Forum KGB
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
"Saga rodu McIntyre"

Czy kogoś to zaciekawiło? ;)
Bardzo ciekawe
50%
 50%  [ 6 ]
Takie sobie
8%
 8%  [ 1 ]
Nie zainteresowało mnie
41%
 41%  [ 5 ]
Głosowań: 12
Wszystkich Głosów: 12

Autor Wiadomość
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-07-25, 18:10   "Saga rodu McIntyre"

Wklejem tutaj kawałek mojej "Sagi rodu McIntyre" ( cz. 1 - "Legenda o mścicielu" - Tom I - "Zimny drań" ). Jak się komuś spodoba, to załączę całość, albo wyślę mailem :) .

---1---

W 19 wieku Slumville było jeszcze małym miasteczkiem.Kilka domów,cmentarz przy kościele,hotel,saloon,parę sklepów i gazeta,zajmowało ten teren.Było tu tak,jak ww całym stanie Nevada.Rozsiane skupiska ludzkie pokrywały Amerykę.
Tego dnia Joe McCoy siedział jak zwykle przy barze.Zawsze gościło tu sporo ludzi,toteż panował tu gwar i brzęk szklanek,co rusz napełnianych.Łysy barman wycierał szkło,kiedy nachylił się do Joe'go i szepnął:
-Słyszałeś wieści?Podobno Savage tu jedzie.
Joe przełknął napój,zdumiony.
-Savage?Ten morderca?Czego on tu szuka?
-Nie wiem-szeptał barman-ale podobno już jest blisko.Zajrzy tu,bo to jedyne miasteczko w okolicy.
-Wypłoszymy go!-Joe wychylił do dna.
-Oby,bo nie chcę stracić interesu.Słyszałeś,do czego jest zdolny ten drań?
-Ma więcej dusz na sumieniu,niż inni tacy jak on.Podobno świetnie strzela?
-Mówią,że jest najlepszy.Próbowano go zabić,ale chyba jest nieśmiertelny.Może nas ominie?-barman rzekł z nadzieją.
-Nie sądzę.Daj jeszcze,trzeba się przygotować.
Właściciel spełnił prośbę,ale drżenia rąk nie opanował.Krążyły różne legendy o bandycie,jedna bardziej krwawa od drugiej.Nie wiadomo,ile było prawdy w tych opowieściach,ale jedno wszyscy wiedzieli-Savage był zły i okrutny.Bez litosci dla wrogów,nikomu nie pozwolił poznać się lepiej,jego przeszłosć była otoczona mgłą tajemnicy.Nie wiadomo,skąd przybył,ani jak ma na imię.Zła sława przysporzyła mu ten przydomek.
McCoy wyszedł po wypiciu napoju.Już z daleka zobaczył starego sklepikarza,Elmera.
Stał przed sklepem,zasłaniając oczy od słońca.McCoy podszedł do niego:
-Masz pociski do strzeclby?
-Po co ci naboje?Będziesz polować?
-Tak.Na bandytę-szepnął Joe.
-Niedużo ich tutaj,na kogóż więc?
-Savage przyjedzie.
Elmer popatrzył na McCoy'a zdumiony:
-Po co?Przecież tu niczego nie ma.Napadnie na nas?
-Nie wiem-Joe spojrzał ku słońcu-ale nie zamierzam cicho siedzieć.
-Jest szybki,zanim się obejrzysz,to cię zabije.Skoro tu jedzie,niech nikt go nie zaczepia.Oby tylko nikogo nie zastrzeclił.
-Albo to jego ktoś pośle do ziemii.
-Daj spokój,Joe.Chcę żyć,a nie leżeć w grobie.Ty też przemyśl sprawę.
-Tchórz!
-Jestem ostrożny,nic więcej.
Joe zapłacił za pociski i wyszedł z nimi.Czyżby jedyny miał bronić tego miasta?Polegnie,ale zabije tego mordercę!
Tętent kopyt słychać było daleko.Zbliżał się jeździec.Koń pędził przez równinę,unosząc samotnego kowboja.Jechali do Slumville.Był to Savage,postrach świata.

---2---
Dotarli do miasta chwilę potem.Savage stanął przy sklepie,zsiadł z konia,przywiązał go do płotu i pewnym krokiem wszedł do budynku.Nie zważał na ciekawe spojrzenia mieszkańców.Doszedł do lady i rozkazał:
-Proch macie?
-Tak,proszę pana-stary Elmer wydusił odpowiedź.
-To dawać!-wziął podany proch i rzucił parę monet,nie czekajac na resztę.Wyszedł.
Poszedł prosto do saloonu.Przestąpił próg,minął innych gości i stanął przy barze.Nie widział,jak z bocznego stolika obserwuje go Joe McCoy.
-Barman!Rusz się,durniu!-nakazał wściekle Savage.
Łysy Hiram spojrzał na krzyczącego i kończąc wycierać spocone ręce o fartuch podbiegł do lady.
-Słucham,panie Savage?-spytał nerwowo.
-Wiesz,kim jestem?-niebieskie,zimne oczy zwęziły się.
-Jasne,pańska sława...Wszyscy wiedzą...
-Co mówią?-drążył przybyły.
-Jest pan najlepszym strzeclcym,jeźdzdcem,podobno nieśmiertelnym...-barman uważnie patrzył,czy podoba się to gościowi.Ten zaś nagle głośno się roześmiał,aż wszyscy się odwrócili.
-Nieśmiertelny!Co jeszcze?
-Że...że zabił pan tysiąc osób...
-Tysiąc?Tylko tyle?A chcesz,żeby mówili więcej?-uczynił ruch,jakby sięgał po broń.
-Nie,nie...-zamachał rękami Hiram-Proszę...
Savage wychylił podany napój,przesłał szklankę po stole do barmana i odsunął krzesło.
-Proszę pana,pieniądze...-wydukał barman.
-Dopisz do mojego konta-rzucił Savage i chciał opuścić lokal.
McCoy wstał i powoli podszedł do niego.Stanął przed Savage'm i skutecznie zastąpił mu drogę.
-Zapłać,albo policzę ci kości!-wycedził.
Barman odruchowo zasłonił szkła.
-Przepuść mnie-powiedział bardzo spokojnie Savage.
-Nie!Zapłać,albo...-lekko pchnął go McCoy.
Na twarzy Savage'a wykwitł gniew.Z niezwykłą siłą odepchnął McCoy'a,aż tamten poleciał przez stoliki,tłukąc przy okazji kieliszki i wylewając z nich alkohol.Siedzący przy nich gwałtownie się zerwali,ale Savage wyciągnął broń.
-Stać!Zabiję!Nauczcie się,że trzymam was w garści!-i z tymi słowami strzeclił w rękę McCoy'a.Ten zwinął się z bólu i chwycił za krwawiącą dłoń.Savage wyszedł,nie niepokojony.
---3---
Joe wytarł pokrwawioną rękę i z wściekłością wysyczał:
-Dorwę tę glizdę!
Podniósł się i pomógł przerażonemu Hiramowi poprawić stoliki.Poprzysiągł zemstę.Albo zginie on,albo Savage.
Przybysz spacerował po mieście,wcześniej powierzywszy konia właścicielowi hotelu,gdzie zamieszkał.Słońce świeciło mocno,wyraźnie oświetlając postać okrutnego mordercy.Miał krótkie,białe-acz nie siwe-włosy i niebieskie oczy.Był wysoki,jego postać nie zdradzała siły,jaką posiadał.Jego wieku nikt nie znał,nie dawano mu jednak więcej niż trzydzieści-czterdzieści lat.
Mijał domy,aż doszedł do zajmowanego przez Sarah.Była to czarnowłosa kobieta,córka starego Hamiltona,który zmarł trzy lata temu.Wielu próbowało ją zdobyć,ale ona poprzysięgła zostać panną.Stałą teraz przed domem,ciekawa legendarnego mordercy.Zauważył ją i jej zainteresowanie.Oparł się o ganek jej chaty i zapytał:
-Wypatrujesz kogoś?Może męża?-zadrwił.
-Patrzę na tego,co budzi strach.Z tego,co słyszałam,to podły typ,bez zasad.
-Podoba ci się?
-Ktoś,kto strzecla do bezbronnych?Nigdy!
-To moja sprawa,co robię.Za to z tobą zrobiłbym co innego...-szepnął znacząco.
-Nie zadaję się z robakami.
Piekący ból wykwitł na jej policzku.
-Uważaj,co mówisz,bo stracisz swoja urodę!Kobiety też zabijałem!Ciebie też mogę!
-Potrafiłbyś?Strzelić do mnie?
-Chcesz zobaczyć?Dziś jeszcze cię oszczędzę,ale następnym razem nie daruję!
Szybkim krokiem przemierzał miasto,aż dotarł do cmentarza.Groby zajmowały niewielką część,nowe zmieszane ze starymi,porośnięte trawą i mchem.Bandyta mijał nagrobki bez pośpiechu.Obce nazwiska,daty,zapadłe kamienie...Grób ojca Sarah,drewniany krzyż wbity w ziemię,jak wiele inncyh.Ominął go obojętnie,aż doszedł do kopca z zatartym napisem na krzyżu.Zostały tylko litery"Mc In...".Skoczył tam,oczyścił z kurzu,dojrzał więc resztę.Pełne nazwisko brzmiało"McInce".Zdenerwowany kopnął nagrobek i zmruczał przekleństwo.
-To nie ten.
Zamiótł oczami resztę,bez rezultatu.strzecpnął pył z rąk i wrócił do hotelu.Legł na łóżku w ubraniu i butach i zamyślił się.To zawszone Slumville!I przeklęty chłystek z baru!Nienawidzi ich wszystkich!Z całego podłego serca!

To na razie na tyle, a jest tego sporo więcej :) ).
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-07-28, 11:07   

Black Falcon, może wstawiaj co jakiś czas po krótkim fragmencie? Ja chętnie poczytam w wolnych chwilach :) .
 
 
owiec
Gość
Wysłany: 2004-07-28, 15:20   

Mi się spodobało lubie opowiadania o dzikim zachodzie
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-07-28, 19:45   

Niesamowite, to się komuś podoba :) . Dzięki za głosy w ankiecie ( pozytywne i negatywne ) i dzięki za opinie w postach! W porządku, wklejam dalej...

---4---
McCoy był naprawdę pijany.Obwiązaną rękę trzymał szklankę,a w drugiej karafkę ze szkła.Co rusz dolewał i wypijał.Hiram tylko obserwował go spod oka.
W międzyczasie Savage obudził się.Przespał tu pierwszą noc,w kolejnym obskurnym miasteczku.Wstał,chlusnął na twarz zimną wodą,sprawdził broń i opuścił swój pokój.
Szedł prosto do kościoła.Znalazł bez trudu,bowiem był to najwyższy tu budynek.Pastor Thomas włąsnie skończył odprawiać mszę i osobiście żegnał wiernych.Odprawił ostatniego,gdy stanął obok Savage.
-Jesteś tu pastorem?
-Tak,synu.Czego ci potrzeba,modlitwy,przebaczenia...?
-Niczego!-przerwał niecierpliwie.-Czy jest tu drugi cmentarz?
-Nie,synu,nie ma.
Savage odszedł.
Córka starego Hamiltona szła teraz do sklepu Elmera.Chciała kupić chleb i trochę soli.
Minęła saloon,redakcję gazety i była już blisko sklepu,gdy zobaczyłą taką scenę:czarnoskóy synek Ichaboda,mały Kenneth,bawił się przy kuźni ojca.Biegał wokoło,płosząc gołębie.Nie zauważył idącego grogą bandyty.Pędził chłopiec przed siebie,aż nagle spostrzecgł Savage'a.Próbował wyhamować,ale nie zdołał i wpadł na niego.Rozwścieczony Savage chwycił go i podniósł na wysokość oczu.
-Uważaj,bo cię rozdepczę!-wrzasnął.
-Przepraszam pana,ja...
-Stul pysk!Jeśli cię znowu zobaczę...-i puścił malca.Ten uciekł z wielkim płaczem.
Sarah podeszła do mordercy.
-Widzę,że nawet dzieci nie budzą w panu uczuć.
-Uprzedzam,nie zawaham się wystrzeclić...
-Wiem,wiem.Kolejna pańska ofiara na liczniku.
-Pani zbytnio sobie pozwala.Chciałbym wrócić do hotelu,będę musiał ubrudzić pani tą piękną suknię!
Sarah posłusznie się odsunęła,zrażona bezczelnością Savage'a.
W międzyczasie Joe McCoy postanowił odpłącić bandycie za tamtą ranę.Zataczając się poszedł do pastora Thomasa.Wyspowiadał się,ale zataił swój zamiar.Krwawy zamiar...
---5---
Ciało pastora znaleziono na drugi dzień.Leżał we krwi,zabójca strzeclił mu w plecy.Zginał w kosciele,co dodatkowo oburzało mieszkańców mieściny.
-Bezbożnik!Zabić takiego dobrego człowieka i to tutaj!-pewna dama była zaskoczona.
-Zaszedł go od tyłu-dodał Elmer,również obecny.
-Ale kto się odważył?!-Kto aż taką zbrodnię?
-To Savage!-przerwał im spekulacje McCoy.
-Nie byłbyż chyba tak podły,żeby...-wątpił Elmer.
-Wczoraj pokłócił się z pastorem,to i wymierzył swą sprawiedliwość!Słyszałem,jak mu groził!Wielebny ojciec prosił go o litość,ale ten nadal żądał pieniędzy zebranych przez księdza.Widać mu nie dał...
Tłum zafalował i co rusz krzyczano"Pomścimy ojca","Wypędzimy drania"i ruszył na hotel.Był tu i Joe,który żądał,aby złoczyńcę powieszono.Podchwycono to i zaraz zebrani wołali:"Powiesić,powiesić Savage'a!".Jeden nawet rzucił kamienien i wybił szybę w hotelu.
Savage zbudził się szybko.Usłyszał wrzaski i zorientował się,jak nastawiony jest tłum.Zerwał się i otworzył okno.Obok stał koń,gotów do ucieczki.Savage wskoczył na jego grzbiet i chciał uciekać,mając świadomość,że przegrałby z zrozwścieczonym tłumem.Udałoby mu się to,gdyby nie McCoy,który spostrzecgł konną postać i wskazał ją ludziom.
Savage nienawidził uciekać,ale czekała go śmierć z rąk rozjuszonych i żądnych krwi mieszkańców.Sekundę później galopował ku otwartemu terenowi.
Jednak Joe nie dał za wygraną.Wsiadł również na wierzchowca i puścił się w pogoń.Obaj pędzili jak wiatr.Całe Slumville dopingowało McCoy'a.
Podmuchy wiatru studziły nagrzaną ziemię,ale nie gniew kipiący z czaszki goniącego.Joe wyciagnął broń.Zanim jednak wystrzeclił,musiał sam uchylić się przed strzałem.Kula świsnęła koło ucha,lecz nie przerwał pościgu.Przeciwnie,przyśpieszył nawet.Teraz on wypalił,ale fatalnie spudłował.Zaklął pod nosem.Wymiana ognia trwała nadal.Savage'a chroniły chyba siły nieczyste.Żaden pocisk go nie trafiał.Celownik Joe'go trochę się rozmazywał,bo alkohol zrobił swoje,ale nie zrezygnował.Po raz kolejny oddał strzał.Bez rezultatu.Chwilę potem przeciwnik zniknął mu z oczu.Koń Savage'a był jednym z najszybszych.McCoy zawrócił.Nie miał już amunicji.
---6---
Savage zgubił swego prześladowcę bez kłopotu.Żałował,że nie zabił go w barze.zmusił go do ucieczki,jego,który mordował z zimną krwią!Zacisnął pięści.Jeśli wróci do Slumville,
znajdzie go i wyssie mu krew!Zwolnił trochę,nie było już potrzeby pędzić.Zatrzymał się przy krzaku i zsiadł z konia.Czas na posiłek.Wpierw jednak musi zrobić coś innego.Jego koszulę z prawej strony barwiła krew.Obejrzał ranę i stwierdził,że pocisk Joe'go tylko przemknął obok,zahaczył jednak o cel.Czerwona plama szybko się powiększała.Bolało okropnie.Musi trochę odpocząć.Oczyścił ranę i przewiazął starą szmatą.Usiadł potem przy krzaku i wypił wodę z zapasu,jaki wiózł.
McCoy nie wiedział,że zranił Savage'a,mimo to powitano go jak bohatera.On jedyny próbował ścigać mordercę.Gratulowali mu wszyscy,nawet piękna Sarah.Dawno już miał wobec niej pewne plany,toteż było mu to na rękę.
-Przysięgam pani,że złożę jego skalp,jak Indianie,na pani rękach.
-Ktoś musi go zatrzymać!Doprawdy,to tylko zwykły człowiek!
-To nie człowiek,to potwó,moja pani.Przecie zabił pastora-świeć panie...
-A Kenneth?Toż to dziecko!
-Dla niego nie ma nic świetęgo...
Z całą pewnością rosła nienawiść do Savage'a.Droga znaczona krwią...
Wielu płakało po Thomasie,cenionym przez wszystkich pastorze.Serca przeklinały bandytę,życzono mu śmierci.Jego rodzice zapewne ronią wiele łez...Chyba,że ich też pozbawił życia.
Savage nawykł do bólu,co nie znaczy,że go nie czuł.Zacisnął zęby i z powrotem dosiadł konia,aby ruszyć w dalszą drogę.Musi spełnić swoją misję.
Mały Kenneth jadł właśnie z ojcem obiad.Nagle przerwał i zapytał:
-Tato?Czy Joe McCoy nie chce już swojej monety?
-Przecież to jego szczęśliwa moneta.
-Ale zostawił ją pod amboną.
-Co?
-Po śmierci pastora byłem w kościele.Leżała tam pod amboną-pokazał dziurawą monetę,którą McCoy zawsze nosił przy sobie.
-Pewnie się spowiadał i mu wypadła.
-Przy ambonie?Tato,ale Joe mówił,że wtedy go tam nie było...
-Idź się bawić,synu.
Kenneth wyszedł na dwór.Podrzucał monetę do góry i łapał.Nagle mu nie spadła.Spojrzał i zauważył McCoy'a,stojącego obok.To on ją pochwycił.
-Skąd to masz?
-Znalazłem przy ambonie.
-Oddasz mi?
-Dobrze,ale przecież mówił pan...
-Zabieram ją!-wrzasnął i schował monetę.Pochylił się i rzekł:
-Jeśli komuś powiesz,zabiję cię!
-Nie powiem-obiecał,przerażony.
McCoy też się przeraził.Poszedł się napić,to zawsze mu pomaga.Zasiadł przy barze i zamówił.
-Gratuluję,Joe-Hiram był szczęśliwy.-Już po strachu!Wypłoszyłeś mordercę ze Slumville!
-Sam się wyrzucił.Zabił pastora.
-Żal mi Thomasa.To dobry człowiek,ale ten bandyta nikomu nie odpuści...Szkoda,że go nie zabiłeś.Byłbym spokojny,a tak tu wróci...
-Nie wróci.Albo jego też zabiję.
Hiram spojrzał dziwnie,ale stwierdził,że Joe po prostu się upił.Dolał mu kolejną porcję i zmienił temat.
-Podobno zamierzasz poślubić córkę starego Hamiltona?Wątpię,czy ci się to uda.
-A ja nie.Jest wdzięczna za wypędzenie tego robala.Dzięki niemu zdobędę wreszcie Sarah i zamieszkam w nowym domu,jaki zbuduję,
-Będziesz miał co dzieciom opowiadać.
-Chciałbym,że by jednak tu wrócił.Mógłbym wypruć mu flaki!
-Za co go tak nienawidzisz?Masz osobistą urazę?
-Być może,Hiramie,być może...
Ichabod tymczasem robił zakupy w sklepie,ale z jego twarzy nie biła radość,a ponure myśli,jakie ukrywał pod czaszką.
-Zabiłeś konia,czy jak?-pytał Elmer,podając mu cukier.
-Nie ,to nie to.Mój syn sprawił,że śmierć pastora nie jest już taka jasna.
-Savage zaszedł go od tyłu i zastrzeclił.Proste i klarowne.
-Ale Joe mówił,że wtedy nie był w światyni,a Kenneth znalazł jego dziurawą monetę...
-I co z tego?-nadal nie rozumiał.
-Może to nie Savage?Może właśnie...
Nie dokończył,bo wszedł sam Joe.Kowal zabrał cukier i wyszedł,przedtem podejrzliwie spoglądając na McCoy'a.
-Co on się tak gapi?-zagadnął Elmera McCoy.
-Jakieś bzdury mu chodzą po głowie.Opętał go chyba zły duch.
-A o czym gada?-zainteresowało to McCoy'a.
-O Thomasie,że to niby Savage ma być niewinny.Oszalał,przecię wszyscy wiedzą.Bo kto niby?
-A co ty sądzisz o tej sprawie?-obojętnie pytał Joe.
-Savage,to oczywiste.Niech go Bóg pokaże...
-Masz rację,niech go ukaże...-powtórzył cicho McCoy.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-07-28, 21:07   

Tekst moim zdaniem wymaga lekkiego wygładzenia, niektóre zdania jakby wybijają z rytmu, jeśli wiesz o co mi chodzi. I mogłabyś troche popracować nad dialogami :wink: , ale sama historia jest w porządku na ile mogę stwierdzić po przeczytaniu tego fragmentu.
Trzymaj tak dalej :) .
Pozdrawiam i czekam na kolejne odcinki :D .
 
 
owiec
Gość
Wysłany: 2004-07-28, 21:27   

Drugi fragment był jeszcze lepszy od pierwszefo tak trzymać :wink:
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-07-28, 22:26   

Hibou - Chyba sie domyslam ;) . Na swoja obrone powiem, ze ten tekst pisalam w bodajze 1999 roku, bardziej podobaja mi sie nastepne czesci i ich tomy ;) . Ale dzieki za rady, nawet sie domyslam chyba, o ktore rzeczy chodzi dokladnie...
Owiec - Bo sie czerwienie ;) . To takie sobie pisanie...Gdybyscie wiedzieli, co mnie natchnelo do calej tej historii...;D.
 
 
aftek
Gość
Wysłany: 2004-07-29, 14:28   

Fajny tekst, ale Ty wiesz na co ja czekam :)
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-07-29, 18:37   

Aftek - Wiem, ale to moze w osobnym poscie..I jak jakies ciekawe wybiore...
 
 
aftek
Gość
Wysłany: 2004-07-29, 18:55   

OK. Ja i tak juz wszystkie przeczytalem, wiec mi sie nie spieszy, wolalbym cos nowego zobaczyc. Ale jak je umiescisz, to sobie przejze jeszcze raz :)

P.S. Jak chcesz, to zrobie Ci liste moich ulubionych i wysle na maila.
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-07-29, 19:08   

Aftek - A mozesz zrobic ;) ).
Reszta moich wiernych czytelnikow :) ) - WOW, mam 100 wyswietlen! A jak z dalsza czescia Sagi, dawac tutaj, czy wyslac Wam na maila? A moze w ogole dac spokoj? ;D. Bo w ankiecie na razie jest 3 na 3 :D .
 
 
owiec
Gość
Wysłany: 2004-07-29, 20:34   

Daj tutaj :wink:
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-07-29, 22:09   

To jedziemy...zaznacze tylko, ze nie poprawiam tekstu, wklejam tak, jak pisalam w 1999 roku...Nastepne powiny byc lepsze ;) .

---7---
Samotny podróżny jechał spokojnie ku swojemu celowi.Był to starszy już człowiek,jechał do najbliższej osady,sprzedać trochę towaru,jaki wióźł na drewnianym wozie.Koń wlókł się powoli.Było ciepło,woźnica lekko przysypiał.Pojemnik z wodą chlupotał z tyłu.Okolica była pusta i cicha.Być może dlatego Morgan tak bardzo się przestraszył,gdy ktoś wrzasnął mu nad uchem:
-Stać i ręce do góry!
Posłusznie się zatrzymał.Przed nim stał piękny koń,a na nim siedział białowłosy jeździec z niebieskimi oczami.To on krzyczał i mierzył w Morgana bronią.
-Złaź z wozu!-nakazał.
-Ależ panie,to cały mój dobytek!-protestował.
-Zejdź,albo strzeclę.Dobrze,a teraz zdejmuj z konia pojemnik z wodą!
-Zostaw choć trochę!-prosił Morgan.-Przecież umrę bez wody!
-Nie,nie umrzesz-uśmiechnął się Savage.Zaczekał,aż napadnięty ściagnie pojemnik na ziemię i nacisnął spust.Na twarzy Morgana odbiło się zdumienie,zaraz potem leżał już martwy w kałuży krwi.Zabójca odwiązał jego konia i puścił wolno,a sam przerzucił pojemniki na swojego.Upił sporo z jednego.Jego zapas dawno już się wyczerpał,ostatnio Savage dużo pijał.Porzucił trupa i spróbował ponownie wsiąść na konia.Skrzywił się przy tym,ale dokończył czynność.Chwilę potem zniknął w kurzu drogi.
Jechał sporą chwilę,kiedy ujrzał majaczącą w oddali postać.Wytężył wzrok i dojrzał zamglone kształty Joe'go.Mierzył w niego i rechotał.Bandyta szybkim ruchem wyciągnął broń i wystrzeclił w zamazane zarysy.Nagle zaskoczony przetarł oczy-Joe zniknął,jakby nigdy nie istniał.Stracił nabój na widmo.Zaklął pod nosem.Przystanął i pociągnął kolejny łyk wody.Nie wiedział,że oczy mu się świecą.Zwolnił trochę konia.Odpocznie w kolejnym hotelu.Oby dotrzeć do rzeki,tam ochłonie.
Z dalek już migotała,kusząc orzeźwiającym chłodem.Z rozkoszą zanurzył się w zimnej toni.To pomogło na zmęczone zmysły.Zapewne zmęczenie właśnie spowodowało tamto zwidzenie.Dał pić koniowi,usiadł potem obok,zjadł trochę i zdecydował się przespać.Spał czujnie,więc mógł sobie na to pozwolić.Położył się i zasnął.
Niespokojne sny dręczyły go bez przerwy.Miotał się na piasku,aż nagle zerwał się przerażony.Zobaczył nad sobą lufę broni,a wyżej szczerzące się zębiska jakiegoś kowboja.
-Czyżbym znalazł wielkiego mordercę i uwięził go jak psa?-zarechotał.-Wstawaj!Ruszaj się,ośle!Szybko!
Savage posłusznie spełniał polecenia.Rana chyba znów się otworzyła,bo szmata,jaką się przewiązał,mokła od świeżej krwi.Pewnie też wdarło się zakażenie,bo przyplątała się gorączka.Pierwsze objawy dały znać o sobie już podczas kradzieży pojemnika z wodą.Przytłumiła też zmysły,dlatego nie słyszał przeciwnika.Teraz patrzył,jak szczęśliwy kowboj zbliża się do niego i bierze zamach lufą broni.Zapada ciemność.
---8---
Sarah wracała do domu z kościoła,gdzie modliła się za duszę ojca Thomasa.Uroniłą kilka łez,bo sama bardzo lubiła swego pastora,tak zdradziecko napadniętego.Mimo,iż to nie po chrześcijańsku,nie potrafiła wybaczyć mordercy takiej zbrodni.Dobrze,że w końcu wyjechał.Uciekł,bojąc się sprawiedliwości!Odważny tylko wobec słabych,tchórz wobec silnych.Żywiła doń pogardę.
Być może dlatego szła zdenerwowana i potknęła na progu budynku.Byłaby upadła,lecz ktoś ją podtrzymał-był to Joe McCoy.Z uśmiechem złapał damę i pozwolił odzyskać równowagę.
-Proszę uważać,można łatwo złamać nogę.
-Dziękuję,panie McCoy.
-Joe.jeśli można.
-Nie odmawia się bohaterowi.
-Czy mógłbym...chciałbym...-jąkał się Joe.-Przespacerować się z panią?
-Chętnie,Joe.Może wokół miasta?
-Wedle życzenia...
Polubiła tego człowieka,był zawsze grzeczny i uprzejmy,a i urody mu nie brakło,choć miał czterdziestkę na karku.Jeśli kiedyś poprosi o jej rękę,być może zgodzi się.
Spacerowali dłuższą chwilę,kiedy Joe odezwał się:
-Żałuję,że nie zabiłem Savage'a.
-Czemuż to?
-Bo boję się o panią.
-O mnie?Czyżby coś mi groziło?
-On tu wróci,czuję.
-Ale mnie obronisz?-kontynuowała uprzejmie łatwą do przewidzenia rozmowę.
-Jeśli będzie potrzeba...Chciałbym jednak móc chronić panią codzień...
-W jakiż to sposób?
-Będąc pani mężem.Sarah,-złapał ją za ręce-czy wyjdzie pani za mnie?
-Tak nagle?Joe,nie wiem...
-Błagam!Kocham panią!Zbudujemy dom przy mieście,będziemy mieć dużo dzieci...
Klęknął przed nią,pochylił głowę,czekał.
-Dobrze,Joe,wyjdę za ciebie.
Dziękował,wzruszony i radosny.
---9---
To było najokropniejsze przebudzenie w życiu.Po tym,co ujrzał,mógłby powiedzieć,że krew go zalała.Dosłownie,gdyż we włosach Savage miał pełno krwi.To obcy go uderzył,aby móc bezpiecznie związać mu ręce i przytroczyć go do konia.Miał iść za nim,oraz za połączonym z tamtym rumakiem własnym zwierzęciem.Było to upokarzające i męczące.Obcy zamierzał wydać go władzom i zgarnąc nagrodę.Popędzał go teraz,samemu jadąc konno.
-Popamiętasz mnie,draniu!Teraz cierpisz,jak inni,co ich zabiłeś!W więzieniu poznasz życie,jakie ci przeznaczono!Zapłacisz za krew,ból i śmierć!Jesteś wart tyle,co odchody mojego konia!-splunął obcy.
Przełknął tą zniewagę,teraz i tak był bezsilny.Krew nadal ciekła z głowy,zalewając lewe oko.Ale rany w sercu były większe,znacznie większe.Wręcz śmiertelne.Ale o nich wiedział tylko Savage,gdyż nie były to fizyczne cierpienia
Postanowił wybadać kowboja.
-Hej,ty,zatrzymaj się!
Tamten popędził konia,Savage ledwo utrzymał równowagę i musiał szybciej podążać z tyłu.
-Zaszedłeś mnie podstępnie,mie jesteś lepszy ode mnie!
-Milcz,padlino dla sępów!-tylko usłyszał.-Słowo,a oberwiesz po twarzy!
-Jeśli umrę po drodze,nie dostaniesz nagrody.Jestem ranny,chciałbym się napić.Proszę!
Prowadzący zawahał się,ale zatrzymał.Wyjął zapas wody i podszedł do Savage'a z zamiarem spełnienia prośby.Bandyta tylko na to czekał.Kiedy tamten pochylił się,on z całej siły kopnął go w arcyważne miejsce.Obcy wypuścił pojemnik i zwinął się z bólu na ziemii.Savage w międzyczasie powoli wyciagnął nóż zębami i przeciął więzy.Już wolny
stanął nad cierpiącym człowiekiem.
-Jesteś głupi-nie zabrałeś mi broni.Masz pecha!
Z zimną krwią wystrzeclił,zabijając na miejscu.Odwiązał potem swojego konia i odjechał na nim w siną dal.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-07-29, 22:35   

Black Falcon, wstawiaj tutaj :) , dobrze się czyta tak w odcinkach.
I nie zmieniaj przed wstawieniem, może być ciekawie patrzeć jak zmienia się Twój styl pisania.
Co do trzeciej części, to sporo zamieszania na początku, chwilami trochę ciężko się połapać co do czego sie odnosi.

Pozdrawiam - wierna czytelniczka :) .
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-07-29, 22:58   

Jak teraz sama to czytam, to się zaczynam wstydzić czasami ;) . I pomyśleć, że powstaje już 4 część ( a każda z części ma po 2 tomy ). Jeśli miałabym wklejać to wszystko, to będzie długi temat :) [ bardzo bym chciała, żeby tak się stało ;]. Cóż, skoro da się to czytać, to z przyjemnością dalsze losy Savage'a...

---10---
Przygotowania do ślubu wciąż trwały.Slumville było zaskoczone wiadomością,ale gratulowali im szczerze.Joe od razu poszedł do Hirama,oblać zgodę:
-Widzisz,zdobyłem Sarah.Będę miał żonę...
-Słuchaj,czy ty nie chcesz zemścić się na Savage'u?
Joe się roześmiał.
-Co?!Żartujesz?!Przecież ona go nie zechce,a i on nic do niej nie ma?!
-Ale ja zaczepił,więc może się go boisz?
-Kpisz?!Nienawidzi go...
-Wiem-uciął Hiram.Ale pomyślał,co trzeba.
Minęło wiele czasu.Przybyły pastor udzielił ślubu Sarah i Joe'mu.Promienieli,
szczęśliwi,już marząc o przeprowadzce do swego domu.Był już prawie zbudowany,kilka pokoi,kuchnia,sypialnia,salon,meble-były już na swoim miejscu.Elmer patrzył zazdrośnie na budowę,ale życzył im powodzenia.
Aż nadszedł dzień wprowadzki Sarah i Joe'go.Przeniósł żonę na ekach i pokazał dom w środku.Była nim zachwycona.Dobrze,że wybrała męża potrafiącego zadbać o rodzinę.
Przez dwa miesiące żyli zgodnie i wydawało się,że wszystko jest w porządku.Za to któregoś dnia Sarah na próżno czekała z obiadem na męża.Nie przyszedł.Zaczynała się powoli denerwować,zapadał już zmrok.Chciała go szukać,ale wrócił,gdy była już ubrana i miała wyjść.
-Gdzie byłeś?-zapytała,niespokojna.
-U Hirama...-wybełkotał McCoy.Cuchnęło alkoholem na kilometry,
-Upiłeś się!Dlaczego,Joe?
-Mam prawo,nie?Dasz jeść,żonko?
-Obiad wystygł.Nie powinieneś...
-Zamknij się!I przepuść,do jasnej...!-odpechnął ją i wszedł do budynku.
-Zaczekaj,chyba mam prawo wiedzieć,gdzie byłeś?
-Mówiłem już!
-Piłeś dwie godziny?Joe...czy ty...czy ty...zdradzasz mnie?
-Zwariowałaś?-spytał z krzesła.-Czemu?Głupi nie jestem!Daj jeść!-powtarzał.
Dostał to,czego żądał.Widziała,jak pożera obiad,a potem zasypia w ubraniu na łóżku.
Tej nocy leżała w smutku i łzach.Spał twardo,nie wiedział nic o bólu,jaki jej zadał.
Dziś poczuła,że Joe nie jest taki idealny,za jakiego go wzięła.Ale być może to tylko jeden,jedyny raz?Może pokłócił się z kimś i to dlatego?Wybaczy mu chyba.
Wstał dzień.McCoy podniósł się i ze zdumieniem zobaczył,że śpi ubrany.Przypomniał sobie wczorajszą noc,pamiętał,co powiedział i co zrobił.zdecydował przeprosić żonę.Podszedł do niej,gdyż robiła jedzenie w kuchni.Objął z tyłu i próbował pocałować,ale się odsunęła.
-Co się stało,czemu odmówiłaś?
-Zapomniałeś,że przyszedłeś pijany i zachowywałeś się,jak...jak...-zabrakło jej słów.
-Jak kto?
-Jak...Savage!-wykrztusiła.
-Co?-odsunął się od niej.-Jak ten morderca?
-Tak samo ordynarnie!Czyżbyś chciał zostać takim draniem,jak ten rabuś?!
-Jak śmiesz!Nikog nie zabiłem!Za to pastor nie żyje!Dalej jestem taki,jak on?!
-Joe,przestań!Chcę cię kochać,ale nie mogę.Jeśli jeszcze raz przyjdziesz pijany-odejdę.
Patrzył na nią chwilę,aż wyszedł bez słowa do Hirama.Uderzyła pięścią w stół.Niech idzie!Niech się wynosi!
Spiesząc do saloonu prawie wpadł na Elmera,który szedł otworzyć swój sklep.
-Hej,człowieku!Uważaj,bo wpadnę w błoto przez ciebie!
-Zamknij się!-mruknął Joe McCoy.
-Co się stało?-sklepikarz wyczuł coś złego.-Pokłóciłeś się z Sarah?
-Idę do Hirama,idziesz ze mną?-usłyszał.-Otworzysz nieco później.
-Dobrze,bo widzę,że potrzebujesz pomocy.Mów,co się stało.
Przy barze zawsze lepiej się rozmawiało o problemach,toteż Joe szybko opowiedział,w czym rzecz.
-Ona ma rację,nie powinieneś jej traktować jak byle kogo.Słuchaj,czy ty...-Elmer zniżył głos-...czy ty ją zdradziłeś?
-Ona jest nudna,piekielnie nudna!Potrzebowałem odpoczynku od tej jej świętości.
-Oszalałeś.Jeśli się dowie,nici ze związku.
-Powiesz jej?
-Nie,ale ...Kto to był?
-Griselda Clevens-Joe wychylił napój.
-Ty chyba oszalałeś!Clevens ze wszystkimi...
-Wiem.Chciałem jej.Właśnie jej...
-A jeśli...zajdzie w ciążę?
-To będę ojcem.
Elmer wstał,uznawszy,że traci czas.
-Idę otworzyć sklep.Odbiorę to,co przysłali z Denver.
McCoy został sam,kontynuując picie.Hiram nie podchodził,widząc minę kolegi.Bał się złego humoru,bo pamiętał,jak kiedyś Joe wywołał bójkę i przez przypadek spowodował śmierć pewnego chłopca.Okazało się,że odepchnął go na kant stołu,aż tamten uderzył głową.Buchnęła krew i młodzieniec zmarł na miejscu.Nie wieszano za to nikogo,ale patrzono krzywo na McCoy'a przez cały rok.Później zapomniano o historii,tylko Hiram pamiętał-to był jego bar.
---11---
Gdzieś daleko Savage czyścił kolejny grób.Delikatnie wytarł kurz z płyty,aż dotarł do nazwiska.
-Znowu pudło!-popatrzył wściekły na okolicę i pobliskie małe miasteczko.-Gdzie jest to,czego szukam?!
Ruszył w kolejną trasę,przed siebie.Żeby tylko przed śmiercią znalazł to,co poprzysiągł!Zamyślił się nieco.To może być wszędzie...Ale musi,musi,nim odda swego ducha!Pogonił konia,aby nie opadły go mroki przeszłości.Nie może sobie pozwolić na rozmyślanie!
Straciłby wszystko.Zapewne i życie,a musi żyć do końca misji,tego,co jest jedyną ważną dlań sprawą.Później już nic nie będzie się liczyło.Jeśli będzie jakieś później.
W międzyczasie McCoy opuścił knajpę i chwiejnym krokiem poszedł do domu Griseldy Clevens.Była osobą czterdziestoletnią,ale wyglądającą na trochę mniej,rudą,o długich,
bujnych lokach.I bardzo lubiącą towarzystwo mężczyzn.Z przyjemnością powitała McCoy'a,choć wiedziała,iż jest żonaty.Skoro nawet Elmer kiedyś ją odwiedził i otrzymał swoją porcję...Nie znalazł żony,więc szukał gdzie indziej radości.Dziś też Joe dostał to,czego szukał.Nie pierwszy zresztą raz.Hiram też tu kiedyś był,ale stchórzył,nim do czegoś doszło.Joe dawał jej dużo przyjemności.Teraz właśnie wychodził.
-Zaczekaj,przystojniaczku.A może weźmiesz mnie za żonę?-zapytała,kręcąc włosy na palcu.
-Wiesz,że jedną mam-ubierał już spodnie.
-A gdyby umarła,ożeniłbyś się ze mną,Joe?
-Sarah jest młoda,będzie jeszcze długo żyła.
-Są różne wypadki,kochany.Pamiętaj,zawsze tu czekam...
Opuścił wreszcie dom,ale propozycja tłukła mu się po głowie całą drogę.Gdyby to Clevens była na miejscu tamtej...
Tymczasem jego żona miała dosyć.Pójdzie do miasta i pokaże mu,że powinien ją szanować!Jeśli nie zgodzi się na jej warunki,to musi odejść!
Szybkim krokiem dotarła do saloonu,gdzie spodziewała się znaleźć męża.Spojrzenia obecnych padły na nią,ale zbyt szanowali jej ojca,by jej uchybić.Stanęła przy barze i zapytałą Hirama:
-Czy był tu dziś Joe McCoy?
Hiram wytarł ręce i rzekł nerwowo:
-Nie...Tak,chwilę,zaraz...
-Dokąd poszedł?
-Nie wiem,ja...
Od lewego stolika wstał Max Maladjusted,właściciel hotelu.
-Wszyscy wiedzą,że McCoy spędza czas z panną Clevens!I nie po to,żeby porozmawiać...
Chłopiec,który zginął,był synem Maxa.Mimo,iż Joe w opinii publicznej nie był winny,on nigdy nie przebaczył temu człowiekowi tamtej sprawy.Nie wahał się teraz wydac męża Sarah.
-Do Griseldy Clevens?-zapytała niby spokojnie.
-Tak,do niej właśnie.
-Dziękuję,panie Maladjusted.
Nie okazała złości,choć prawie gotowała się z wściekłości.Griselda!Wszystko skończone.
Za nią wyszedł Max.Miał jej jeszcze jedną rzecz do powiedzenia.
-Śmiem twierdzić,-zaczął-że pani mąż jest nie tylko zdrajcą,ale i okrutnym kłamcą.
-Skąd ten wniosek?
-Czy nadal ma monetę z otworem?
-Nie,ostatnio nie widziałam jej.Czy to ważne?
-Owszem.Ma ją Kenneth,syn kowala.Znalazł ją przy ambonie po śmierci Thomasa.McCoy był w kościele tego dnia.
-Ponoć się spowiadał.
-Nie,proszę pani.To Joe zabił pastora!Moneta ma ślady krwi...
Sarah nawet to nie zaskoczyło.Znienawidziła go tylko jeszcze bardziej.
Spotkali się wreszcie pod sklepem Elmera.
-Co ty tu robisz?-zdumiał się.
-Wracamy do domu,chcę z tobą porozmawiać.
-Chętnie i tak miałem iść.
W milczeniu przebyli tą trasę,aby dopiero w domu spokojnie porozmawiać.
-Gdzie byłeś?-stali w salonie,naprzeciwko siebie.
-U Hirama.
-Tylko?Może jeszcze wstąpiłeś do panny Clevens wypić herbatę?-zakpiła.
-To bzdura!Nie byłem u niej!
-Więc gdzie?Czyżby w kościele,pomodlić się za duszę Thomasa?
-Chyba mam prawo?!
-Owszem.Morderca może modlić się za duszę ofiary.
Zamarł,zamrugał oczami i wydusił:
-Co ty bredzisz?!
-Zabiłeś pastora Thomasa!-rzekła zimno,patrząc mu prosto w oczy.
-Jak śmiesz?!Wszyscy wiedzą,że to Savage...
-To ty najgłośniej żądałeś kary dla niego,chcąc ukryć prawdę.Jesteś mordercą,Joe McCoy!Dowiedzą się wszyscy,niech tylko...
Nie zdążyła skończyć.Mąż wymierzył jej potężny policzek,aż upadła na podłogę.Potem w szale ogłuszył własną bronią i porwał zapaloną świecę ze stolika.
-Teraz nikt się nie dowie!- z tymi słowami przyłożył ogień do ściany domu.Zaczekał,aż zacznie się palić i wyprowadził konia.Chwilę patrzył z końskiego grzbietu,jak płomienie liżą budynek z nieprzytomną Sarah w środku i zaraz potem odjechał,zanoszac się rechotem.
---12---
Nie wiedziała,że zaraz zginie w pożarze,uśmiercoan przez swego męża.Ogień był coraz bliżej.Za chwilę spłonie,jak kupka drewna.Dym unosił się w powietrze,nie docierał jednak do miasta,nikt więc nie mógł jej pomóc.Nie czuła gorąca,ani strachu-niczego.
Nie czuła też czegoś więcej.Czyjeś silne ręce uniosły ją do góry delikatnie i niosły ku wyjściu.Budynek walił się do środka,ale obcy bezpiecznie mijał padające elementy domu.Przekraczał skupiska ognia na ziemii,aż jak Feniks wynurzył się ze zgliszcz.Osmalona twarz nie zdradziła jego uczuć nawet wtedy,gdy wreszcie wyszedł poza teren katastrofy.Wtedy
jej oczy na sekundę się otworzyły i spojrzała w oblicze zbawcy.Zaraz jednak potem znowu omdlała.
Obudziła się w obcym sobie miejscu.Była to skromna chatka na pustkowiu.Leżała w prostym łóżku,przykryta jakimś prześcieradłem.Wybawcy tu nie było.Rozejrzała się po pustym pokoju.Pamiętała,co się stało.Dostrzecgła,że na stole stoi talerz ze strawą.Zasiadła więc i zjadła ten posiłek.Smakował wspaniale.Było tu ciepło i przyjemnie.
Nagle usłyszała cichy dźwięk.Dochodził z odległego pomieszczenia.Idąc za głosem znalazła się przed drzwiami,zza których dochodziła melodia,grana na jakimś małym instrumencie.Nacisnęła klamkę.Było otwarte,więc uchyliła trochę drzwi.
Widziała postać siedząca tyłem.Ten ktoś grał na organkach.Była to najsmutniejsza pieśń,jaką można zagrać.Brzmiała w niej samotność i rozpacz.
Podeszła do grającego,podziękować za ratunek i zapytać o tą melodię.Zapragnęła pocieszyć muzyka,więc położyła mu rękę na ramieniu.Wtedy się obrócił.
 
 
owiec
Gość
Wysłany: 2004-07-30, 09:18   

3 fragment wydawał mi sie najsłabszy z wszystkich ale to nie znaczy że był zły a 4 bardzo dobry :D :D :D
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-07-30, 11:26   

W takim razie dalej...Aha - nie za czesto to wklejam? ;) . Bo mi wyszly 2-3 odcinki dziennie ;) .
Owiec - A wiesz, ze tez tak mysle?

---13---
Jej serce przestało bić na ułamek sekundy.Poznała tę twarz od razu.To on!Zimny drań,morderca,bandyta-Savage.Cofnęła rękę z odrazą.
-Ty?
Niebieskie oczu spojrzały na nią,jakby czekając na reakcję.Patrzył w ciszy.Broń leżała daleko,odpięta.
-Dlaczego?-spytała.
Dalej nie odpowiedział.Nagle zerwał się i rzucił organkami o podłogę.Wyszedł,głośno zamykając drzwi.
Schyliła się i podniosła instrument.Trzymała go w ręce,myśląc nad dziwnym zdarzeniem.Było to takie niezwykłe!Ta melodia,przeraźliwie smutna,nie pasująca do człowieka,jakiego znała...I to,że uratował jej życie,on,który je odbierał!Chciała go odnaleźć,zapytać o tą nieznaną stronę jego osobowości.
Tymczasem on wyszedł poza kryjówkę i głęboko wciągnął powietrze.Uczynił coś,co zaważy na przyszłości.Nie żałował tego.Za parę dni i tak ją wyrzuci.
Zastała go własnie tam.Bała się trochę,ale tamta sytuacja ośmieliła ją.Wyciagnęła rękę,podając instrument.
-Zgubiłeś organki-powiedziała.
Nie wziął,odepchnął dłoń.
-To nie moje!Skąd ten głupi pomysł?!Miałbym na tym grać?!
-Widziałam cię,weź je.Grasz tak pięknie...
-Oszalałaś?!Ciesz się,że żyjesz.
Więc odeszła.Położyła jednak organki na ganku.Później spotkała go w domu,kiedy czyścił broń.Był w głównym pokoju,który udawał salon.Usiadła daleko,ale widziała dokładnie,co robi.Nie wyglądał na mordercę.Trwało to dłuższą chwilę,aż zapytała cicho:
-Dlaczego?
Spojrzał na nią,jakby zdumiony obecnością kogokolwiek.Zawahał się trochę,lecz odrzekł:
-Nienawidzę ognia.
-Dziękuję-powiedziała miękko.
Zamilkł.Zaraz jednak zapytał:
-To Joe podpalił twój dom?-nadal czyścił broń.
-Tak.
-Przeżył?-wydmuchał kurz.
-Nie wiem,chyba odjechał.
-Kochasz go?
-Już nie.
Być może nawiązała jakiś kontakt z tym nieprzystępnym mężczyzną?
-Mam go zabić?
To pytanie zmiażdżyło jej nadzieję.To nadal okrutny Savage.A już liczyła,że dowie się czegoś o nim.
Nie pytał,dokąd idzie.Musiała gdzieś wyjść,wydawało jej się,że w domu pachnie śmiercią,krwią i lepkim zapachem zła.
-Jak piekło-pomyślała.
Za to okolica była rajska.Rozległa równina,jak okiem sięgnąć.Czyste niebo,jasny dzień-jakby mieszkała z rodziną,a nie człowiekiem,którego nienawidziła.Obserwowała ptaki,szybujące po niebie,dalekie od spraw ludzi,wolne od nienawiści.Trochę mocniej dmuchnął wiatr,zrobiło jej się zimno.Cofnęła się do drzwi i mimowolnie spojrzała na ganek.Organki zniknęły jak sen.Ganek był pusty.Wróciła do wewnątrz.Stanęła przed tamtymi drzwiami,tymi,zza których dobiegł ja wtedy dźwięk.Zapukała.Bez odpowiedzi.Odważnie uchyliła drzwi.
Nie zdążyła ich jednak otworzyć.Czyjaś mocna dłoń zacisnęła się na jej i gwałtownie je zamknęła.
-Jak śmiesz tu wchodzić?!Zabraniam!
-Byłam tu już przecież-próbowała protestować,przerażona wybuchem.
-Zapomnij o tym!Bo inaczej zapomnę,że pozwoliłem ci tu mieszkać!
-Miałam nadzieję,że przynajmniej będziemy potrafili przeżyć te parę dni w spokoju,ale widzę,że jesteś gorszy,niż myślałam!Powiedz,po co mnie tu przyprowadziłeś,żeby mnie poniżać?!
-Uratowałem ci życie,idiotko!To mój dom!
-Wiem.Nie dziwię się,że tylko twój-wszakże ty nie potrafisz kochać!
-Nie twoja sprawa!Co ty o mnie wiesz,Sarah z miasteczka?
-Wystarczająco,aby uznać,że nie jesteś wart miłości!Gardzę tobą!
-To nic nowego-nie przejął się tym.-Wszyscy to robią.
Zostawił ją samą.Jego ostatnie słowa brzmiały tak jakoś dziwnie...
Savage wyjechał następnego dnia.Po prostu obudziła się rano,a jego już nie było.Nie wiedziała,czy wróci,a jeśli tak,to kiedy.Dla niej mógłby umrzeć.
Jednak zjawił się na noc.Przygotował sobie posiłek i zjadł go,nie bacząc,czy nie jest głodna.Kończył jeść,gdy posłyszał:
-Wiem,że nie zabiłeś ojca Thomasa.
Łyżka drgnęła,ale nie przerwał jedzenia.
-To Joe go zabił i zwalił winę na ciebie.Chciał cię ukarać za własną zbrodnię.Wykrzyczałam mu to w twarz.
-Dlatego podpalił wasz dom?-odezwał się.
-Tak.Nie chciał,abym komuś to opowiedziała.
-A miałaś taki zamiar?
-Ludzie powinni znać prawdę.Przecież jesteś niewinny!
-Co z tego?Mam tyle ofiar na sumieniu-jeden mniej,czy więcej...
-Nie powinni cię wypędzać!-zaskoczyła tymi słowami nawet samą siebie.
-I tak bym wyjechał-patrzył na nią zaciekawiony.
-Mógłbyś z nami mieszkać,gdybyś zechciał.Chyba lepiej mieć dom tam,niż tu?
Na ułamek sekundy zmienił się na twarzy.
-Ja nie mam domu.
-A to wszystko?!
-Nazywasz to domem?Rób jak chcesz i tak stąd odejdziesz-skończył rozmowę i wyszedł do pokoju.
Zanim zasnął,wspomniał jej słowa.Dom,miłość,dziwny protest na jego obojętność w sprawie Thomasa.Nie ma pojęcia,o czym mówi!Nie ma!Co ona wie o świecie?!Głupia baba.
---14---
McCoy przekazał im tragiczną informację.Płakał nawet.Przecież ją tak bardzo kochał!Nie mógł jej pomóc.Cóż,musi się napić z tej rozpaczy...Całe miasto mówiło o śmierci Sarah w w pożarze.Biedna dziewczyna!Strąciła tą feralną świeczkę...Slumville naprawdę mu współczuło!
---15---
Cmentarz jawił się blisko,dlatego szedł na nogach,konia zostawiając obok.Był to zapadły i zapomniany teren,tutaj nie chowano nikogo od wielu,wielu lat.Mijał zapadnięte groby,stare i zniszczone czasem.Dotarł do końca,oglądał już ostatnie rzędy.Był nagrobek najbardziej zarośnięty,ledwo widoczny,przy końcu,calkiem z tyłu.Większy od innych,jak mieścił kilka ciał.Stał naprzeciw,obojętnie przetarł dłonią -wszak tyle razy pudłował.Musiał wyrwa trawę i chwasty z płyty,pękniętej od lat.Oczom ukazał się napis z nazwiskiem zmarłego z rodziną.Wiele imion,złączonych jednym-wszyscy zwali się McIntyre.Savage'owi zamarło serce-to ten grób!Nareszcie!
Minął dzień i noc.Dopiero nad ranem powrócił.Ona spała mocno,zbudziło ją dopiero to samo granie,co wtedy.Już miałą z triumfem wkroczyć,udowodnić,że miała rację,ale stanęła.Melodia szarpała duszę,jakby opiewałą coś,czego nie sposób znieść.Coś okropnego,tak bolesnego,aż wręcz niepojętego.Mimo tego jakoś była już w drzwiach.Stała i patrzyła,
niepewna tego widoku.Przecież on nie może tak grać,zapatrzony przed siebie,nieobecny w tym wymiarze czasu!Usłyszała włąsny szept:
-Kim ty jesteś,powiedz?Mordercą bez duszy,czy grajkiem o sercu pełnym miłości?
Siedziała obok,słuchając pieśni instrumentu.Czy to możliwe,że to właśnie SAvage?Ten z legend o rękach pełnych krwi?On sam?
Nagle melodia urwała się.Miast niej były jego słowa,ulotne jak ptak:
-Znalazłem grób.Znalazłem...
-Czyj?-zapytała ostrożnie,by nie zburzyć tej kruchej nici.
-Rodziny McIntyre-szepnął cicho.
Słyszała kiedyś o nich.Zginęli okrutną śmiercią.
-Opowiadano o Johnie McIntyre-mówiła.-Podobno ich zamordowano,czy tak?
Nie odpowiadał.Myślała,że nie usłyszał,ale długą chwilę potem,prawie całą wieczność,posłyszała:
-John McIntyre był moim ojcem.Zakryła ręką usta.O Boże!
-Nazywam się Malcolm McIntyre.
-Przykro mi.
Obrócił się do niej gwałtownie,aż się przeraziła.
-Przykro ci?!A wiesz,jak umarli?Pewnego dnia Frank Holiday postanowił ostatecznie zakończyć spór o skrawek ziemii.Przyjechał do nas i...i upomniał się.
Zapatrzył się przed siebie pustymi oczami i mówił jakby do siebie:
-Ojciec odmówił,to była nasza ziemia.Wtedy Frank kazał swoim ludziom wyprowadzić rodziców,moją dwudziestoletnią siostrę,mnie i półtorarocznego brata,na dwór.
Potem podpalił dom.Siostrę oddał jednemu ze swoich,ten na oczach mojej rodziny,trzymanej pod bronią,zrobił z nią...to,co chciał.Frank wziął broń i strzelił.Umierała we krwi.Potem zabił matkę i ojca.Mój braciszek,mały Patrick,nic nie rozumiejąc,podbiegł do ich ciał.Wtedy Holiday złapał go od tyłu i...-głos mu się załamał.Z oczu pociekły strumieniem łzy,schował twarz w dłoniach.Płakał całym sobą,nie mógł wydobyć z gardła żadnego słowa.Wyłowiła urywany szept,dławiony i trudny do zrozumienia:
-...przycisnął mu pistolet do główki...rechotał na ten widok...trzymał chwilę...strzelił i...-ostatnie słowa utonęły w rozpaczy.-Pocisk...przeleciał do mózgu...rozsadził...-nie miał sił dalej mówić.Spojrzał na Sarah,która też płakała.
-Nie miał dwóch lat...Patrick nawet nie wiedział,że rodzice,siostra...Był taki bezbronny,mój mały braciszek...-znów zasłonił się rękami.
-To dlatego...-zrozumiała.-Dlatego stałeś się Savage'm...
-Nie mogłem dopuścić do siebie żadnych uczuć.W przeciwnym razie oszalałbym z bólu...Miałem wtedy dziesięć lat.Byłem sam...Poprzysięgłem zemstę.Znalazłem jakąś pracę,nauczyłem się strzelać,nienawidzić,tułałem się po świecie,licząc,że jakiś dobry człowiek pochował moich najbliższych.Aż znalazłem ich grób.Po dwudziestu pięciu latach.
-A Holiday?
-Nie wiem.Miał trzydzieści,więc pewnie jeszcze żyje.Ścigam go tyle czasu...
Sarah serce krwawiło.Nie sądziła,że przeżył taką tragedię.Nie był już dla niej Savage'm,był tylko samotnym i zrozpaczonym Malcolmem McIntyre.Delikatnie pogładziła go po włosach.Chwycił się jej ręki jak tonący spróchniałej deski z rozbitego statku.
-Musiałeś ich bardzo kochać.
-Więcej,niż własne życie,Sarah.Teraz jestem sam,znienawidzony przez wszystkich...
Powzięła błyskawiczną decyzję.
-Nie jesteś sam.Jeśli zechcesz,zostanę tutaj.
Spojrzał na nią niedowierzająco.
-Chcesz zostać ze mną?Jesteś tego pewna?
-Najzupełniej.
Złapał jej dłonie,mówiąc zdumiony:
-Mój Boże Sarah,jesteś chyba aniołem...
Tej nocy spał spokojnie.Nim zasnął,myślał o cudzie,jaki dziś sprawiła.Wspomnienia bolały,ale już nie piekły żywym ogniem,jak zawsze.Kilka razy przebudził się przerażony,ale zaraz uświadamiał sobie,że to nie sen,a ona nadal tam jest.Jej ofiara była balsam na jego cierpienia.Pierwszy raz opowiadał o zdarzeniu sprzed lat,a ona umiała go pocieszyć.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-07-30, 12:24   

No Black Falcon, jestem pod wrażeniem :) . Ta część jest zdecydowanie najlepsza. Nie mam nic do zarzucenia :wink: . Bardzo mi się podoba.

A trzy odcinki dziennie jest ok.
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-07-30, 19:39   

Hibou, bo sie zaczerwienie ;) . A skoro 3 odcinki dziennie sa OK, to wklejam...chyba 2 dzisiaj?

---16---
Zdumiewające,co odkryła w postrachu dobrych ludzi.Człowieka i to skazanego na życie wiecznego mściciela.Zostanie z nim,pragnęła tego.Może odwiedzie go od przemocy i zwróci życie zwykłe,ale spokojne od niebezpieczeństw?Tylko ona znała go naprawdę.Malcolm McIntyre,jedyny,który ocalał.
Rano wstała pierwsza.Przygotowała mu jedzenie,czekała,aż się obudzi.Godzinę później zorientowała się,że dawno gdzieś wyjechał.Zdenerwowała się trochę,ale przecież nie musiał jej opowiadać,dokąd jedzie!Cóż,jedzenie wystygło...
Doczekała się go jakiś czas potem.Odstawił konia i wszedł do saloniku.
-Gdzie byłeś?-spytała trochę ostro.
Spojrzał zaskoczony na jej twarz i odparł zdumiony:
-Od kiedy ci mam mówić,dokąd jadę?
Zmieszała się lekko.
-Wczoraj przecież...
-Co?Czy sądzisz,że będziesz rządzić moim życiem?Jeśli chcesz,zostań tu,ale pamiętaj,że jesteś moim gościem,nie żoną!
-Czyżbym ci już nie była potrzebna?!Chciałeś ratunku,a teraz mogę odejść?Dobrze,wychodzę!
Podeszła do drzwi,szeroko je otworzyła i wyszła na pole.Nie poszedł za nią.Uczyniła kilka kroków,stanęła,popatrzyła do tyłu.Nic,cisza.W takim razie pojedzie na jego koniu!
Wyprowadziła go i dosiadła.Ledwo rozkazała mu jechać,zwierzę zarżało jakby lekko kpiąco i rozpoczęło dziki taniec.Próbowała utrzymać się w siodle,ale bez efektu.Koń bez trudu zrzucił ją na ziemię i stanął obok,już spokojny.
Uderzyła się mocno,ale nie utraciła przytomności.Co prawda ubrudziła się trochę,co spotęgowało jeszcze jej wściekłość.Zobaczyła też,że gospodarz stoi nad nią i szczerze się śmieje:
-Sądziłaś,że ukradniesz mi konia!Na nim mogę jeździć tylko ja!Zrzuci każdego innego.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś?!
-Po co,jest zabawniej!-śmiał się dalej.Sarah chciała zerwać się i rzucić mu w twarz wiązkę przekleństw,ale nie zdążyła.Kucnął przy niej i szepnął:
-Jesteś piękna,kiedy się złościsz.
Zamierzała coś powiedzieć,ale nagle poczuła,że zamknął jej usta swoimi.Nie protestowała,oddała pocałunek,długi i zdradzający ukryte uczucie.
-Wiesz co,-usłyszał później-chodźmy lepiej do twojego pokoju.
-Wolę twój...
-Dobrze,chodź!
Znaleźli się szybko-obojgu się śpieszyło-w jej pokoju.Zamierzali odkryć swoje myśli i pragnienia,złączyć się również i w ten sposób.Jednak coś zakłóciło tą chwilę.Sarah bowiem wyczuła na jego skórze,z prawej strony,dziwny ślad.Dowód ciężkiej rany sprzed paru miesięcy.
-Co to?-spytała,zaniepokojona.
-To nic,jakaś stara blizn-nie chciał przerywać tego,co zaczął.
-Jest szeroka,musiałeś ciężko krwawić!Kto ci to zrobił?!
-Joe...-mruknął Savage.
-Co?!-zastygła w bezruchu.-Jak?!
-Później ci opowiem,chyba lepiej teraz zrobić coś innego-uśmiechnął się.
---17---
Opowiedział jej przy posiłku,jak McCoy ścigał go zaciekle,a potem zmuszony został do zaprzestania pościgu.Savage nie pominął niczego,nawet scen,w których mordował.Przemilczłą łowcę nagród,ale nie Morgana:
-Wiem,że musiałeś się napić,wszakże już wtedy miałeś gorączkę,ale zabijąc za wodę...!Dlaczego,powiedz?Przecież postąpiłeś,jak...Frank Holiday!
-Wiem.Musiałem być taki jak on,żeby móc go dorwać!
-Nadal szukasz zemsty?A jeśli on nie żyje?
-Muszę to sprawdzić!A jeśli żyje,zapłaci za moją rodzinę!Zginie jak oni.
-Myślałam,że chcesz skończyć z tamtym życiem?Widzę,że nic się nie zmieniłeś.
-To przez niego stałem się tym,kim byłem!Potem wszystko się zmieni,przysięgam!
-Wiesz,gdzie go szukać?
-Jeszcze nie,ale go na pewno dopadnę.Nie dozyskam spokoju,dopóki nie zobaczę jego grobu.Jestem to winien Patrickowi.
Stanął tyłem do niej,żeby nie widziała twarzy.Wspomnienie dalej bolało.Tylko zemsta trzymała go przy życiu przez te lata,teraz nie może z niej zrezygnować.Nawet dla swojej Sarah.
Mijały dni.Sarah sądziła,że powoli sprawi,że Savage zapomni o szukaniu człowieka,którego nienawidził.Czasem jednak Malcolm zamykał drzwi do pokoju i nawet ona nie miała tam wstępu.Zdarzało się,że słyszała tamtą melodię.Wiedziała,że później będzie milczący i ponury.Nie lubiła takich chwil,był wtedy taki obcy.W nocy również wtedy do niczego nie dochodziło.
Tego dnia miał dobry humor od rana.Żartował nawet.Zapewne dlatego odważyła się go poprosić,aby zabrał ją na tamten grób.Uśmiech zniknął z oblicza,gdy to usłyszał.
-Po co?-zapytał opryskliwie.
-Chciałabym zobaczyć miejsce,którego szukałeś,złożyć kwiaty...
-Nie potrzebuję twoich kwiatów!
-Ale ja...
-Zapamiętaj sobie,że tylko ja mogę tam cokolwiek składać!To moja rodzina,nie twoja.Nie proś mnie o to,bo będziesz musiała stąd odejść.
-Dobrze,jak chcesz-zrezygnowała,widząc taką odmowę.
W międzyczasie Joe McCoy przejeżdżał przez równinę.Znajomość z panną Clevens nadal ciągnął,wbrew spojrzeniom społeczności.Przyrzekł jej małżeństwo.Chętnie się zgodziła,wszakże któż inny ją zechce.Zresztą przecież to ten,który przegonił stąd mordercę ojca Thomasa!Miasto to wciąż pamięta.Jechał teraz przed siebie,chciał odetchnąć od snu,jaki go nawiedzał.Widział tam własną śmierć.
Typ,jaki nadjeżdżał z naprzeciwka,miał około sześćdziesięciu lat,zarost i piwne,wąskie oczy.Nadal świetnie strzeclał,czy jeździł.Obaj,McCoy i obcy,spotkali się.
-Dokąd to,człowiecze?-zagadnął tamten.-Wszak tu brak wiosek.
-Szukam ucieczki od mary-przyznał Joe McCoy.
-Jakiejże to?Czyżbyś kogoś zabił?
-Być może...
-Nie przejmuj się,ja znam to uczucie,gdy strzeclasz tak,aby już nie wstali!Wiesz,pogadajmy,bo widzę,że jesteś porządny gość!Jak cię zwą?
-Joe McCoy.
-Frank Holiday-przedstawił się tamten.
Godzinę później Frank poznał historię McCoy'a.
-Mówisz:Savage?A jak wygląda,bo coś słyszałem?
Opis wiele mówił Holiday'owi.Znał go dobrze...
-Widzę,że nie darzysz go zbytnią sympatią.Chciałbyś może pokazać swojemu wrogowi,gdzie raki zimują?
-Pewnie.Tylko nie wiem,gdzie go szukać...
-Nie szukaj Savage'a,szukaj Malcolma McIntyre.
-McIntyre...Widziałem nagrobek takiej rodziny...
-Ktoś ich pochował?No proszę.
-Słyszałeś coś o nich?
-O tak,McCoy.Posłuchaj...
Joe bardzo polubił swego rozmówcę po tej historii.Śmiał się razem z Frankiem,gdy ten opowiadał,jak oddał siostrę przyszłego Savage'a jednemu ze swoich ludzi i co tamten z nia zrobił.
-Nie rozumiem tylko,po coś oszczędził Malcolma?
-Być może właśnie dla tej chwili.Ja skończę sprawę,a ty zemścisz się na nim,póki go jeszcze nie zabiłem.Zgadzasz się?
-Pewnie.
---18---
Obaj udali się na tamten cmentarz.Teraz stali przed grobem rodziny Savage'a.Holiday splunął na płytę i rzekł:
-Niedługo dołączy tu Malcolm.
-Nie,jego zwłoki rozszarpią sępy.
Zaśmiali się znowu.Zaraz potem odwalili kamień nagrobny i zaczęli kopać.Dotarli do trumien,wyjęli je i otworzyli.Kości były porozrzucane,starość dosięgła i te szczątki.Rozbili te trumny,potem wyjęli resztki i rozsypali obok.Tabliczkę też rozbito.Porzucili cmentarz i ruszyli do kryjówki Holiday'a,żeby omówić plany.
Za to Savage musiał odszukać spokój u grobu swoich rodziców,toteż tam się wybrał.Szukał grobu oczami,ale nie znalazł,więc wszedł głębiej,aby jeszcze raz sprawdzić.Wtedy właśnie natknął się na to,co pozostawili przeciwnicy.Zamarł,jakby wlano mu ołów w żyły miast krwi.Zobaczył widok,jaki na zawsze zapadnie mu w pamięć-najświętsze miejsce zniszczone,zbeszczeszczone,oplute!Ze łżami w oczach zbierał szczątki i składał w jedynej względnie całej trumnie.
-Kto to zrobił?Kto?-mówił przez łzy.
Rękami zasypywał trumnę,gdy włożył ją do dołu.Garściami nabierał ziemię,nie bacząc na krew pomieszaną z miałem,roślinami i trawą.Godzinami porządkował miejsce spoczynku rodziny.Ustawił krzyż i złamana tablicę.Odmówił cichą modlitwę,klęcząc przy nagrobku.Wstał,brudny od ciężkiej pracy,z pokrwawionymi dłońmi i pękniętym po raz drugi sercem.
-Przysięgam,że pomszczę tą zniewagę,przysięgam to na własne życie!
Tego dnia nie wrócił na noc.Dopiero po południu przyszedł,nie wyrzekł ani słowa,tylko usiadł przy stole i zapatrzył się w dal.
Sarah nie spała tej nocy,bojąc się o Savage'a.Teraz,kiedy wreszcie przyszedł,jego wzrok jest pusty i mroczny.Kucnęła z troską i ujęła jego ręce w dłonie.Dotknęła ran.Odwróciła jego dłonie,tak,aby zobaczyć te ślady.Łzy stanęły jej w oczach:
-Mój Boże,co ty robiłeś?Twoje ręce...
Nie odpowiadał.Nawet wtedy,gdy czyściła mu skaleczone miejsca,gdy przmywała je wodą i opatrywała.
-Co się stało,powiedz?Dlaczego milczysz,przecież chyba mozesz mi opowiedzieć,właśnie mnie.
Długie minuty błagała go o choć słówko.Bardzo cierpiała patrząc na niego.Nie zjadł niczego,co przygotowała.Drgnęła,gdy powiedział nagle cicho:
-Sarah,jadę zabić Holiday'a.
Zadrżała.Tylko nie to!
-Skad wiesz,że jest tutaj?
-Po prostu wiem.
Więcej nic nie powiedział.Sprawdził szybko broń,wyprowadził konia i wsiadł.Zdążył jeszcze usłyszeć słowa Sarah,wiedzącej,że nie może go powstrzymać:
-Kocham cię,Malcolm.
Spojrzał na nią jeszcze ostatni raz i zniknął w pyle drogi,zostawiając ją przerażoną i samotną.
 
 
owiec
Gość
Wysłany: 2004-07-30, 21:21   

A według mnie najlepsza jest ta ostatnia
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Wersja forum PDA/GSM

Template NoseBleed v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne

Forum administrowane przez: Grimlock, Nieznany


ebook.najlepsze.net
Darmowe Statystyki cjc!
Katalog stron www
katalog stron
Katalog stron internetowych Sznurkownia.pl