja natomiast mam paskudny nawyk wrzucania paierosów do szklanki w której jest jakiś płyn (po części z lenistwa, nie chce mi się petować, więc go gaszę), kiedyś siedzialam sobie w kuchni i wrzucilam niedopalek do kubka z kawą. Wszedł mój tata, sięgnął po kubek i... wypił. W zasadzie nie wypił, bo zaczął pluć gdy tylko poczuł peta w ustach.
Obrzydliwe? :twisted:
_________________
____________________
I znowu jestem w niebie. :)
 
 
mystical 
Gimnazjalista



Wiek: 42
Dołączył: 13 Sty 2005
Posty: 258
Skąd: Kraków
Wysłany: 2005-02-10, 19:33   

:)
Ja mialem podobny przypadek tyle ze co innego wypilem... Wpadlem do domu, otworzylem barek (zawsze tam jakas mineralna lub sok stoi) a tu sie okazalo ze lyknalem spory haust spirytusu :( Prawie natychmiast go zwrocilem :)
 
 
Konrad
Gość
Wysłany: 2005-02-10, 21:22   

Ile miałeś wtedy lat ? Ja zrobiłem coś podobnego, niedługo po zdarzeniu z kaczą krwią :) Miałem może 12 lat i wypiłem 'setkę' spirytusu przygotowanego w szklance do zrobienia jakiejś masy do tortu :) Od wypadków z krwią i ze spirytusem wącham płyn przed wypiciem mimo tego, że upłynęło sporo lat...
 
 
mystical 
Gimnazjalista



Wiek: 42
Dołączył: 13 Sty 2005
Posty: 258
Skąd: Kraków
Wysłany: 2005-02-10, 23:53   

Mialem moze z 14 :) Wpadlem do domu zdyszany, po wycienczajacej gonitwie na rowerze. Oczywiscie po niezwykle wyczerpujacym intelektualnie dniu w szkole. A ta butelka Niegazowanej Wody Mineralnej "Muszyna II" czy jak jej tam bylo, wygladala tak niewinnie... :)
Prawie slyszalem jak pokrzykuje "No chodz! Wypij mnie!".
A tu nagle szok :D
 
 
Konrad
Gość
Wysłany: 2005-02-11, 00:14   

Miało to miejsce jakieś 3-4 miesiące temu. Żona mojego kolegi z pracy, starsza już pani, podobnie jak i on - kupiła klej szybkoschnący typu 'super glue'. Kleju użyła raz i odstawiła na półkę. Tego feralnego dnia z jakichś powodów obecnie mało istotnych, postanowiła go użyć... okazało się, że zasechł. Rezolutna pani (z zawodu nauczy-cielka) zaczęła manipulować szpilką, żeby przebić się przez zakrzepłą część. Dłubał, dłubała, dusiła i nic ! Zwykłym ludzkim gestem podniosła tubkę kleju do góry, chciała zaglądnąć i zobaczyć czy udało się jej przewiercić przez zaschniętą warstwę kleju.
Klej 'wystrzelił' jej w oko małą kropelką... zamknęła powiekę i.. już jej nie mogła otwo-rzyć (co kropelka sklei, żadna siła nie rozklei).
Czekała na powrót męża z pracy (na szczęście tego dnia wczesny), nie wiedząc co zrobić. Mój kolega zna się trochę na klejach, więc z mety zawiózł ją do lekarza. Le-karz oczyścił oko (rozcinał powiekę), a cała sytuacja okazała się bardzo mało za-bawna. Nauczycielka straciła spory kawałek 'białej' części gałki ocznej. Tego typu kleje są niestety żrące i gdyby ta kropelka trafiła w źrenicę, pani straciłaby wzrok. Wszystko skończyło się szczęśliwie i brzmi to jak anegdotka, ale jeśli zdarzy się wam 'zakroplić' sobie w ten sposób oczy, nie czekajcie - biegnijcie do lekarza.
 
 
shyderca 
Licealista



Wiek: 41
Dołączył: 04 Lut 2005
Posty: 429
Skąd: Galway, R.O.I
Wysłany: 2005-02-12, 14:07   

Mistress napisał/a:
Ja natomiast mam paskudny nawyk wrzucania paierosów do szklanki w której jest jakiś płyn (po części z lenistwa, nie chce mi się petować, więc go gaszę), kiedyś siedzialam sobie w kuchni i wrzucilam niedopalek do kubka z kawą. Wszedł mój tata, sięgnął po kubek i... wypił. W zasadzie nie wypił, bo zaczął pluć gdy tylko poczuł peta w ustach.
Obrzydliwe?


niestety miałem kiedyś podobną "przygodę". w wakcje, kilka lat temu. akurat parę dni padało, więc siedzieliśmy z kuzynem z domku i całymi dniami oglądalismy filmy na video. żaluzje były zasłonięte, a pety wrzucaliśmy do plastikowej butelki po pepsi, do której wcześniej nalaliśmy wody. wody było sporo, a po dwóch czy trzech dniach, zrobiła sie ciemna, niemal czarna. akurat oglądaliśmy kolejny film, na stole stała też identyczna butelka , ale z pepsi. sięgnąłem zajęty oglądaniem, łyknąłem...i kilkanaście następnych minut wymiotowałem przewieszony przez barierkę na tarasie. niezbyt przyjemne doświadczenie. nie polecam próbowac tego w domu. :|
choć nieco z wyrzutem, i rozgoryczeniem muszę przyznać że kuzyn i inni znajomi,, uznali to za niezwykle zabawne...łotry! :wink:
_________________
Pierwsze Prawo Hartley'a
Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś.
 
 
 
ppek 
Magister
błazen



Wiek: 34
Dołączył: 06 Kwi 2005
Posty: 728
Skąd: Kraków
Wysłany: 2005-04-07, 02:27   

A ja jak mialem jakies 5 lat golnalem sobie duzego lyka spirytusu salicylowego. Dobrze, ze w tym samym momencie mama weszla do kuchni, bo prawdopodobnie udisilbym sie tam na miejscu. Ale i tak najsmieszniej mial kuzyn, ktory wrociwszy spragniony do domu siegnal po butelke z mineralna i wzial z niej 3 glebokie lyki "przepalanki" ;) .
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Wersja forum PDA/GSM

Template NoseBleed v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne

Forum administrowane przez: Grimlock, Nieznany


ebook.najlepsze.net
Darmowe Statystyki cjc!
Katalog stron www
katalog stron
Katalog stron internetowych Sznurkownia.pl