Forum KGB
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
"Saga rodu McIntyre"

Czy kogoś to zaciekawiło? ;)
Bardzo ciekawe
50%
 50%  [ 6 ]
Takie sobie
8%
 8%  [ 1 ]
Nie zainteresowało mnie
41%
 41%  [ 5 ]
Głosowań: 12
Wszystkich Głosów: 12

Autor Wiadomość
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-07-30, 22:32   

Dzięki, dzięki, kochani jesteście, że w ogóle to czytacie :) . Zgodnie z ustawą "3 odcinki na dzień" wklejam dzisiejszy ostatni...

---19---
Ci Indianie znali białego człowieka,toteż Dziki Jastrząb umiał porozumieć się z Savage'm.McIntyre nie wiedział,co to za plemię,ale nigdy nie było mu to potrzebne.Właśnie pytał o Holiday'a:
-Tak,jechał tędy opisywany biały.Był też jeszcze jeden,młodszy,o imieniu Joe.Pojechali na północ.
-Dziękuję,Dziki Jastrzębiu.
Do Indian nigdy nic nie miał,rodzice również.Zapewne dlatego zgodził się,gdy szaman,Rączy Jeleń,rzekł mu:
-Widzę,że nie bez powodu go szukasz.Chętnie zajrzę w przyszłośc,bo ostrzecc cię muszę.
Weszli więc do tipi,czyli namiotu pokrytego skórą i zasiedli naprzeciw siebie,aby w spokoju otzrymać wizję przyszłych dni.Szaman po wykonaniu odpowiednich czynności przekazał Malcolmowi przepowiednię.
-Moje modlitwy do Wielkiego Ducha przyniosły efekt.Oto przyszłość,jaką mam ci przekazać-gonisz za pomstą,czynisz ją najwazniejszą w swoim życiu.Lecz uważaj-Wielki Duch mówi,że krew się przeleje niejedna,zapłacze kobieta,a i wynik niepewny!Więc przemyśl dobrze,bo może się okazać,że więcej stracisz,niż zyskasz!
-Czy wy,jako godni sławy wojownicy,też zrezygnowalibyście z pomsty na człowieku,który zbeszcześcił wasze groby?
-Dobry strateg nie walczy bez planów.Czasem lepiej uderzać z ukrycia,niż wprost.
-Zapamiętam tę dobrą radę,ale walczyć muszę.
-Jedź więc i szczęścia ci życzę.
Miał o czym myśleć,gdy opuszczał wioskę.Nie o ostrzeżeniu,bo z tego sobie nic nie robił-wszakże zawsze może zginąć,wiedział to od tamtych czasów,gdy wszystko stracił-ale o kompanie Franka.Czyżby to był Joe McCoy,mąż Sarah?Mąż.Ona jest żona i to tego durnia!Bardzo go nie lubił,to on przecież chciał skrzywdzić jedyną osobę,przed jaka otworzył duszę.McCoy sądzi,że zginęła w płomieniach.Szaman mówił o kobiecych łzach.Sarah była słabym punktem Savage'a.Teraz,gdyby ją stracił,nie byłoby już odwrotu.Pochłonąłby go na zawsze ten mrok,co po śmierci rodziców.Nigdy już nie stałby się na powró Malcolmem McIntyre.Była dlań jedynym ratunkiem.Być może też i ostatnim.Nigdy nie zależało mu na życiu,może tylko tyle,aby odnaleźć miejsce spoczynku rodziny McIntyre.Dopiero teraz miał po co żyć.Chciał do niej wrócić,zostać z nią na wiele wieki,ale było coś ważniejszego-Frank Holiday.
W międzyczasie pewien młody wojownik,Dzikość Serca,rozmawiał z wodzem
-Pragnąłbym podążyć za białym mężczyzną,wodzu.
-Po co,czyżbyś go znał?
-Nie,ale wyczuwam w jego oczach dobrą duszę,a znam przepowiednię szamana i chcę go strzecc przed złem.
-Wbrew jego woli?Przecież cię nie prosił.
-Będę cieniem,z ukrycia strzec będę tej samotnej istoty!Chciałbym prosić o twe pozwolenie,Dziki Jastrzębiu.
-Dobrze,wielki wojowniku,opuść nas,skoro chcesz.Pamiętaj jednak,że będziesz tylko duchem.
---20---
Savage nadal poszukiwał swego śmiertelnego wroga.Nie trafił jeszcze na żaden ślad.Nie wiedział,że Holiday sprzymierzył się z McCoy'em i razem kombnują,jak go zabić.
Żaden z nich nie wiedział nic o decyzji Sarah.
Guy Spit i Austin Rabies zdążali powoli przez wyznaczony im teren.Szef.Frank Holiday,kazał im patrolowac okolicę w poszukiwaniu jakiegoś dawnego przeciwnika.Było gorąco,obaj poruszali się konno,ale zarówno ich wierzchowce,jak i oni sami,byli znudzeni.
-Znasz tego,kogo mamy szukać?-przerwał senną ciszę Guy.
-Nie,to pewnie rzecz sprzed kilkudziesięciu lat.Podobno nieźle strzela.
-Żeby go tylko szybko znaleźć,to wrócimy do domu.
-Masz rację,w końcu to tylko jeden człowiek,a Frank wysłał wszystkich najlepszych strzelców.Ma być albo żywy,albo mamy przywieźć jego zwłoki.
Na pogawędce upływał im czas,póki nie spostrzegli postaci jadącej naprzeciw nich.
-Popatrz,wlecze się jakiś jeździec.
-Wygląda zupełnie jak Savage!Ty,jeśli to on...!
Malcolm McIntyre zatrzymał się przy strumyku i dał pić swemu koniowi.Nachylił się,aby nabrać wody,gdy usłyszał krzyk:
-Hej ty,Malcolm!
Drgnął.Nikt oprócz Sarah nie używał jego imienia.Gwałtownie się obrócił i ujrzał dwóch opryszków szczerzących zęby.Zamiótł wzrokiem okolicę,ale tylko w oddali majaczyły jakieś wzgórza.
-A więc to ciebie szukamy.Podejdź tu,ktoś chce się z tobą spotkać.
- Ze mną?-zapytał nieufnie.
-A Franka Holiday'a znasz?
Ukrył wrażenie,jakie wywarło na nim to nazwisko.
-Jeśli chce się spotkać,to niech sam przyjdzie!
-Jeszcze zobaczymy!-parsknął Austin.Skoczył na Savage'a,licząc na wygraną gołymi rękami;miał uderzyć przeciwnika swoim potężnym ciosem lewej ręki.Jednak Malcolm zorientował się i pochwycił jego dłoń w locie,wykręcając Austinowi rękę.Ten zawył z bólu,ale ruszył do kontrataku.
Guy obserwował walkę z boku.Austin zawsze się śpieszył,on wolał zaczekać na wynik z tyłu.Nie chcieli mordować,Holiday lepiej płacił za żywego.Toteż gdy Austin zaczął przegrywać,Guy zbliżył się po cichu z nożem,którym zamierzał ugodzić Malcolma.Wziął zamach.Savage,zajęty walką,nie słyszał.
---21---
Nóż zabłysnął w słońcu,gdy zamachowiec chciał wbić go w plecy Savage'a.Był pewien zwycięstwa,ciężko ranny człowiek nie będzie trudny do zaprowadzenia przed oblicze szefa.
Austin Rabies leżał już na ziemii,gdy patrzył,jak Guy pada ze zdumieniem wypisanym na twarzy.Koszulę od tyłu barwi krew z rany zadanej z palnej broni.Rabies otrzymał jeszcze jeden cios w twarz i zemdlał.Zginął zaraz potem.
Sam Savage był bardzo zaskoczony,niemniej od Austina.Zobaczył drugiego bandytę,obok upuszczony nóż,ale nie wiedział,kto strzelił.Zorientował się jednak,skąd padł strzał i błyskawicznie obrócił się w tamtą stronę z wyciągniętą bronią.Zamiast jednak kolejnego strzału zza pobliskiej skały wyszedł Indianin ze strzelbą.
-Kim jesteś i dlaczego uratowałeś mi życie?-zapytał Malcolm.
-Nazywam się Dzikość Serca i jestem cieniem samotnej istoty,co szuka pomsty.
-Po co za mną jedziesz?
-Słyszałem słowa szamana,chce pomóc ci wypełnić zemstę i dbać o twoje życie.Zajrzałem ci w duszę,Białowłosy Orle.
-Białowłosy Orle?-nie krył zdumienia.-Skąd ten pomysł?
-Masz białe włosy i spadasz na swych wrogów jak orzeł.
-Chcesz więc razem ze mną podążyć tropem Holiday'a?
-Tak.
-Dobrze więc,wszakże uratowałeś mi życie i jestem ci to dłużny.Masz swego konia?
-Śmigający Wiatr czeka za skałą.
Za chwile konie piły wodę,a obaj podróżnicy posilali się przy rozmowie.
-Co uczynisz po wykonaniu zemsty?-pytał Indianin.
-Zapewne osiądę w domu,z Sarah,jeśli tego zechce.Wyznała mi miłość przed odjazdem.
-A czy ty ją kochasz?
Savage zamyślił się.Dopiero po chwili rzekł:
-Wpierw nienawidziłem tej pewnej siebie kobiety z miasteczka Slumville.Potem odkryła tajemnicę i zamiast odejść,została.Wtedy inaczej na nią spojrzałem,aż pokochałem.Ona nadal jest żoną McCoy'a-dodał ze smutkiem.-Dobrze,a twoja historia?
-Zaczekaj,Orle.Czy ty naprawdę zabiłeś kiedyś kobietę?
-Nigdy.Mówiłem tak,aby pokazać swoją siłę.Ale to tylko kłamstwa.
W międzyczasie jeździec z brygady Franka dojrzał poległych kolegów,zawrócił i powiadomił szefa o stracie dwóch strzelców.Ich zwycięzcy dawno już pojechali.
 
 
owiec
Gość
Wysłany: 2004-07-31, 09:54   

Też bardzo dobre :wink:
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-07-31, 10:12   

No no, robi się coraz ciekawiej :) .
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-07-31, 17:48   

Wow, 189 wyświetleń...Dzięki!!!!

---22---
Benjamin wiedział,że nie zasługuje na miłość ojca.Był przecież tylko małym,ośmioletnim chłopcem z jasną czupryną.Matki nie pamiętał,wiedział tylko,że kiedyś pewna kobieta darzyła go uczuciem.Ale to chyba był sen,przecież za co można lubić kogoś takiego,jak Benjamin?Pomimo tego cierpiał,gdy ojciec cuchnął wódką i zadawał tak bolesne rany.Czasem był trzeźwy,ale bił równie mocno.Potem chłopiec płakał cicho,lecz tak,aby nie obudzić ojca i nie dostać znowu.
Dziś też czuł rękę rażąca wszędzie,gdzie tylko potrafił ojciec bić.
-Po kiego diabła cię rodziła,skunksie!Teraz muszę cię karmić.
Ojciec co nieco,przesadzał,bo Benjamin nie jadł od wczoraj.Milczał jednak,bo za każdy bunt obrywał ponownie.Dziś wieczorem dostał miskę zupy sprzed paru dni,zimnej i niesmacznej.Jadł w ciszy,choć żołądek protestował wyraźnie.Zresztą lepsze to,niż głód.Cisnęły się mu łzy do oczu,dzielnie je powstrzymywał,przecież powinien być wdzięczny za jedzenie!Tylko czsem marzył o lepszym życiu...
Jedyna kropla,jaka pozostała na dnie miski,była powodem ciosu,wymierzonego prosto w twarz.Zachwiał się pod ręką ojca,ale nie upadł,złapał się stołu i zapytał:
-Ojcze,dlaczego bijesz?
-Bo marnotrawisz jedzenie,durniu!Lepiej żebyś zdechł ,nie musiałbym tracić tyle jedzenia na takiego gnojka!
-Czy to dlatego mnie nie kochasz?Bardzo chciałbym,żebyś był dla mnie dobry,przecież tylko ciebie mam na świecie!
-I dlatego masz słuchać!Wyrzucę cię z domu,jeśli będziesz znowu o to pytał.
Syn umilkł.Umarłby z głodu bez ojca,dlatego przestał.Dziś wieczorem znowu,zanim zaśnie,zanurzy się w marzeniach.Opowie dzień postaci,którą kiedyś wymyślił,przyjacielowi z głębin wyobraźni.Nazwał go Sigurd;usłyszał kiedyś to imię w jakiejś legendzie.Sigurd był dzielny,dobry i prawy,przystojny i co najważniejsze-niebieskooki.Wierzył,że kiedyś Sigurd go wyzwoli,że razem przemierzać będą świat.Ojciec niczego nie wiedział,okpiłby tylko taki głupi pomysł.
Zasnął przy streszczaniu wieczoru.Sen o Sigurdzie przyniósł mu ukojenie i radość.We śnie przyjaciel uśmiechał się do niego,wziął za rękę i zaprowadził do pięknej krainy,gdzie panował spokój i piękno.Trawa zielona,obłoki na niebieskim,jasnym sklepieniu i powiew ciszy,gdy patrzyli na okolicę z podziwem.Ach,gdyby Sigurd naprawdę istniał!Nie pozwoliłby bić chłopca,stałby się jego drugim ojcem.Nawet wiadro lodowatej wody wylane na głowę nie sprawiłoby takiego bólu w sercu,gdyby Sigurd był autentyczny.Ojciec często go tak budził,nie patrząc na stres i ewentualną chorobę syna.Benjamin musiał zrywać się od rana,bo znów będzie karany.Czasem prosił przyjaciela,żeby ten go zabrał ze sobą,ale zawsze budził się w rzeczywistości.Dlatego kochał noc,wtedy był z przyjacielem w ich lesie,świecie,domu...Byłm szczęśliwy.
---23---
Sarah.Boże,jak on do niej tęsknił!Chciałby wrócić,zapomnieć o tragedii,żyć z ukochaną razem,wolny od koszmarów.Nie mógł.Ile nocy nie przespał,prosząc los,aby zaczekała,nie odeszła zniecierpliwiona jego nieobecnością i pragnieniem zemsty.Miał nadzieję,że nie zranił jej mocno,gdy odjechał nagle,mimo błagania w jej ślicznych oczach.I te słowa,to o nich myślał,dawały mu siłę do życia.Ona go kochała.Jego,znienawidzonego i pogardzanego Savage'a.Teraz nie mógł już umrzeć,miał ją,swój cenny skarb,jedyny od tamtych czasów.Ile by dał za to,żeby nie była żoną Joe'go!Jeśli wróci,na kolanach przysięgnie jej,że zawsze będą razem.Dopóki ona zechce.
Patrzył w gwiazdy,przeczekując do rana.Jego duszę ogarnął jakiś smutek,jakby miał zginąć jutro.Gdyby stracił Sarah,dziura pustej,czarnej samotności zalałaby go na zawsze.Znów myślał o Sarah,chciał zobaczyć jej uśmiech,usłyszeć głos,kojący i pełny uczuć.Jeszcze bardziej nienawidził Holiday'a.
---24---
Lęk rozrywał jej duszę pazurami,raniąc do ciekłej,płynnej krwi.Przeklinała chwilę,gdy pozwoliła mu wyjechać.Być może już zginął,leży sam we krwi,bez żadnego pogrzebu!Chciała go poszukać,lecz on może tu wrócić i nikogo nie zastać!Pamiętała jego pusty wzrok,
skrwawione dłonie,ból po ujrzeniu grobu rodziny i obawiała się,że w rozpaczy zapomni o ostrożności.Dlaczego jeszcze nie wraca?Już tyle dni,tyle jej łez.
Tego ranka serce podskoczyło jej do gardła.Nagle do drzwi zapukały czyjeś ręce.Mocno i zdecydowanie,jakby nie mogły się już doczekać wejścia.Podbiegła szczęśliwa,
szeroko otworzyła i spojrzała we wściekłe oczy męża.
 
 
owiec
Gość
Wysłany: 2004-07-31, 18:35   

Coraz lepiej jeszcze troche i to będzie besseler
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-07-31, 21:48   

Owiec - Przestań, bo uwierzę ;) . A oto jeszcze...

---25---
Pierwsze zaskoczenie szybko minęło;McCoy wepchnął żonę do środka i zatrzasnął za sobą drzwi.Zatarasował sobą wyjście i krzyknął:
-A więc żyjesz,nie zginęłaś w ogniu!Obiecuję,że dziś umrzesz w zgliszczach!
-Zaczekaj,przecież nie spalisz domu obcego człowieka!
-Obcego człowieka?Kogo?-spytał zaciekawiony.
-Nie...kogo...ja...-przeraziła się,nie chcac wydać Savage'a.
-Skąd się wzięłaś w domu,gdzie miałem pytać o drogę?
-Uciekłam z tamtego domu,wynoś się i daj mi spokój!Wróć do Griseldy,weź ślub,ale błagam-odejdź!
-Nie,żonusiu...Wszakże przysięgałaś mi miłość,teraz ją spełnisz.
Wyciągnął ręce i chciał mocno ją schwycić,aby zaciągnąć do łóżka,ale w porę się zorientowała.Z całej siły walnęła go jakąś deską z gwoździami i patrzyła,jak pada zalany krwią z rany na głowie.Długą chwilę obserwowała leżącego bez czucia,aż przerażona odrzuciła deskę i wybiegła z domu,byle dalej od koszmaru.Dalej i dalej,godziny,mile,przed siebie.
W międzyczasie McIntyre powziął pewną decyzję.Niech przodkowie mu wybaczą-musi wracać.Powiadomił o tym tylko Dzikość Serca,który powiedział:
-Jedź,skoro chcesz,ale pamiętaj-gdybyś zmienił zdanie,spotkajmy się w mojej wiosce!
-Dobrze i...dziękuję-Malcolm chciał już jechać,toteż te słowa rzucił już z wysokości grzbietu końskiego.Popędził tak szybko,jak mógł.Wraca do niej,do domu.Po raz pierwszy w życiu chciało mu się śpiewać ze szczęścia.Znów ją zobaczy,poprosi o wybaczenie za tą bezsensowną pogoń za marą sprzed lat.Stracił tyle czasu,wynagrodzi jej to,jak tylko się da.Przyśpieszył konia,chciałby już być u Sarah.
---26---
Joe pozbierał się jakoś,przeklął sytuację,obtarł ranę i pojechał zawiadomić Franka o sprawie.Ją też musi ukarać,patrzeć na jej śmierć.Ciekawe,jak ona uciekła ze zgliszcz?I czyj dom dał jej dach nad głową?Jego dni też są policzone.
---27---
Z daleka dojrzał dach swego domu,jeszcze tylko parę kilometrów i nareszcie się zobaczą.W biegu zeskoczył z konia,podbiegł do drzwi,otworzył je szeroko i już z progu wołał:
-Sarah,wróciłem,nie mogłem znieść tej rozłąki!Teraz już zostanę z tobą...
Zorientował się,że odpowiada mu głucha cisza.Złym przeczuciem tknięty sprawdził pomieszczenia,aż zrozumiał.Sarah odeszła.Miała dosyć życia u jego boku,dość czekania na powrót,wróciła być może do męża,do przyjaciół,do znajomych.Zostawiła go na zawsze.Nie winił jej,przecież powinien wiedzieć,że jego nie da się pokochać.Dobrze wybrała,cierpiałaby tu tylko.Cóż miał poradzić,że to tak boli?Jeszcze raz popatrzył na to,co było jego domem i nie patrząc już do tyłu wyszedł,aby opuścić to przeklęte miejsce o dokończyć to,czego nie powinien był przerywać-zemsty na Franku Holiday.
Indianin już czekał,wiedział,że Savage nie zrezygnuje tak łatwo z zemsty.Jechali potem w milczemiu,tropem tamtych dni.W końcu Malcolm powiedział:
-Jeśli znajdziemy Franka,sam wymierzę mu sprawiedliwość.Ty wrócisz do swojej osady.
-Przysięgałem ci wierność,nie mogę cię opuścić.
-Zrobisz to zaraz,jak tylko dowiem się,gdzie jest!
Dzikość Serca chwilę milczał,potem spytał:
-Nie czekała?
Za kilka sekund usłyszał odpowiedź:
-Nie.I ne będę jej szukał.
-Przestałeś ją kochać?
-Nigdy nie przestanę.
-Więc czemu?Przecież sam mówiłeś,że...
-Wiem,że ze mną nie da się żyć.Istnieję tylko po to,żeby pomścić rodzinę.
-A potem?
-Potem wrócę do rodziców i na zawsze będziemy razem.
-Mówisz o śmierci?
-Ja już jestem trupem.Jak koszmar-wykonam zemstę i przestanę istnieć.
Savage umilkł.Znów ta przeklęta mgła!Od pewnego czasu zdarzało mu się,że na kilka sekund tracił ostrość wzroku.Mijało po chwili,ale było denerwujące i niebezpieczne,szczególnie w przypadku kogoś,kto żył w ciagłym konflikcie z innymi,jak Malcolm.A raczej Savage,bo Malcolm to imię z przeszłości,która dawno umarła.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-02, 18:54   

Black Falcon, gdzie jesteś? Czekam na kolejne odcinki... Twoja saga coraz bardziej mnie wciąga :D .
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-02, 19:05   

Hibou - Ups, przepraszam, drobne problemy z siecią ;/. Ale już jest wszystko OK :) . A oto dalsza część...

---28---
Tego dnia Benjamin został sam.Ojciec pojechał kupić jedzenie.Syn nie pytał ojca,skąd ma pieniądze.Nie było go czasem kilka godzin,czasem dni.Chłopiec czekał o głodzie,ale bez kolejnych razów.Teraz siedział przed domem,obserwując ptaki na niebie.Nagle posłyszał tętent końskich kopyt.Zdumiony spojrzał w tamtą stronę,wszakże ojciec niedawno wyjechał.Jechało dwóch jeźdźców,jeden chyba to Indianin,a drugi-kowboj.Zbliżali się szybko.Chłopiec zafascynowany patrzył na parę podróżnych.Zobaczył twarz Malcolma i serce mu podskoczyło.Oczy!To musi być Sigurd!Przybył,żeby go zabrać ze sobą.Musi go przywitać;dobrze,że ojca nie ma.Wybiegł przed jeźdźców.
Zatrzymali się,zdumieni tym małym chłopcemna pustkowiu.Benjamin jak urzeczony wpatrywał się w Malcolma.
-Po co nas zatrzymałeś?-spytał Indianin.
-Jestem Benjamin.Czekałem na wasze przybycie.
-Skąd wiedziałeś,że przyjedziemy?
-We śnie rozmawialiśmy,obiecałeś,że zabierzesz mnie ze sobą!-chłopiec najwyraźniej patrzył na białego jeźdźca.
-Nie znam cię,jakże mogłem ci coć obiecać?
-Możesz mówić wprost,ojca nie ma w domu.Tyle razy pomagałeś mi nie płakać po razach taty,a teraz przybyłeś mnie uratować!
-Po razach ojca?-Savage chyba się przesłyszał.
-Bo tata...czasem jest zły i trochę mnie...bije...-wyznał Benjamin.
Dopiero teraz dotrzegli ślady uderzeń na ciele chłopca.
-Ale to nic,bo zawsze miałem ciebie,przyjacielu!-popatrzył z miłością na Malcolma.
-Dlaczego sądzisz,że ja jestem tym przyjacielem,skoro znasz mnie tylko ze snu?
-Bo masz niebieskie oczy!Sigurd ma takie,jak ty...
-Sigurd?Skąd wziąłeś to imię?
-Z legendy o dobrym i dzielnym wojowniku!Przecież ty taki jesteś,przyjacielu.
Chłopiec był tak pewny,że nie baczył na zdumienie Savage'a.Nie wiedział,że rozmawia ze znanym mordercą,poszukiwanym listami gończymi i znienawidzonym przez wielu.
Równocześnie z przeraźliwie samotnym Malcolmem McIntyre.
Chyba teraz ta osobowość wzięła górę,bo zapytał:
-I chcesz ze mną odejść z domu?
-Tak,bo ty mnie nie uderzysz,tylko obronisz przed ojcem...
-Bardzo się go boisz?
-Jak przuchodzi pijany,to tak.Wtedy boję się,że mnie zabije...
-A matka?
-Mama odeszła do nieba,wiele lat temu.
-Też cię biła?
-Nie bardzo kochała.Ale i ją tata bił.
Savage miał ochotę udusić tamtego śmiecia.Owszem,był może i mordercą,ale nie dzieci,nie kobiet.Ale to głupi pomysł,doprawdy-żeby miał zabierac tego dzieciaka!
-Teraz nie mogę cię zabrać,ale jeśli tylko znów cię dotknie,to zawołąj,a przyjadę.
-Dobrze-uwierzył w ten bezsens mały.
Z poczuciem załatwionej sprawy ruszył w dalszą drogę.Dziwne spojrzenie Indianina przemilczał.
---29---
Często śnił mu się Patrick,ale dziś patrzył jakoś z wyrzutem,jakby się o coś gniewał?Savage pytał we śnie,dlaczego na pretensje,wszakże załatwia to,co im przysiągł.Dopiero rano dotarło do niego,co przekazywał zmarły-chce,żeby brat zabrał Benjamina ze sobą!Być może to uleczy zranione serce,choć Savage wątpił w to szczerze.Ale niech Benjamin nie liczy na nic więcej.Tylko na jedzenie i sen.Gdy odszuka Franka,odda chłopca w ręce Indianina.Mały posłucha,ślepo wierzy w tego swojego Sigurda.
---30---
Sarah miała przy sobie trochę pieniędzy,zdecydowała więc,że wyjedzie do Bostonu,odnaleźć kuzynkę.Nie mogła wrócić do domu,a w mieście mógł czyhać Joe.Znalazła więc stację kolejową i czekała na pociag.Nigdy tu już nie wróci.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-02, 19:16   

Black Falcon, nie przepraszaj, to tylko ta moja niecierpliwość :wink: . Jestem ciekawa co będzie dalej :) .
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-02, 19:20   

Hibou - Bonusik za długie czekanie - kolejna część już leci ;) .

---31---
Savage wraz z Dzikością Serca zbliżył się już do chaty Benjamina,gdy Indianin zatrzymał go:
-Stój.W chacie jest ojciec.Jest drugi ślad.
Savage coś mruknął pod nosem cicho,ale nie zrezygnował.
-Wywab go,a ja zabiorę chłopca.
-Nie jest głupi,zorientuje się.
-Wywab,albo pójdę przednimi drzwiami!
Indianin zaczekał,aż Malcolm ukryje się przy wrotach,a sam rzucił kamieniem w drzwi.Widocznie ojciec słuch miał dobry,bo powiedział:
-Kto się dobija,co za...!-wyszedł,aby zobaczyć i nagle poczuł,że ciężka ręka wali go w głowę od tyłu.Upadł bez czucia.Savage uśmiechnął się triumfująco i wszedł poszukać chłopca.
Ten pojawił się od razu,ale widok leżącego ojca przeraził go:
-Czy tata...nie żyje?
-Nie pleć głupstw,ogłuszyłem go tylko!Chcesz ze mną jechać,to zbieraj się!
-Mogę?-ucieszył się chłopiec.Zabrał jakieś ubranie i z radością rzucił się w objęcia Savage'a.Ten nie zareagował,pośpieszył tylko.
Pomagał Benjaminowi wsiąść na konia,gdy usłyszeli wściekły krzyk ojca:
-Ty bęcwale,oddaj mi chłopca!
Nie baczyli na wrzaski,ale on krzyknął znowu,tym razem z groźbą:
-Wystrzelę,jeśli tego nie zrobisz!
Istotnie,mierzył w nich z pistoletu.Ben zaczął cicho płakać.Savage nie wierzył w pogróżki,ale nie chciał ryzykować,dlatego rzekł:
-Więc zabierz go sobie!
Pewny siebie ojciec zbliżył się do konia z wyciagniętą bronią.To był błąd,bo Malcolm z łatwością mu ją wykopnął z ręki.Lecz tamten rzucił się nań i próbował powalić na ziemię.Wywiązała się walka.Savage,zajęty nieprzyjacielem,nie mógł baczyć na Bena,krzyknął więc do towarzysza:
-Zabierz chłopca!
Dzikość Serca odjechał posłusznie razem z Benem,który pytał:
-Dlaczego go zostawiliśmy?Przecież może zginąć!
Bał się wyrźnie o swa postać ze snów.
Za to Malcolm był już blisko zwycięstwa,gdy wróg nagle dosięgnął,mimo leżenia pod Savage'm,broń.W tej samej chwili Malcolm zawahał się,bo znów stracił wzrok.Tamten to wykorzystał,zrzucił z siebie Savage'a i nie czekając,aż się podniesie,wystrzelił.Potem uciekł.
---32---
McIntyre odzyskał wzrok,gdy przeciwnik się wydostał.Nie zdążył jednak reagować,bo poczuł ból w lewym boku.Zrozumiał.Świat mu zawirował z tego bólu,bliski omdlenia podniósł się krwawiąc i starał się iść w stronę miejsca,gdzie zostawił przyjaciół.Oby tylko tamten nie znalazł ich wcześniej!
Czerwone plamy oślepiały go,gdy dotarł do obozowiska.Indianin pomógł mu usiąść,bo Malcolm nie raz już wyciągał z siebie kulę.Potem kazał wojownikowi otworzyć ranę i pozbyć się pocisku.
Kiedy Benjamin obudził się,Savage właśnie odpoczywał po zabiegu.Chłopiec podszedł doń,usiadł i powiedział:
-Dziękuję,Sigurdzie.
-Nie mów tak do mnie!-wycedził przez zaciśnięte po części z bólu,a po części ze wściekłości zęby,Malcolm.
-Jesteś ranny?-przejął się mały.
-Nie twoja rzecz!Twój ojczulek to zresztą podlec!
-Tata tylko się zdenerwował,on...
-Nie wierz mu,radzę ci dobrze!A teraz się wynoś!Jesteś tu tylko przejściowo,aż znajdę Franka!
-Kto to?-zaciekawił się Ben.
-Jeszcze jedno takie pytanie,a wrócisz do tatusia!
Benjamin posłusznie się oddalił.Tylko czemu przyjaciel tak strasznie krzyczy?We śnie był taki dobry...
Płaty zmieniły barwę i natężenie.Ból zelżał,ale wciąż nie dawał spać.Dzięki temu Malcolm mógł wyłowić uchem słowa z rozmowy chłopca i Dzikości Serca:
-Sigurd bardzo cierpi,prawda?
-Wyjąłem mu kulę,ale boli na pewno bardzo.
-Chciałem go potrzymać za rękę,tak,jak on mnie we śnie,ale mnie wypędził.
-Wiesz,on musi wyzdrowieć,wtedy z nim porozmawiasz.
Ben zawahał się,ale zapytał:
-Czy tatuś zginął?
-Nie,nie sądzę.Chyba tylko zranił twojego wybawiciela.
Savage usłyszał wszystko,ale był zły.Cóż to za pomysł z tym trzymaniem go za rękę,przecież on nie dziecko!Pewnie chciałby,żeby nazywać go ojcem!Nigdy się nie zgodzi,Ben to tylko przejściowa rzecz na drodze do ziszczenia marzeń.
---33---
Joe uzgodnił z Holiday'em,co zrobią po uśmierceniu McIntyre'a.On zabierze dom Savage'a i zamieszka w nim z Griseldą,a Holiday zabawi się z Sarah.Potem i ona zginie...
 
 
owiec
Gość
Wysłany: 2004-08-02, 21:13   

Wspaniale hibou ma rację to wciąga coraz bardziej i bardziej ja nie mogłem się oderwać choćby na chwile czekam na dalsze części :wink:
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-02, 21:59   

To proszę dalej :) ).

---34---
Jej pociag przyjechał już na stację.Nie wahała się,wsiadła do jednego z wagonów i czekała na odjazd.Spoglądała przez okna,cały czas myśląc o straconej miłości.Pociekły jej łzy,gdy wspomniała człowieka,który zapewne stracił życie w pościgu za nierealnym.Teraz,gdy została już sama,wróci do dawnego życia.Wielkie miasto pozwoli jej zapomnieć o Malcolmie McIntyre.Kiedy zamykała oczy,nadal widziała twarz wyklętego.Dosyć!Musi wymazać przeszłość!Ten mężczyzna naprzeciw wygląda miło,ale zaczeka na jego posunięcie.
Ruszyli.Krzaki i drzewa uciekały we mgle poranka.Było zimno,otuliła sie lepiej szalem.Zapominała o mijanych okolicach tak samo,jak zapomni o wszystkich dawnuch dniach.Na zawsze.
W międzyczasie ktoś nieśmiało przyglądał się Savage'owi.Był to Benjamin;nie spał już bowiem."Sigurd"usnął,zmęczony walką z bólem.Chłopak cierpiał,ale liczył na to,że z czasem odzyska jego miłość.Może to jakaś próba?Przejdzie ją,aby przyjaciel był z niego dumny.Aby znowu spędzali ze sobą tyle miłych chwil,nadal dawali tyle miłości,co zwykle.Przecież nie po to go brał ze sobą,żeby traktować,jak obcego...
Savage otworzył oczy.Rana goiła się i ból powoli zanikał.Szybko dojrzał,że chłopiec patrzy na niego,choć boi się zbliżyć.Dał mu znak,aby podszedł,co Ben nieśmiało uczynił, i usiadł obok.
-Dlaczego mi się tak przyglądasz?
-Bo chciałbym,żebyś znów mnie pokochał.
-Nadal sądzisz,że jestem postacia z twego snu?
-Oczywiście.Prosiłem cię i przybyłeś!Masz przecież te niebieskie oczy,co on i jesteś tak samo dobry,jak we śnie,choć udajesz złego.
Savage uśmiechnął się.On ma być dobry...Gdyby Ben znał prawdę!
-Ale ja przejdę wszystkie próby,żeby zostać z tobą!Wiesz,chciałem przyjść do ciebie,gdy byłeś ranny,ale nie chciałeś.
-Po co?
-Żeby powiedzieć ci,że jestem przy tobie i pomóc ci wyzdrowieć.Kiedy ja byłem chory,byłeś przy mnie.
-Chory?Na co?
-Jak tata wyrzucił mnie na deszcz,to zmokłem i przeziębiłem się,mało nie umarłem.Dodałeś mi sił,przyjacielu!
-Ojciec wie o mnie?
-Nie,wyśmiałby mnie.On nie lubi marzeń.
Indianin widział ich przy rozmowie.Nie rozumiał Malocolma,wszakże Wielki Duch musiał pokazać chłopcu,że to McIntyre będzie jego opiekunem,skoro tak mówi chłopiec.A Manitou wie,co robi...
---35---
Margaret gorąco przyjęła kuzynkę i zaprosiła do zamieszkania z nią.Teraz siedziały obie w salonie i opowiadały swoje historie.
-Pokochałaś przestępcę,nie mogłaś wierzyć,że wroci.A jeśli jest z inną?
-Nie znasz go!Również i jego serce biło,potrafił kochać.Pewnie zginął w pogoni za cieniem.
-Sądzisz,ze Frank żyje?
-To on zbeszcześcił grób rodziców.Savage musi się na nim zemścić.To cel życia samotnego człowieka,jakiego poznałam.
-Tęsknisz chyba za nim?
-Bardzo,ale nigdy już go nie spotkam.
-Nie wrócisz tam?Jeśli on czeka,będzie cierpiał.
-Nie mogę.McCoy mnie pamięta.Zresztą jak mam go odnaleźć,przecież nie wiem,gdzie
pojechał.Może nie chciał wracać...
-Czemu nie zawiadomisz szeryfa,kto naprawdę jest winien śmierci pastora?
-Nie było kiedy.A Max nie ma dowodów.
-Chciałaś z nim zostać?
-Gdybym nie była żoną McCoy'a,dawno byłabym z Malcolmem.
-A jeśli klamał?Może odmówił ci pokazania grobu,ponieważ on...nie istnieje?Może chciał cię tylko....no,wiesz...
-To kłamstwo!Wiem,że mówił prawdę,widziałam to w jego oczach!Gdybyś widziała jego ręce,gdy wrócił,żeby poinformowac mnie o wyjeździe,pustkę w spojrzeniu!
-Mogę pojechać do Slumville i dowiedzieć się czegoś.przekażę ci potem.Jeśli żyje,powiem mu,że tu jesteś.
-Nie,lepiej nie.Nie chcę się dowiedzieć o jego śmierci.Wolę wierzyć,że zemścił się i znalazł szczęście.
---36---
Oliver pędził konno w kierunku Slumville.Stracił syna,ale wydrze go z łapsk tych dwóch i pokaże,kim jest naprawdę.Musi tylko przemyśleć parę spraw...Potem śmierć dosięgnie
porywaczy,okrutna i drapieżna.Najbardziej zależało mu na zanurzeniu ręki we wnętrznościach tego jasnowłosego drania.Jeśli jeszcze żyje.
Malcolm żył i miał się całkiem nieźle.Teraz siedział na uboczu i rozpoczynał grać na swoim instrumencie.Przerwa w podróży denerwowała go trochę,ale musieli odpocząć po niefortunnej przygodzie z Oliverem.Smętne nuty powoli zaczęły się wydobywać z organków w ciszy poranka.Tak,jak Orfeusz płakał za swoja Eurydyką,tak on wspominał skrawki szczęścia,jakie dane mu było odczuć.Nierzeczywista chwila,trochę podobna do tej,kiedy Sarah po raz pierwszy usłyszała tą skargę.
Ben,okryty kocem,przysłuchiwał się muzyce.Kiedy Malcolm na chwilę odłożył instrument,cicho się przysunął i szepnął:
-Mama też lubiła muzykę.
Chwila ciszy,długiej,jak wieczność cała.
-Patrick uwielbiał zasypiać przy mojej grze.
-Kim on był?
-Moim bratem.
-Opowiedz mi o nim.
Przez moment wydawało się,że Benjamin usłyszy tą historię.Jednak sekundę później usłyszał zupełnie coś innego.
-Nie twoja sprawa!Nigdy więcej o to nie pytaj!-Savage już się oddalił w kierunku ognia.
Benjamin przez chwilę zapragnął wrócić do ojca.Tak!To właśnie zrobi.Zaczekał,aż dwaj towarzysze zajmą się przygotowywaniem śniadania,ostatniego przed wyruszeniem w dalszą część wyprawy.Zabrał trochę chleba i wymknął się z obozu.
Upłynęła godzina,gdy Dzikość Serca zawołał chłopca na posiłek.Odpowiedziała mu głęboka cisza.Zawołał ponownie,lecz bez rezultatu.Zapytał więc siedzącego obok Malcolma,czy widział gdzieś Bena.
-Pewnie płacze gdzieś na boku.
-I nic cię to nie obchodzi?
-Nie ja go zabierałem,sam chciał,więc pewnie teraz wrócił do ojca.
-On go zabije!
Savage w milczeniu przeżuwał potrawę.
-Opowiadałeś mi o rodzinie...Ben traktuje cię jak ojca.
-Co z tego?
-Musze go odnaleźć!-Dzikość Serca wsiadał na konia.-Jedziesz?
Malcolm ani drgnął.Za chwilę został sam.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-02, 22:20   

Podoba mi się, że nic w tej sadze nie jest proste, że bohaterom nie układa się tak jakby chcieli, że ciągle pojawiają się jakieś przeszkody, a szczęście nie przychodzi łatwo. No i że główny bohater jest "zimnym draniem" :wink: .
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-03, 12:16   

A czy im się w ogóle ułoży...Kto to wie...;)

---37---
Benjamin maszerował w stronę chatki.Oby tylko ojciec znowu go przyjął!I żeby nie pogubił drogi!Powoli zaczynał być głodny.Wyjął kromkę chleba i zaczął jeść.Długo tak wędrował,aż w pewnej chwili postanowił usiąść.Jeszcze parę kroków i odpocznie na tamtym kamieniu.
Nigdy jednak tam nie dotarł.Ze zmęcznia nie patrzył pod nogi i nastąpił na żmiję.Ta wściekle zasyczała i ukąsiła go w prawą kończynę.Kromka wypadła,gdy chwycił się za nogę.Jad rozprzestrzeniał się już po jego organiźmie.
Indianin bezskutecznie przeszukiwał okolicę.Nie sądził,by udało mu się odnaleźć zaginionego.Zawracał już zrezygnowany,gdy w oddali zauważył jakieś ciało.Podbiegł bliżej po zejściu z konia iz przerażeniem dojrzał,że to ciało Benjamina.Nachylił się nad nim i zorientował,co się stało.Starał się wyssać jad,a potem wypluwał go w ziemię.Później posadził go na konia i pędem wrócił do obozu.
Savage już z daleka spostrzegł,że Indianin wraca z chłopcem.Widział,że zguba jest chora i chyba nieprzytomna.Obserwował,jak Dzikość Serca przenosi na rękach Bena i kładzie na ziemii.Zapytał obojętnie,co się stało.
-Ukąsiła go żmija,ma bardzo wysoką gorączkę.Poza tym długo szedł,więc jest potwornie zmęczony.
-Przeżyje?
-Nie wiem.
Indianin zajął się chłopcem,wygodnie go ułożył i przygotowywał okład na gorączkę.Malcolm patrzył na to i powoli zaczynało do niego docierać,co powiedział Dzikość Serca.Ben może po prostu umrzeć.Stał i zorientował się,że szepta błagalną modlitwę o jego życie.Nie pamiętał,kiedy się modlił.Teraz płakał.Przypomniały mu się słowa Benjamina,kiedy mówił Indianinowi,że chciałby czuwać przy przyjacielu,trzymać jego rękę,aby choć tak mu pomóc.Chłopiec niczego nie żądał w zamian,tylko miłości.A on go tak skrzywdził!Wzruszony podszedł do nich i cicho zapytał:
-Czy mogę przy nim posiedzieć?
Dzikość Serca cicho się odsunął.
-Zmieniaj okład,gdy będzie ciepły.
Savage przyklęknął obok i z przerażeniem spostrzegł,że Ben aż płonie z gorączki.
Delikatnie ujął go za rękę,a drugą pogładził po włosach.
-Przepraszam.Zrobię co zechcesz,ale wytrzymaj,wróć do mnie,proszę...Nie zostawiaj mnie,synku...
Łzy spadły na rozżarzone czoło chłopca.Oddychał płytko i nieregularnie.Malcolm ze ściśniętym sercem pilnował,czy oddycha.Każda chwila była wiecznością.Zmieniał okład co jakiś czas,ale gorączka nie spadła.
Gwiazdy rozjaśniły niebo,gdy wojownik zaproponował mu zmianę warty.Malcolm nic nie jadł,nie zasnął ani na chwilę.Teraz także odmawiał:
-Nie jestem głodny i chcę zostać.Prześpij się sam.
Malcolm sam mało nie zachorował ze zmęczenia.Przeklinał sam siebie za to,jak traktował chłopca.Zrozpaczony zaczął cichutko grać to,co kiedyś bratu.Tracił już nadzieję.Dopiero,gdy skończył,zobaczył,że Ben powoli otworzył oczy.
-Graj...-prosił.
Więc grał.Potem odłożył organki i nachylił nad Benjaminem.Zobaczył,że trochę spadła gorączka,a oczy chłopca mniej świecą.Ulga,jaką poczuł,była ogromna.Tym razem ze łzami szczęścia szeptał:
-Żyjesz,chłopcze!Bogu dzięki,żyjesz...
Wyczytał w oczach chorego strach:
-Nie jesteś zły,że opóźniłem wyprawę?
-Nie,ale to moja wina!Mogłeś umrzeć.
-Myślałem,że mnie nie chcesz,że to nie ty byłeś moim najlepszym przyjacielem,że...
-Wybacz mi,byłem głupi!Pewnie teraz mnie nienawidzisz...
Odwrócił się,nie mógł patrzeć na oskarżycielskie spojrzenie Benjamina.Lecz nikt takiego nie nastąpiło.Za to Savage usłyszał:
-Nie płacz,bo to nieprawda.Kocham cię,przyjacielu.
Malcolm nie mógł uwierzyć,że to prawda,nawet,gdy trzymał chłopca w ramionach,mocno doń przytulonego.
Indianin przyglądał się temu z radością.Czuł,że to dzięki desperackim wysiłkom Malcolma Ben przeżył.Zapewne słyszał jego słowa pomimo gorączki.
---38---
Sarah właśnie przebywała na przyjęciu w domu kuzynki.Bywali tu ludzie z elity,bogaci i sławni.Z małżonkami,dziećmi,rodzeństwem,wszyscy liczący się w mieście.Była tu Josephine Langor z mężem,Bert Pundit z Cecylią,Blair Oathes,Joshua McCullahan,Xavier i Brenda z synem Ulyssesem...
Rozmawiała z nimi,streszczała historię życia,ale przemilczała zwiazek z Savage'm.Był w opowieści tylko tym,który uratował ja z płomieni.Dziś była najblizej zapomnienia o nim.
Przecież nigdy się już nie spotkają...Właśnie słuchała jednego z młodzieńców,Josha McCullahana.Zaraz jednak podszedł Blair Oathes,chcąc poruszyć pewien problem kraju.Każdy z nich to z nią najwięcej dyskutował.Szczególnie właśnie Oathes.
-Słyszałem kiedyś legendę o złoczyńcy z dalekich prerii,gdzieś ze Slumville.
-Slumville?-udała obojętną.
-W rzeczy samej.Ponoć był najsłynniejszym mordercą z Dzikiego Zachodu.
Zwano go Assasin albo Killer...nie,nie,Savage!Właśnie!Kiedyś podobno zabił pastora,albo szeryfa!Zapewne cały świat go potępia...
-Czy przeżył?-zapytała bez ciekawości.
-Słyszałem,że zginął w strzelaninie z jakimś bandytą,pewnie teraz jego kości bieleją w słońcu...
Dalszą część rozmowy milczłą,myśląc o słowach Oathesa.Malcolm nie żyje.Jej wybawca i człowiek,którego pokochała wbrew wszystkim.Teraz już nic jej nie wiąże ze
Slumville.
---39---
Oliver właśnie szedł w kierunku saloonu.Miasto nadal było małe,identyczne,jak niegdyś.Alkohol nadal podawał tu Hiram,który rozmawiał teraz z Elmerem.Gość zasiadł obok nich i zamówił napój.Barman obserwował go podejrzliwie,wszak przybysz był tu obcu.
-Z daleka pan przyjechał?-zaczepił Olivera Hiram.
-Bardzo.
-Na długo pan się tu zatrzyma?
-Muszę załatwić pewną ważną sprawę.
Sklepikarz spojrzał z ukosa,ale milczał.Dopiero po kilku chwilach,gdy Oliver wyszedł,rzekł do Hirama:
-Ważną sprawę w Slumville?Miejmy go na oku.Może to znajomy tego drania,Savage'a?Przyjechał wybadać sytuację?
-Może.Trzeba ostrzec miasto.Ciekawe,gdzie podziewa się Joe...
-O tak,wyruszył już dawno.Dobrze by było,gdyby powrócił.On sam wypędziłby go z okolicy!
-Trzeba wypytac tego typka.
Kiedy potem Oliver wstąpił do sklepiku po naboje,zapytano go nieufnie:
-Czy szuka pan kogoś?Mógłbym pomóc,znam tu wszystkich...
-Nie,nie szukam.Ukradziono mi syna,muszę zebrać siły,aby go odzyskać.
-Syna?-Elmer poczuł,że jest okazja,żeby się czegoś dowiedzieć.
-Jakiś białowłosy diabeł z czerwonoskórym porwał mi syna!
-Białowłosy?Jak się nazywał?-Elmer zadrżał.
-Nie wiem,ale go zabiję!Ben odszedł razem nim!
-Jak wyglądał porywacz?
Padł opis McIntyre'a.
-Znamy go-powiedział na to Elmer.-Ma przydomek Savage i zamordował nam pastora.
-Tak?Co dalej?-Oliver przechylił się przez ladę.
Usłyszał historię pełną krwi i cierpienia.Elmer nie znał całej prawdy,dlatego opisał Malcolma bardzo źle.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-03, 12:50   

Black Falcon, widzę, że lubisz trzymać swoich biednych, oddanych fanów w napięciu :wink: . (I chwała Ci za to :D )
 
 
owiec
Gość
Wysłany: 2004-08-03, 14:08   

Powiem krótko ostatni fragment był BOMBOWY
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-03, 17:46   

Jesteście wspaniali...Dziękuję! A tak po cichu szepnę, że ciekawa jestem, których bohaterów lubicie, a których nie ( mam swoją ulubioną postać w tej części, mam ;) , co sądzicie o nich i ich uczynkach...A ponieważ zostało już tylko 5 rozdziałów do końca ( ale tylko 1 tomu 1 części ;) , to wklejam je wszystkie...

---40---
Tymczasem Savage opowiadał o swojej tragedii sprzed lat.Ben przytulił się do niego,chciał go pocieszyć.Zapytał później:
-Czemu nie wrócisz do Sarah?
-Ona odeszła,nie chciała zostać.
-A może wyszła gdzieś?
-Ze mną nie można żyć,miała rację,że pojechała.Zrozumiała,że mnie nie kocha.Chciała wrócić do normalnego życia.
-Jesteś smutny?Pamiętaj,że masz mnie!
Malcolm mocniej objął go bez słowa.
-Nigdy cię nie opuszczę!-szeptał Ben.
Nie wyrzekł swoich myśli,ale McIntyre wiedział,że jutro może już leżeć we krwi i niewidzącym spojrzeniem patrzeć śmierci w twarz.Dlatego zapytał:
-Ben,czy gdybym musiał wyjechać,to zgodzisz się,zeby zajął się tobą Dzikość Serca?
-A nie mógłbyś mnie wtedy zabrać?
-Wtedy nie,tam musiałbym być sam.
-Skoro tak,to dobrze.Ale wrócisz,prawda?
Cóż miał odpowiedzieć na pytanie,czy wróci z zaświatów?Dlatego rzekł mu:
-Zawsze będę twoim przyjacielem,choćbym był bardzo daleko.
---41---
Dwóch jeźdźców patrzyło na hasający po drewnianych ścianach wesoły ogień.Wymienili parę uwag z głębokim rechotem.Obaj byli sprawcami tego pożaru,oni to podłożyli ogień pod dom Sarah i Malcolma McIntyre.Teraz dogorywał,poddając się złowieszczym płomieniom.Nic nie zostało z miejsca,gdzie Savage i Sarah spędzili chwile pełne szczęścia.
-Ograbimy go ze wszystkiego,a potem niech sępy zjedzą mu flaki!-mówił Frank.
-To nawet lepsze,niż poprzedni plan!-dodał Joe.
-A ty wrócisz do Slumville po Griseldę Clevens.
-Może pojedziesz ze mną?
-Czemu nie,zobaczę twoją panią...
---42---
Sarah polubiła Oathesa,cóż z tego,gdy była żoną McCoy'a.Blair pisał książkę,historię Ameryki,toteż przekonywał poznaną do wyjazdu do Slumville.
-Jestem badaczem,powinienem poznać teren,gdzie działał najsłynniejszy przestępca Dzikiego Zachodu.
-Dlaczego mam jechać z panem?
-Zaręczam,że będę strzegł zarówno siebie,jak i pani.
-Panie Oathes,znam to miasteczko.
Zamrugał,zaskoczony.
-Przecież...
-Mieszkałam tam całe życie i nie zamierzam spotkać się z przeszłością.Wyniosłam złe wspomnienia i chcę zapomnieć o tamtym koszmarze.W Slumville poznałam męża,który usiłował mnie zabić,stracilam przyjaciela w osobie pastora i jedyne dobre,co się wydarzyło,to poznanie kogoś,z kim nie dane mi było spędzić życia.
-Kimże był ten człowiek?
-Tym,o kim pan tak żywo rozprawia i nazywa go zimnym draniem.To był Savage.
Oathes spojrzał na nią zszokowany.
-Kochała pani mordercę,który miał więcej dusz na sumieniu,niż wszyscy przestępcy razem zebrani?
-Ten morderca przeżył okropną tragedię w dzieciństwie i szukał sprawcy tej rozpaczy.Nie chcąc dopuścić do siebie uczuć,żeby nie oszaleć,stał się tym,kogo znamy.
-Opowiedział to pani?
-Owszem.
-I pani mu uwierzyła?!-zakpił Blair.
-Poznałam prawdę o tymk człowieku i zaręczam,że nie jest tym,kogo z niego robicie,a przynajmniej nie teraz.
-To żart,czy postradała pani zmysły?
-Ani jedno,ani drugie,Oathes.Malcolm był najlepszym człowiekiem,jakiego poznałam.Jeśli zginął,to mszcząc się na tym,który wymordował mu rodzinę.Zapewniem,że był lepszy od wielu z was.
Oathes,oburzony,odszedł.Szalona baba!
---43---
Savage wyczuwał,że gdy znajdzie Franka,nie będzie tak łatwo.Liczył się ze śmiercią.Teren,na którym się znaleźli,był rozległy i zarazem pusty.Okoliczne skałki budziły grozę,nagie i złowrogie.Za każdą mógł czaić się strzelec.W sekundzie mógł umrzeć.Już dawno poprosił Dzikość Serca o opiekę nad Benjaminem,w razie jego śmierci.Nie bał się,ale nie chciał zostawiać chłopca samego.W tą ostatnią misję musi jechać sam.
---Epilog---
Malcolm McIntyre,znany jako Savage,wieczny mściciel,jechał zmierzyć się ze swym przeznaczeniem.Nie znał końca tej historii;jego życie zmieniło trochę kurs przez spotkanie z Sarah,ale kierował znów ster na wlaściwy cel.Musiał zapomnieć o Sarah,skoncentrować się na zemście.Oliver,ojciec Bena,też poprzysiągł mu śmierć,McCoy znienawidził za przestrzeloną rękę,a świat znał go tylko jako mordercę.Szaman mówił o krwi...Przetarł oczy,znów zatarte białym mlekiem.Nie powiedział tego nikomu,ale wiedział,że cios w głowę lufą broni kowboja,który chciał go wydać władzom,spowodował uszkodzenie wzroku.Wkrótce Savage oślepnie na zawsze.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~THE END~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

To co robimy? ;) ). Wklejać 2 tom pierwszej części? ;) .
 
 
owiec
Gość
Wysłany: 2004-08-03, 18:01   

No pewnie wklejaj wklejaj .Moja ulubiona postać to Savage a nie lubie hmmm nie wiem może Sarahy 1 tom był super .Teraz czekam na drugi :mrgreen:
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-03, 18:13   Tom 2 - "Szept trzech Erynii"

W takim razie zaczynamy 2 tom 1 części. Ten ma tytuł "Szept trzech Erynii", a jak wiadomo, boginie zemsty bywają okrutne...Aha, Savage'a ja też właśnie bardzo lubię, a Sarah...hm...taka sobie :) .

---1---
Szaman Rączy Jeleń siedział w swoim namiocie i wpatrywał się w dym.Opary ukazywały mu obrazy zesłane przez Wielkiego Ducha.Ze smutkiem pokręcił głową na ich widok.
-A więc nie posłuchałeś mojej rady,Białowłosy Orle.Ścigasz marę,ułudę z przeszłości,a stawiasz na szalę dużo więcej,niż tylko własne życie.Żonglowanie losem innych może nie skończyć się dobrze...
Wyszedł przed tipi i spojrzał w niebo.Nagle ciszę rozdarł przerażliwy wrzask kruka,który przeciął chmury.Rączy Jeleń wiedział,że był to znak od Manitou.Zły znak...
---2---
Sarah tej nocy nie spała dobrze.Śnił jej się Malcolm,wpierw wyciągał do niej ręce wołając,by zaraz potem zniknąć w kryjącej wszystko mgle.Słyszała jego głos,ale nie widziała niczego.Szła za wołaniem,aż w końcu całkiem zgubiła drogę.Wtedy opary rozwiały się i ujrzała majaczącą w oddali postać.Podbiegła,pewna,że to Savage.Była już blisko,gdy ten się obrócił.Serce jej zamarło,bowiem stanął przed nię jej mąż-Joe McCoy.Chciała krzyczeć,ale nie mogła,gdyż strach ścisnął gardło jak pętla wisielca.
-Nie uciekniesz mi!-wycharczał,jakby sam miał ściśnięte gardło.Próbował ją złapać wyciągniętymi jak u zombie rękami,lecz zdołała mu uciec.Wpadła znów we mgłę,ale tym razem poczuła,że obejmują ją czyjeś silne ramiona.Spojrzała w górę i zobaczyła twarz ukochanego.Wtuliła się w niego uspokojona.Lecz w tej chwili jego postać rozmyła się jak dawne wspomnienie.Usłyszała tylko szept wiatru:
-Żegnaj,Sarah!Żegnaj...-głos cichł,aż zamilkł zupełnie.We łzach błądziła,rozpaczliwie szukając Malcolma-na próżno.
Obudziła się mokra od łez.Nie była pewna,ale wydawało się jej,że słyszała cichą prośbę o pomoc,gdy go ujrzała we śnie po raz pierwszy.Jakby wołał:"-Pomóż mi Sarah,umieram..."W pierwszej chwili chciała pobiec do niego,przeczesać okolicę,znależć choćby jego trupa. Zrezygnowała jednak,nie wiedząc,gdzie w ogóle rozpocząć.Ale coraz bardziej pragnęła poprosić Margaret o wyprawę do Slumville.A jeśli Blair Oathes kłamał,albo nie znał prawdy?Być może Savage żyje i potrzebuje teraz Sarah?Wzywa ją w chwili śmierci?A ona nic nie robi,żeby ratować mu życie,albo być przy nim,gdy on tego pragnie? Zeszła na dół.Margaret już nie spała,właśnie miała wołać ją na śniadanie.Zapytała o wczorajsze przyjęcie,ale Sarah miała inną sprawę:
-Czy nadal chcesz pojechać do Slumville?
-Chcesz wiedzieć,czy to,co powiedział Oathes,to prawda?
-Muszę znać prawdę.Jeśli żyje...
-To co?-przerwała jej Margaret.-Co zrobisz z Joe'm?
-On należy już do przeszłości.Wolę żyć bez ślubu z Malcolmem,niż z mężem,który chciał mnie zabić.
-McCoy będzie was ścigał.Gdzie zamieszkacie?
-Nie wiem.Może w Bostonie?
-Sądzisz,że człowiek z prerii będzie się nadawał do życia w takim mieście?
-Więc zamieszkamy gdziekolwiek,byle być razem!Albo przynajmniej położę kwiaty na jego grobie.Jeśli mi odmówisz,jestem gotowa sama pojechać!
-Oszalałaś?!A mąż?Zabije cię przecież!
-Wtedy zakończy się ten bezsensowny związek.
Margaret wiedziała już,że nie przekona kuzynki.Dlatego zgodziła się na ten zwariowany plan.
-Dobrze,pojadę do Slumville.Opowiedz mi więcej o tym mężczyżnie.Jak dokładnie wygląda,jak ma naprawdę na imię i wszystko to,co o nim wiesz...
---3---
Savage wiedział,że ślepy nie ma szans na wykonanie zemsty.Dlatego musi znależć Franka przed utratą wzroku.Inaczej nigdy nie dostanie szansy na dokończenie tego,co zaczął dwadzieścia pięć lat temu.Ukrywał przed przyjaciółmi ten fakt,zapewne odwiedliby go od zamiaru kontynuowania zadania.Bywało,że tracił wzrok na dłuższą chwilę,kiedyś myślał już,że nigdy go nie odzyska.Prosił zmarłych,aby pozwolili mu wytrwać,a potem mogą go nawet powiesić.
Dziś znów mu się to zdarzyło.Właśnie siedział przy ognisku,gdy wszystko zasnuła zdradziecka mgła.Zamrugał oczami,ale bez rezultatu.Siedzący obok Ben zapytał:
-Co się stało?
-Nie,nic-tuszował sprawę.-Tylko dym przesłonił mi oczy.Zaraz mi przejdzie.
Uspokojony tym Ben kontynuował posiłek.Zaraz mieli wyruszyć w dalszą drogę.Zakończyli jedzenie i wsiedli na konie.Benjamin oczywiście razem z Savage'm.Pokochał go jak ojca.Spełniło się jego jedyne marzenie-odjechać ze swym przyjacielem Sigurdem i zapomnieć o razach Olivera.Już nie budził się w nocy,myśląc,że przyjdzie ojciec i zacznie go bić.Spał przytulony do swego Sigurda,ciepło i bezpiecznie.Kiedyś śnił mu się ojciec;obudził się wtedy z krzykiem.Zaraz jednak spojrzał na Malcolma,który już był przy nim i wiedział,że już nie musi się bać.Teraz zapytał cicho:
-Czy my jedziemy zrobić krzywdę mordercom twojego ojca?
-Chcę pomścić jego śmierć-odparł Savage.
-Czy zabijesz Franka Holiday'a?
-Inaczej się nie zemszczę.
-Ale ja nie chcę,żebyś zabijał!Proszę cię,wróćmy do domu i zamieszkajmy razem.
-Wiesz,że to dla mnie bardzo ważne.To tak,jak nasze sny,pamiętasz?-Savage całkiem już się pogodził,że został Sigurdem.
-Ale ty nie umrzesz,prawda?Bo wtedy zostanę całkiem sam...Byłbym bardzo płakał,wiesz?Mam tylko ciebie,tato!-ledwo to powiedział,zamarł.A jeśli Sigurd będzie zły?
-Powiedziałeś do mnie"tato"?-spytał go przyjaciel.
-Przepraszam,ja...
-Nie bój się!W końcu zastępuję ci ojca,więc masz prawo tak mówić!
-Czyli nie jesteś obrażony?-ucieszył się chłopiec.
-Ani trochę-powiedział,pomyślał zaś,że Oliver był głupcem.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-03, 20:25   

Jak już pisałam, lubię głównego bohatera - czyli oczywiście Savage'a :D . A Sarah też nie jest taka zła. Kogo nie lubię? Hmm... Może Olivera?
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Wersja forum PDA/GSM

Template NoseBleed v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne

Forum administrowane przez: Grimlock, Nieznany