Forum KGB
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
"Saga rodu McIntyre"

Czy kogoś to zaciekawiło? ;)
Bardzo ciekawe
50%
 50%  [ 6 ]
Takie sobie
8%
 8%  [ 1 ]
Nie zainteresowało mnie
41%
 41%  [ 5 ]
Głosowań: 12
Wszystkich Głosów: 12

Autor Wiadomość
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-03, 22:37   

A ja tylko piszę Sagę dalej i piszę...Dzięki za odpowiedzi na pytania! A teraz ciąg dalszy...

---4---
Margaret była już blisko Slumville.Myślała o słowach kuzynki,o jej miłości do mordercy,bo niezależnie od obecnej natury Malcolma on nadal był winien śmierci wielu osób.Patrzyła bardziej obiektywnie od Sarah,dlatego chciała wpierw przyjrzeć się bliżej całej sprawie.Jeśli odkryje,że Savage jednak żyje,przemyśli,czy powiedzieć to kuzynce.Być może zatai prawdę przed nią?Pociąg zahamował na stacji,gdy podjęła decyzję-jeżeli nie polubi poszukiwanego,powie Sarah,że on nie żyje.Tak będzie lepiej.W końcu nie on jedyny może zostać jej mężem!Szkoda tylko,że Joe McCoy uprzedził sprawę i to on jest prawowitym małżonkiem.Trzeba też i z nim porozmawiać.A jeśli jednak McCoy jest tym właściwym?Wszakże wszędzie zdarzają się problemy,a w porównaniu z Malcolmem to aniołek!Nadal wątpiła w ten grób i całą tą opowieść.Być może to kłamstwo mimo wszystko?Po takim człowieku można się wszystkiego przecież spodziewać...Coraz bardziej nie lubiła Malcolma McIntyre!
---5---
Tego dnia nic nie zapowiadało nadchodzących wydarzeń.Jechali spokojnie,jakby zapominając,po co jadą.Malcolm nawet zapomniał po raz kolejny wyrzucić sobie,że ryzykuje życie Bena.Wyglądali,jak szczęśliwa rodzina na wycieczce.Jakby Patrick ożył i brat zabrał go na przejażdżkę.Pewnie dlatego nie od razu zauważyli,że z chłopcem coś się dzieje niedobrego.Zamilkł i patrzył tępo w pustą przestrzeń.Dopiero Dzikość Serca zapytał:
-Ben,czy dobrze się czujesz?
-Zaraz mi przejdzie,jestem po prostu trochę zmęczony...
Ale Savage nie dał się oszukać.Dotknął Benjamina i się przeraził.
-Chłopcze,ty znowu masz gorączkę!
-Nie,nie,jedżmy dalej...
-Nie ma mowy!Musimy znależć lekarza!
-Oszalałeś?-ostudził go Indianin.-Gdzie?Na tym pustkowiu?
-Musi gdzieś tu być miasteczko,przecież jedziemy już bardzo długo!
Savage ruszył z kopyta,zostawiając w tyle Indianina.Ten musiał udać się za nim.Dopędził go i jechali razem.
Za jakiś czas zamajaczyła im mała chatka,jakby nie z tego świata.Stała w ciszy,jakby przeniosła się tu z innego wymiaru,albo była tylko odbiciem dawnego wspomnienia.Malcolm chwycił się tej ostatniej deski ratunku i zajechał przed domek.Zeskoczył z konia,przedtem pomagając zejść choremu i zapukał do drzwi.Cisza.Powtórzył pukanie,na próżno.
-Może jest opustoszała?-podsunął Dzikość Serca.
Ale jego przyjaciel nie zrezygnował.Myśl,źe mógłby utracić Benjamina,była wprost nie do zniesienia.Walnął pięścią w drzwi i krzyknął:
-Otwierać,mam tu chorego chłopca!
Za chwilę dało się słyszeć jakieś powolne,nieśpieszne kroki.Wrota uchyliły się lekko i głos zza nich zapytał:
-Co się dzieje?
-Mój syn ma gorączkę,potrzebuję pomocy!Proszę,wpuście nas!
Gospodarz długo się zastanawiał,w końcu otworzył spróchniałe wrota domu.Z wnętrza buchnął brzydki zapach,ale Malcolm nie zwracał na to uwagi.Teraz liczyło się tylko życie Bena.Wniósł słaniającego się chłopca do środka.
-Połóżcie go tam-wskazał nieznajomy.
W międzyczasie Indianin rozglądał się po chatce.Dojrzał drewniane sprzęty,przegnite deski i zamurowane okna,jakby mieszkaniec bał się światła.W jedynej izbie panował półmrok.Postać gospodarza nie była widoczna,słyszeli tylko jego dziwny głos.Chrapliwy i przytłumiony,jakby ktoś mówił przez chustkę.Kiedy Dzikość Serca zbliżył się do niego,ten odsunął się,nie chcąc ukazać swej twarzy.
-Czy stało się coś niepokojącego?-zapytał zamiast tego.
-Żmija go ugryzła.Miał gorączkę,ale mu przeszło-niepokoił się Savage.
-Czy wyssaliście jad?
-Tak-rzekł wojownik.
-Dobrze.Teraz weżcie tamte liście-wskazał coś leżącego w ciemnym kącie.Wypełnili skwapliwie polecenie.
-Przyłóżcie je do nogi chłopca.
Zrobili to,o co prosił.Teraz on decydował o ich czynach.Jedyny,który mógł uratować życie Benjamina.Zawiązali opatrunek i mieli czekać.Jeśli gorączka nie spadnie,chłopiec umrze.Malcolm chciał podziękować nieznanemu pomocnikowi.
-Proszę,nie.Zrobiłem to,co do mnie należało.
Ale Savage nie zrezygnował.Zbliżył się do niego i powiedział:
-Gdyby nie ty,Ben na pewno umarłby.Muszę ci podziękować.Nie bój się.
Zapadła cisza.Z kąta,gdzie leżał chłopiec,usłyszeli ciche:
-Ja też dziękuję...-wyciagnął rękę do gospodarza.
Istota wahała się chwilę,ale podeszła do światła.Wtedy ją ujrzeli.
---6---
Przygięta do ziemii postać,zgarbiona i stara.Siwa i w pomiętym,potarganym ubraniu.Łaty zajmowały większą część stroju.Trzęsące się ręce.Zakryta kapturem twarz.I wyciagnięta do chłopca pomarszczona dłoń.Ben prosi,aby stworzenie stanęło obok niego.Chce dotknąć jego ręki.Postać się zbliża i powoli nachyla nad chłopcem.Wtedy kaptur,mimo wysiłków istoty,opada na plecy.Człowiek obraca się tyłem ze wstydem,ale to na nic.Savage podchodzi i zmusza ją delikatnie do ukazania twarzy.Patrzą jej prosto w oblicze.Oblicze!Resztki skóry prawie zwisające z kości,oczy zamglone,nos zniekształcony,usta wykrzywione...Łzy,płynące po zdeformowanych policzkach.Strach w oczach,jak zwierzęcia zagonionego w śmiertelną pułapkę.Malcolm mimowolnie się cofnął.Indianin patrzył jak urzeczony.Tylko Ben dalej prosi:
-Podejdż,chcę,żebyś usiadł przy mnie.
-Nie,lepiej będzie,jak to zrobią twoi przyjaciele...
Ale w oczach chłopca nadal widać prośbę.Dlatego istota zasiada na łóżku,obok Benjamina.Delikatnie głaska go po głowie,jakby bojąc się,że zostanie odepchnięta.Lecz Ben uśmiecha się i mówi:
-Jesteś dobry.Jak masz na imię?-chłopiec wyciera ręką łzy postaci.-Nie płacz,proszę!-gładzi gospodarza domu po okropnych ranach na twarzy.
-Ja?Nazywają mnie Pokurcz...-widać ból w spojrzeniu.
-Pokurcz?Dlaczego?
-Bo jestem zgarbiony i brzydki.Ludzie się mnie bali.Dlatego tu mieszkam.
Ben jednak nie okazuje strachu.Za to Malcolm patrzy z obawą na przerażającą postać.Kim jest ten potwór?Czy nie skrzywdzi chłopca?A może chce się zemścić na ludziach za krzywdy,jakich doznał?Może te liście to trucizna?Zabrał na bok Dzikość Serca i zapytał:
-Co sądzisz o gospodarzu domu?
-Musimy mu zaufać.To jedyna nadzieja chłopca.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-04, 12:42   

Już wiem kogo nie lubię - Margaret! :wink:
Black Falcon, małe pytanko - czy ta saga już jest skończona, czy nadal piszesz? A jeśli nadal piszesz, to czy masz jakiś plan, jak to się wszystko skończy? Czy też przyszłość naszego ulubionego bohatera zależna jest od Twojego humoru? :wink:
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-04, 17:43   

Heh, Margaret to ja tez nie lubie, a ona jeszcze namiesza...A co do Sagi, to...hm...powiem tak - pisze ja nadal, ale losy Savage'a juz sie rozstrzygnely...Bo to przeciez Saga, a Saga opowiada o dziejach rodu, prawda...? :) .

---7---
Czas póżniej,gdy czekali na reakcje po kuracji i siedzieli przy stole z Pokurczem,Savage zapytał:
-Co się stało z twoją twarzą?
-To bolesna i dawna historia-wyraźnie unikał tego tematu.-Chłopiec musi tu jeszcze pobyć,jeśli ma wyzdrowieć.
Mieliby zostać w tej chacie?Na myśl o tym Malcolma przeszły dreszcze.Nie był tchórzem,ale tu było coś niesamowitego.Jakby siedziba zła?Dlatego nie jadł podanych kawałków czegoś,co miało być jedzeniem.Nie budziło to jego zaufania.Postanowił zapytać o cel swojej podróży:
-Czy znasz Franka Holiday'a?
Jakiś mięsień drgnął na twarzy Pokurcza.Zaraz jednak się opanował i odrzekł:
-A ty skąd go znasz?
-Wymordował mi rodzinę.
Na te słowa gospodarz zamarł.Zapytał zdławionym głosem:
-Jak się nazywasz?
Ale Malcolm nie zamierzał odpowiadać.
-Nie twoja sprawa!Znasz go,czy nie?!
-Słyszałem.Dlaczego pytasz?
-Szukam go,żeby się zemścić.
-Czy ty jesteś synem Johna McIntyre?
Pytanie zawisło w powietrzu.Malcolm miał już dość tych przesłuchań.Czy ten koszmar znał jego rodziców?Wstał od stołu i odparł:
-Mam na imię Savage.Tylko tyle.
Pokurcz skulił się w sobie,jakby chroniąc przed razami.O nic więcej już nie pytał.
---8---
Zapadał już wieczór.Mieszkaniec domu czuwał przy chorym,Indianin obserwował go spod oka.Tylko Ben nie bał się Pokurcza,ufał mu nawet.Malcolm ze złością patrzył na czułość,z jaką się do siebie odnosili.Pewnie dlatego odpowiedział tak gniewnie na pytanie chłopca,czy też przy nim posiedzi:
-Po co ci ja?Przecież masz Pokurcza?-specjalnie użył tego przezwiska.
Ben spojrzał ze zdziwieniem i zamilkł.Ale gdy gospodarz chciał odejść,to jego właśnie poprosił o pozostanie.
-Zostań,proszę.Nie odchodż.
Savage wściekły wyniósł się z izby.Skoro Benjamin już zapomniał,że to on zabrał go ze sobą i stał się drugim ojcem,skoro go odrzuca-dobrze!Niech więc zostanie z Pokurczem,a McIntyre pojedzie dalej swoją drogą!Jemu niepotrzebny dodatkowy ciężar w postaci chłopca!Wyciągnął dawno zapomniane organki i zaczął grać swoją melodię.Napłynęły mu łzy do oczu,przypomniał sobie swoją Sarah.Wiedział,że nigdy już jej nie zobaczy.Zostawiła go na zawsze.Nagle zrozumiał,co ma czynić. Błyskawicznie wskoczył na konia i pogalopował w siną dal.Sam rozprawi się z Holiday'em.Zawsze działał sam,teraz też tak będzie.Samotność to jego przeznaczenie.
---9---
Margaret wysiadła już z pociągu.Rozejrzała się po okolicy.Miasteczko nie wywołało u niej dobrego wrażenia.Pomyślała,że bardziej zapadłej dziury być nie mogło.Ostrożnie wysiadła z pociagu i postawiła stopę na mokrej od deszczu ziemi.Trasę do saloonu-wszakże tylko tam były najświeższe informacje-znała dzięki kuzynce.Udała się tam więc.Nie wiedziała,że jest tam już Joe McCoy i Frank.Popijali razem alkohol.Weszła do środka,z obrzydzeniem obserwując gości.Nienawidziła takich miejsc.Sarah chyba zwariowała!Te znaczące spojrzenia mężczyzn!Miała zamiar szczególnie nachalnemu coś powiedzieć,ale to Frank rzekł pierwszy:
-Co taka piękna dama robi w naszym saloonie?
-Szukam kogoś-usiadła na pobliskim krześle i zamówiła napój bezalkoholowy.Hiram podał go z ciekawością.Rzadko tu zamawiano takie rzeczy.
-Szuka pani?A kogo?-drążył Holiday.
-Pewnego kowboja o białych włosach.
Frank przysunął się bliżej i zapytał,wyczuwając sprawę:
-Białych włosach?To ciekawe...Jak się nazywa?
-Czyżby znał pan kogoś takiego?-była ostrożna.
-Być może...Po co on pani?
-To prywatna sprawa.
-Być może mógłbym pani pomóc.Znam kogoś takiego.Ma na imię Malcolm McIntyre.To ten?
-Muszę sprawdzić.Gdzie przebywa?
-Obawiam się,że w grobie.
-Czyżby?
-Niestety.Zginął w potyczce z jakimś dobrym człowiekiem.To nie wie pani,że to był sławny morderca?-badał sytuację,dlatego skłamał.
-Morderca?Ach,to chyba jakaś pomyłka!Mój był najlepszym człowiekiem pod słońcem,ale niestety musiał mnie opuścić na długi czas.Kazał przyjechać mi do Slumville.
-Byli państwo ze sobą?
-Tak-potwierdziła,niby zmartwiona.
-I nie wie pani,jak się nazywał?-zapytał podejrzliwie.
Zorientowała się,że wpadła w pułapkę.Wybrnęła tak:
-Wie pan,jacy są mężczyzni.Nawet nie powiedział...
-Współczuję pani!
-Dziękuję.Obawiam się jednak,że raczej go nie znajdę.Wyszedł wtedy tak szybko...
-Przykro mi-powiedział,a pomyślał,że ma do czynienia z wyjątkowo głupią babą.
Wiedziała już całą prawdę.Dopiero teraz wtrącił się siedzący obok Joe:
-Miałem kiedyś taką żonę,jak pani.Niestety zginęła w pożarze-próbował zacząć rozmowę,bo Margaret podobała mu się.
-Żonę?A jak miała na imię?
-Sarah.
-Wie pan-przysunęła się bliżej-słyszałam,że ona dalej żyje...I wiem,gdzie jest-wiedziała,z kim rozmawia.Już dawno decyzję podjęła.
Joe wiedział,że jego żona żyje,ale nie znał jej miejsca pobytu.Dlatego zapytał:
-Gdzie?
-W Bostonie.
-Jest pani pewna?
-Oczywiście.
Obleśny uśmiech wykwitł na jego zarośniętej twarzy.Nareszcie...Za to Holiday przemyśliwał to,czego się dziś dowiedział.Oto Malcolm miał romans z tą kobietą!Ale być może ona wie,gdzie teraz on przebywa?Mógłby go znależć i zabić...A ona zapewne zechce się zemścić!
-Czy pani mężczyzna też się tam znajduje?-zapytał.
-Owszem.A tak naprawdę jestem kuzynką Sarah i miałam na jej prośbę znależć tego jej Savage'a.Wolę jednak,żeby to pan ją znalazł-zwróciła się do Joe'go.-Czy pojedzie pan ze mną?
-Ależ oczywiście,zaraz wyruszamy!Przecież bardzo ją kocham...
-Przede mną nie musi pan udawać.Wiem,że chciał pan ją zabić i to pan jest prawdziwym mordercą pastora.Lepszy jednak pan niż ten bydlak.
-Dziękuję,panno Margaret!
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-04, 18:01   

No to widzę, że to będzie baardzo długi temat :wink: . :D
 
 
owiec
Gość
Wysłany: 2004-08-04, 18:28   

Drugi tom też jest fajny a ile zamierzasz mieć tomów ??
 
 
Gość

Wysłany: 2004-08-04, 18:57   

Na razie napisalam 4 czesci, kazda ma po 2 tomy ( drugi tom 4 czesci jeszcze sie pisze ). A potem...nie wiem :) . A temat faktycznie bedzie dluuuuugi ;) .

---10---
Malcolm pędził z wiatrem.Jeżeli to ma być ostatnia rzecz w życiu,jaką zrobi,to będzie się cieszył.Epizod z miłością był tylko stanem przejściowym,teraz wrócił do prawdziwego zadania.Z radością zagłębi nóż w brzuchu tego gnojka! Przecież jest poszukiwanym mordercą!Dlaczegóż więc ma inaczej postępować?Będzie znów zabijał,powoli i bezlitośnie.Spłynie krew!
W chacie nie zauważyli zniknięcia Malcolma dość długo.Dopiero Ben zapytał:
-Dlaczego tata wyszedł na tak długo?Tęsknię do niego.
Spojrzeli na siebie.Savage wyszedł pięć godzin temu.Indianin od razu zrozumiał:
-Ben,on musiał dokończyć swoją zemstę.Nie mógł cię zabrać ze sobą,bo bał się o ciebie-wiedział,że to głupie tłumaczenie.
Benjamin rozpłakał się:
-A więc pojechał zabić tamtego człowieka i zostawił mnie na zawsze!On już nie wróci,prawda?
-Obawiam się,że nie.
Chłopiec szukał pociechy w ramionach Pokurcza.Obaj,zarówno on,jak i wojownik milczeli.Bo i cóż mieli mu powiedzieć?
-To ja go obraziłem,pogniewał się i dlatego odszedł!To moja wina!To przeze mnie zginie!
Długo nie mogli go uspokoić.Dopiero po godzinie zasnął,zmęczony płaczem i chorobą.W międzyczasie Pokurcz i Indianin rozmawiali o Malcolmie.
-A więc Frank Holiday wymordował mu rodzinę.Czy wiesz,jak on naprawdę się nazywa?-zapytał go gospodarz.
-Owszem,wiem.Savage to naprawdę Malcolm McIntyre.
Z oczu Pokurcza znów pociekły łzy.
-Jesteś pewien?-szepnął.
-Oczywiście.Opowiedział mi całą historię,gdy po raz pierwszy z nim pojechałem.Znasz go?
Istota chwilę się waha,aż w końcu opowiada:
-Znałem jego rodzinę.Byłem ich dobrym przyjacielem,Malcolm zaś moim ukochanym chłopcem.Przyjażniliśmy się bardzo.Po ich śmierci szukałem go,ale bez skutku.To ja pochowałem jego rodzinę.
-Jak się nazywasz?
-Czy to ważne?
-Proszę,powiedz.
-Nazywam się Herardo Lucius.
Popłynęła opowieść o szczęśliwym dzieciństwie syna Johna,o częstych wizytach Herarda,o zabawach z chłopcem,o czasach radości.Ojciec Malcolma bardzo lubił towarzystwo przyjaciela,razem kiedyś walczyli,razem przemierzyli prerię w poszukiwaniu miejsca,gdzie mogliby się osiedlić.To podczas jednej z takich wypraw Herardo został na zawsze oszpecony.Stało się to,gdy ratował życie John'owi.Potem znależli swoje miejsca i założyli domy na Dzikim Zachodzie.Lucius musiał zrobić to daleko od ludzkich siedzib,gdyż z poprzedniej chatki wygnali go ludzie podli i bojący się jego wyglądu.Od tej pory mieszkał sam na odludziu,w podupadającej małej chatynce,zapomnianej przez Boga i ludzi.Przyzwyczaił się już,tylko czasami tęsknił w długie księżycowe noce za dawnymi przyjaciółmi,a szczególnie za małym Malcolmem.Gdy dowiedział się o ich śmierci,pośpieszył na miejsce,gdzie mieszkali.Tam znalazł trupy czterech osób.Zrozumiał,że chłopiec żyje.Pogrzebał nieboszczyków i wrócił do domu.Tak żył przez dwadzieścia pięć lat,aż znów spotkał Malcolma,teraz już trzydziestopięcioletniego mężczyznę.Nie poznał go,ale po pewnym czasie skojarzył fakty.Wtedy jednak zrozumiał,że nie ma już Malcolma,a jego miejsce zajął nieugięty morderca-Savage.Nie chciał więc się przyznawać do tego,kim jest.Zresztą gość tego nie potrzebował-wyruszył po to,żeby zabić Franka i tylko to się dla niego liczyło.Śmierć.
---11---
Przed wyjazdem do Bostonu McCoy zaszedł do Griseldy Clevens,która przyjeła go z otwartymi ramionami.
-Obiecałeś mi ślub-zaczęła po spędzonej nocy z nim.
-Wiem,ale musisz mi wybaczyć,bo moja żona żyje.Muszę ją przekonać,aby pozwoliła mi zostać z tobą.
-Zgodzi się?
-Na pewno-zakończył niebezpieczny temat.Holiday też tu wczoraj był.Potem dziękował McCoy'owi za dobry adres.Frank zamierzał również opuścić Slumville i nareszcie znależć McIntyre'a.Był trochę znudzony już tą sprawą.Zaczynał żałować,że go tam nie zabił.
---12---
Zdrowie chłopca szybko się poprawiało.Indianin wiedział,że nie jest już potrzebny Savage'owi,dlatego postanowił wrócić do swojej wioski.Zapytał Benjamina,gdzie ten chce spędzić resztę życia-w indiańskiej wiosce,czy u Pokurcza.Mimo cichej nadziei obaj wiedzieli,że Malcolm nie wróci.Chłopiec pokochał zarówno Indianina,jak i gospodarza tego niezwykłego domu.Wybrał jednak Herarda,bo to on był jakby namiastką dawnego Sigurda.Pożegnał się z wojownikiem,który potem opuścił chatę.Nikt nie wiedział,że mały nadal cicho modli się nocami o życie i powrót swego przybranego ojca.
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-04, 18:59   

No tak, jak sie czlowiek zagapi, to Gosciem zostaje :D .
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-04, 23:33   

Dobrze, niech będzie długi, lubię tu sobie wpadać :wink: .
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-05, 12:16   

Cieszę się bardzo :)

---13---
Minęło trochę czasu.Sarah zaczynała się już niepokoić o kuzynkę,gdy pewnego dnia ta wróciła.Opowiedziała Sarah,czego się dowiedziała.
-Wiesz już,że twój wybranek nie żyje.Co teraz zamierzasz?
-Jeśli pozwolisz,zostanę w Bostonie.Nie mam tam już po co wracać.
Margaret była szczęśliwa-oto jej plan wypalił!Ma w zanadrzu jeszcze jedną niespodziankę dla Sarah...
Na tą wizytę dała się namówić tylko po usilnych prośbach gospodyni.Wreszcie zdecydowała się być przy tym obecna.Od śmierci Malcolma chęć życia opuściła ją na tyle,że przesiadywała w domu całymi dniami,dopiero teraz będzie uczestniczyć w czymś takim.Razem więc oczekiwały na przybycie pewnego szacownego gościa,podobno z Europy.Było już póżno,miał przybyć na specjalne zaproszenie gospodyni.Gwiazdy świeciły jasno,gdy Sarah patrzyła przez okno na mżący deszcz.Było jej smutno,przypomniała sobie wieczór,gdy też tak padało.Mieszkała wtedy w domu Malcolma.Stali wtedy przy oknie i też obserwowali spadające krople.Ta chwila była tak nierzeczywiście piękna...Stał obok,objął ją prawą ręka i w milczeniu podziwiał cud natury.Wtedy po raz pierwszy i jedyny powiedział jej "Kocham cię".Czepiła się tych wspomnień,zamknęła oczy i wyobraziła sobie,że nadal tak stoją,że ta chwila wiecznie trwa.Że on żyje...
Drgnęła,gdy ktoś do niej podszedł od tyłu.Gwałtownie się odwróciła.
-Witam panią i przepraszam,że przerwałem rozmyślania-powiedział.
Zamarła.To nieprawda!On nie mógł jej znależć!Nie tutaj!Nie mąż!Nie Joe McCoy!Jego tu nie ma,to złudzenie!
-Co ty tu robisz?-wykrztusiła.
-Przyjechałem po ciebie-uśmiechnął się.Był dobrze ubrany,uczesany i w niczym nie przypominał tego człowieka,jaki chciał ją zabić.Ale bez wątpienia to był on.
---14---
W kolejnej chwili siedzieli już naprzeciw siebie w salonie Margaret.Sarah wyczuwała,za czyją sprawą mąż znalazł ją tu,tak daleko od przeszłości.Bała się okropnie.Przed oczami stanęły jej wszystkie obawy,ten okropny sen sprzed paru miesięcy...Znienawidziła teraz swoją kuzynkę,wszakże opowiadała jej,co z nim przeszła!Jak ona mogła go tu sprowadzić!Przecież grozi jej śmierć z jego ręki!Czyżby o to chodziło Margaret?
-Co zamierzasz?-zapytała chłodno.
Wciąż z uśmiechem odpowiedział:
-Kochanie,przecież nadal jesteśmy małżeństwem.Nieporozumienia z dawnych czasów nie przesłonią nam uczucia,prawda?Chcę,żebyś wróciła ze mną do Slumville.
-Oszalałeś!Dobrze wiesz,że cię nienawidzę!Nie wiem,co strzeliło do głowy mojej kuzynce,ale wiedz,że nigdy do ciebie nie wrócę,szaleńcze!
-Ależ Sarah,czy nie pamiętasz już,jak bardzo mnie kochałaś?Przykro mi,że wolisz ode mnie tego bandytę,ale postaram się,żebyś o nim zapomniała,obiecuję!
Sarah zadrżała.On o tym wie!Ile jeszcze mu opowiedziała zdradliwa Margaret?!
-Sądzę jednak,że skoro Savage jest teraz zimnym trupem...
-Czy to ty go zabiłeś?
-Niestety,nie miałem tej przyjemności-odpowiedział z westchnieniem.
-Nie boisz się,że opowiem wszystkim,kto naprawdę zabił pastora?
-Jeśli to zrobisz,spotkasz się z tym gnojkiem w piekle-szepnął,korzystając,że Margaret na chwilę wyszła.
Wstała,nie chciał patrzeć w oczy tej gliżdzie.Wpatrywała się w płonący na kominku ogień,modląc się,żeby ten koszmar okazał się nieprawdą.Ale Joe był tam nadal.Jak zjawa z potwornego snu z rana.Nie słyszła,że do niej podszedł.Obrócił ją delikatnie i próbował pocałować.Śmierdział alkoholem,jak zwykle.Przez ułamek sekundy wydawało jej się,że jest z Malcolmem w jego domu,a ten bandyta jest daleko.Myliła się jednak.Szybko zrozumiała,gdzie tak naprawdę jest.Odepchnęła go i spoliczkowała.Przez jego twarz przemknął gniew,ale zdołał się opanować.Zmienił taktykę:
-Czy nie możemy skorzystać z tej szansy,jaką dał nam los?Wybacz mi moją głupotę i spróbujmy od nowa,proszę!-w jego oczach zakręciły się nagle łzy.-Chciałbym znów być twoim mężem,znowu zamieszkać razem,zapomnieć o koszmarze sprzed miesięcy!Błagam cię,Sarah!-klęknął przed nią i ujął jej dłonie w swoje ręce.
---15---
Zapadła już noc,gdy Pokurcz postanowił zajrzeć do chłopca.Od dawna go pokochał,to on jako jedyny nie przestraszył się jego twarzy.Zbliżył się do pomieszczenia , gdzie stało łóżko chłopca i usłyszał
cichy szept.Zamarł,mimiwolnie przysłuchując się mu.
-I dobry Boże,proszę cię o jeszcze jedno-żeby mój tatuś Malcolm wrócił i został ze mną,bo bardzo za nim tęsknię!Wiem,że nie mógł mnie ze sobą zabrać,ale martwię się o niego...Jest mi tu bardzo dobrze,ale kocham go i boję się,że już nie wróci...-reszta modlitwy zatonęła we łzach Benjamina.
Serce Pokurcza ścisnęło się z bólu.Sam też kochał syna Johna,ale był świadom,że nie można go powstrzymać.Jedyne,co mógł dla niego zrobić,to zająć się chłopcem.Dlatego teraz podszedł i w milczeniu go przytulił.Ben cicho płakał w jego ramionach.
-Wiem,wiem-szeptał mu do ucha Herardo,gładząc go po włosach.-Ja też tęsknię do niego.Zobaczysz,że wróci do nas!
Ben podniósł głowę i spojrzał w oczy opiekuna:
-Wierzysz w to?
-Musimy się modlić...Być może kiedyś ujrzymy go w drzwiach?Tylko boję się,czy tego doczekam.
-Dlaczego miałbyś nie doczekać?-nie zrozumiał chłopiec.
-Wiesz,jestem już stary i mogę umrzeć.Wtedy musiałbyś tu zostać,albo jechać szukać swojego ojca Olivera...
-On nie jest moim ojcem!A ty nie umrzesz,potrzebuję cię!-mocno go objął.
Siedzieli tak długo,chłopiec i odrzucony przez wszystkich człowiek,który prosił tylko o miejsce do życia.A znalazł wstręt i nienawiść.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-13, 19:03   

Black Falcon, widzę, że się opuściłaś, mam nadzieję że to tylko chwilowe? :wink: Czekam na kolejne odcinki :D .
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-13, 21:26   

Ja sie nie opuscilam, tylko czekalam na sygnal od moich Czytelnikow, czy nie maja czasem mnie juz dosc :) . Panowala taka cisza, ze myslalam, ze ostatni fragment byl calkiem do niczego i przestaliscie mnie czytac ;/.

---16---
Malcolm śnił o przybranym synu.Nie przyznawał się sam przed sobą,jak bardzo cierpiał,zostawiając go w tamtej chacie.Ale musiał wykonać zemstę.Tak będzie lepiej zarówno dla Bena,jak i dla Savage'a.Nie zamierzał wracać do nich.Nigdy nie będzie dobrym ojcem.Chociaż serce mu krwawiło,bo wiedział,jak Ben musi płakać.Jemu samemu też łzy ciekły przez sen.Kiedy się obudził,po raz ostatni poprosił przodków o opiekę nad Benem.A potem galopem ruszył na spotkanie z przeznaczeniem.
---17---
Sarah nie była pewna,co o tym myśleć.Oto jej mąż klęczy i prosi o wybaczenie.Czy powinna?Jeszcze raz zaufać,po raz kolejny rzucić się w ramiona tego człowieka?Nagle wspomniała jego słowa o Malcolmie,dobroć tego, którego wszyscy nazywali Savage’m i poszukiwali,żeby zadać mu śmierć.Przypomniało jej się,jak niegdyś odkryła,kim naprawdę jest najsłynniejszy morderca Dzikiego Zachodu.Wszystkie chwile,jakie ze sobą spędzili,te dobre i te złe.Ich pierwszy raz,kiedy byli ze sobą,szalone uczucie,jakie do siebie żywili...A w szczególności chwilę,gdy odjeżdżał,goniony zemstą.Był taki pewny siebie,niezwyciężony!A teraz nie żyje...Odepchnęła ręce męża,nie chciała ich dotykać.
-Odejdź-szepnęła cicho.
W pierwszej chwili nie uwierzył.A potem wrzasnął:
-Odmawiasz?!W takim razie ja zabiorę cię ze sobą!-chwycił ją mocno za rękę i próbował wyciągnąć siłą z domu kuzynki.Usiłowała się wyrwać,ale trzymał mocno.Zrozpaczona chwyciła leżący na kominku pogrzebacz i w amoku uderzyła.Ostrze z ogromną mocą wbiło się w pierś Joe'go.Buchnęła krew i śmiertelnie ranny upadł na podłogę.W przedśmiertnych drgawkach uniósł jeszcze prawą rękę i wycharczał:
-Przeklinam cię,Sarah!-sekundę póżniej już nie żył.
Przerażona wpatrywała się w trupa.Leżał tak z pogrzebaczam sterczącym z ciała,ze szklistymi oczami patrzącymi w sufit.Na tą sceną weszła właśnie Margaret.Na chwilę zaniemówiła,aż wreszcie podbiegła do Sarah i zaczęła nią potrząsać z krzykami:
-Czyś ty oszalała?!Zabiłaś go,zabiłaś!Teraz musisz uciekać!
Ale Sarah buchnęła śmiechem na całe gardło.A potem zemdlała.
---18---
Obudziła się w łóżku Margaret.Stała nad nią i planowała:
-Musisz teraz odejść...Ukryłam już trupa,pomogę ci zniknąć,ale pod warunkiem,że nigdy tu już nie wrócisz.Wyjedziesz stąd,a ja wyprę się tej znajomości.Co ty na to?
Sarah już było wszystko jedno.Skoro ma zniknąć,zrobi to.Uzgodniła z kuzynką czas wyjazdu,a tamta miała załatwić bilety na pociąg.Wyprosiła tylko jedno-powrót do Slumville.Tam powinna zostać,tam miała spokój i żyła w miarę dobrze.I tam poznała Malcolma...
W pociągu płakała.Chustką cicho ocierała łzy,wiedząc,że wraca do smutnego miasta,pełnego wspomnień po ojcu i złudnej nadziei na życie z
mężem.Stary Hamilton opiekował się zawsze córką,po jego śmierci długo nie mogła znależć miejsca.Być może to dlatego tak szybko zgodziła się na ślub z Joe'em?Owszem,miała tam przyjaciół,ale to nie to samo.Potrzebowała uczucia,miłości...Odnalazła je u Savage'a,ale i to zostało jej zabrane...Koła stukały cichutko.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-13, 23:24   

Nie mają dość, tylko na wakacjach byli :D . A ostatnie fragmenty są ok :) .
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-14, 18:48   

No tak, ja nigdzie nie wyjezdzam, to zapomnialam, ze inni to robia ;) . A oto kolejny fragment...

---19---
Nie przejmował się,że znów oślepł.Jeśli wjedzie na skałę,szybciej umrze.Skrzywdził już tyle osób,czas samemu odejść na zawsze.Nie wiedział,że do miejsca,jakie przemierza,właśnie zbliża się pociąg Sarah,jego ukochana osoba jedzie blisko i nie wie,że ten którego we łzach pochowała,żyje nadal i galopuje ku śmierci.Gdy odzyskał wzrok,lokomotywa zagwizdała na stacji.Powoli traciła prędkość.Pasażerowie zbierali się już do wysiadania.Sarah miała jeszcze przed sobą długą drogę,ale poczuła nieodpartą chęć,żeby wysiąść.Coś kazało jej wstać i udać się do wyjścia.Resztę drogi przebędzie na koniu.W transie opuściła skład i zanim pociąg ruszył ze stacji,dowiadywała się już o wykupienie konia.Łysawy facet za okienkiem informował ją o możliwości zakupu wierzchowca.Właśnie instruował na temat miejsca pracy kowala:
-Nazywa się Quincy Smith.Sprzeda pani konia za marną opłatą.Mieszka i pracuje tam-wskazał ręką.
-Dziękuję za pomoc-mówiła już w biegu.Chwilę potem stała przed potężnym mężczyzną wykuwającym kolejną podkowę w swoim życiu.Przerwał na czas rozmowy z damą,otarł pot z czoła ręka uzbrojoną w młot i zapytał:
-Czego sobie życzysz?-zły,że przerwano mu pracę.Sarah nie zareagowała na bezczelność kowala,teraz potrzebowała jego pomocy.
-Chciałabym kupić konia.Muszę dojechać do Slumville.
-Slumville?-Quincy zamyślił się.-Przecież tam kursuje kolej?
-Koniecznie muszę tam dotrzeć konno.To ubijemy interes,czy nie?-zaczynała się niecierpliwić.
-Dobrze,dobrze,ale to dużo kosztowało-wiedział,że zdesperowana młoda dama zapłaci sporo.
-Słyszałam,że macie tanio wierzchowce!Panie Smith,spieszy mi się!
-No już dobrze,dobrze-zastopował,nie chciał spłoszyć dobrego klienta.-Jaki ma być?
-Szybki i wytrzymały.
Mam tu takiego,ale czy umiesz jeżdzić na koniach?-powątpiewał.
-Oczywiście!Mój ojciec...
-Już dobrze-przerwał jej.Nie chciał wysłuchiwać zapewne długiej i nudnej opowieści.-Pokażę takiego,który będzie właściwy...
Udali się razem do miejsca,gdzie Smith trzymał wierzchowce.Wskazał jej czarnego,pięknego konia,który biegał po przeznaczonym do tego terenie.Sprawiał wrażenie nieujarzmionego,ale Sarah było wszystko jedno.
-No i jak,może być?-pytał Quincy.
Za chwilę został z dłonią pełną pieniędzy i wspomnieniem pięknej kobiety,która popędziła przed siebie,gnana jakimś wewnętrznym rozkazem.
---20---
Frank Holiday przemierzał bezkresną prerię od dłuższej chwili.Wspominał czas,kiedy był młody i pełny marzeń.Życie go zawiodło,nie znalazł tego,czego szukał.Za to otrzymał byt przestępcy,dzięki któremu nie musiał postępować według żadnych zasad.I to mu się podobało-mógł robić to,co naprawdę chciał.Sam decydował o czynach i słowach,rozliczał się tylko przed sobą.Dlatego pozwolił sobie na kaprys objęcia w posiadanie ziemii Johna McIntyre'a.Przypadła mu do gustu-żyzna i urodzajna.Sądził,że za dobrą cenę,jaką oferował,zdobędzie pola bez trudności.Ale się przeliczył-dla Johna ziemia była czymś więcej,niż tylko skrawkiem terenu-była jego życiem.Dlatego odmówił.Nie wiedział,że Frank któregoś dnia przyjedzie i upomni się w tak okrutny sposób.To dla kaprysu Holiday oszczędził małego chłopca,jakim był wtedy Malcolm.Kazał mu patrzeć na śmierć rodziny,a potem pozostawił go samego na tym nieprzyjaznym świecie.Zawsze najbardziej go nie lubił.A jaką Frank miał świetną zabawę,gdy jeden z jego ludzi zabawił się z córką Johna!Zarechotał teraz,na wspomnienie złamanych bólem oczu jej rodziny.Przyśpieszył konia,chciał już natrafić na ślad tego gnojka.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-18, 13:04   

Black Falcon, czy po każdym fragmencie mam pisać że ciągle czytam?? :wink: Chcę więcej! Może wklejaj większe kawałki?
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-18, 18:53   

Nie, nie musisz, tylko moja siec ostatnio szwankuje i nie moge wysylac maili z zalacznikami ( chyba, ze o 2 w nocy...) i wklejac dluzszych kawalkow postow! Czasem sie udaje, moze i teraz sie da...

---21---
Malcolm również modlił się o przyśpieszenie spotkania.Misja jego życia miała dobiec końca.I być może to dlatego ucieszył się,gdy w oddali zamajaczył mu samotny jeżdziec.Być może on będzie wiedział coś o Franku Holiday'u!Zbliżali się do siebie jak przyciągani niewidzialną siłą przeznaczenia. Trwało to długą chwilę,dopiero po kilkunastu minutach kontury drugiego jeżdzca zaczęły się wydawać Malcolmowi znajome.Wytężył wzrok i dostrzegł twarz tamtego człowieka.Serce mu zaczęło walić jak oszalały młot kowalski,a w piersi rozpalił się ogień.Frank Holiday!Nareszcie go znalazł!Na ułamek sekundy stanęli mu przed oczami rodzice,siostra i Patrick,ale był to tylko krótki ułamek sekundy.Potem widział tylko twarz swojego największego wroga. Holiday też go poznał,pomimo upływu lat.Uśmiech wykrzywił mu usta,wyglądał teraz,jak upiór z najciemniejszych koszmarów.Stanęli przed sobą jak zło i dobro,jak dwie siły gotowe do ostatecznej rozgrywki.Pierwszy zaczął Frank:
-A więc znów się spotkaliśmy!Jak się żyje bez rodziny,co?Słyszałem,że znalazłeś sobie kochankę?A przynajmniej zatrzymałeś jedną z nich na dłużej,bo zapewne miałeś wiele kobiet?I jaka była?Chyba się nie zawiodłeś,prawda?
McIntyre zawsze miał gorącą krew,ale po tej obeldze zagotowało mu się w żyłach.Ten bydlak obraża jedyna świętość,jaką miał po tym tragicznym zdarzeniu-jego ukochaną Sarah!Ręka sama sięgnęła po broń,ale Holiday go powstrzymał:
-Zaraz,nie tak szybko!Może najpierw pogadamy,co?Wiesz,szukałem cię.Miałem okazję zabić cię już wtedy,ale odłożyłem tę przyjemność na póżniej.Znudziło mi się czekanie.Chcę posłać cię do piekła,co ty na to?
Savage nic nie wyrzekł.Mógłby od razu zatkać gębę temu szczurowi,ale chciał zwyciężyć w uczciwej walce.Tyle razy mordował z ukrycia,ale tym razem postąpi zgodnie z honorem.Wycedził tylko:
-Złaż z konia!
-Ach,więc chcesz bić się po męsku,nie jak tchórz,którym zawsze byłeś!Więc dobrze!-zszedł i stanął twarzą w twarz z McIntyre'm,który zrobił to samo.

[ Dodano: 2004-08-19, 20:25 ]
Ciekawe, czy tu mozna odpowiadac samej sobie...Zaraz sie dowiem...;).

---22---
Blask słońca oświetlał obie postacie,gdy tak mierzyli się wzrokiem-samotny mściciel Malcolm McIntyre i Frank Holiday,człowiek bez skrupułów.Poprzysięgli sobie śmierć przed dwudziestu pięciu laty,teraz miało się dopełnić to,co co zaczęło się przed chatą Johna.Pośród
skał byli tylko oni i cisza.
Pierwszy wyciągnął broń Holiday.Usiłował zaskoczyć Savage'a,ale ten był szybki i jednym ruchem wykopnął mu pistolet z ręki.Frank,widząc,że pierwotny plan zawiódł,skoczył z niesłychaną prędkością na Malcolma.Obaj runęli na ziemię w morderczym uścisku.Przetaczali się dłuższą chwilę,jakby spleceni niewidzialną nicią śmierci.Kurz podniósł się z podłoża i otoczył walczących.Nie baczyli na nic.W pewnej chwili McIntyre przytrzymał pod sobą Franka.Usiadł na nim okrakiem i zaczął okładać pięściami po twarzy.Uderzał mocno,z całej swej siły.Wydawało się,że wygrał.Krew zaczęła spływać z rozciętych warg i łuków brwiowych Holiday'a.Napełniła jego usta.Lecz ten nie poddał się tak łatwo.Zrzucił Malcolma i ponownie rozpoczął walkę.Tym razem to on bił.Obaj byli pokrwawieni,obaj otrzymali swoją dawkę bólu.McIntyre otrzymał potężny cios w żebra i zwinął się na chwilę na ziemii.Zanim jednak przeciwnik to wykorzystał,zerwał się i był gotów do dalszej potyczki. Brudni od kurzu i własnej krwi, w pyle i bólu od odniesionych ran toczyli pojedynek.
---23---
Sarah pędziła jak wiatr.Nie przeczuwała nawet,że zbliża się do miejsca,gdzie rozstrzyga się los jej miłości,którą dawno już pochowała.Przeznaczenie kierowało ją na spotkanie z Malcolmem.Niedługo dotrze do walczących.Ale chyba tylko sam Bóg wie,co tam zastanie...
---24---
Cała wściekłość,chowana przez tyle lat,kierowała teraz Malcolmem McIntyre.Nie było dlań ważne,czy przeżyje,czy umrze,liczyło się tylko,że wreszcie dopełni swojej zemsty.Chmury przetaczały się po niebie,będąc świadkami tej walki.Zbierało się na burzę.Zrobiło się ciemno i deszczowo.Gdzieś daleko przetoczył się cichy grzmot nadciągającej nawałnicy.Zapowiadało się na deszcz.Savage prawie płakał,mogąc wreszcie dosięgnąć tego drania.Tyle czasu modlił się,żeby go odnależć,a teraz ma jedyną okazję,żeby go zabić.Zebrał się w sobie i z całej siły natarł ma wroga.Holiday zaskoczony upadł na mokrawą już od zaczynającego padać deszczu ziemię.Mimo zaciekłej obrony udało mu się nareszcie zadać taki cios,że Frank na dłuższą chwilę stracił ochotę na wszystko.McIntyre zeskoczył z przeciwnika i stanął w bezpiecznej odległości.Nareszcie wyjął swoją broń.Stał nad Holiday'em z wyciągniętym pistoletem w dłoni.
Uśmiechnął się szeroko:
-A więc pozwolono mi znów stanąć z tobą oko w oko!Dziś mogę powiedzieć ci,co wtedy czułem,gdy zabijałeś mi rodzinę!Poprzysiągłem,że będę cię szukał przez całe życie i spełniłem obietnicę.Odebrałeś mi wszystko,ale nie zdołałeś zabrać mi prawa do wykonania zemsty!
Przerwał.Zamierzał nacisnąć spust,lecz musiał z tym zaczekać.Mgła po raz kolejny zasnuła mu wzrok.Tym razem była gęściejsza,niż zwykle.Nie mógł jednak zaprzepaścić takiej szansy.Dlatego nie zrezygnował i z przyjemnością wystrzelił z broni.Huknął wystrzał i pocisk trafił w cel.Holiday skulił się z bólu na ziemii.Savage obrócił się w stronę konia,pewien,że go zabił.
Owszem,kula zraniła Franka i to śmiertelnie.Nie zabiła go jednak od razu.Otóż strzał Malcolma nie był dokładny z powodu chwilowej ślepoty strzelca.Ranny Holiday jeszcze żył,gdy Savage miał zamiar wsiąść na wierzchowca i pojechać.Frank wiedział,że tuż obok leży jego broń,porzucona na samym początku pojedynku.Wytężył wszystkie swoje siły,aby jej dosięgnąć.Nie udało się.Spróbował jeszcze raz i nareszcie poczuł pod palcami dotyk zimnego metalu.Zacisnął dłoń i chwycił broń.Konał,ale nie zamierzał poddać się tak łatwo!Umrze,lecz zabierze ze sobą tego śmiecia,prosto do piekła!Ostatkiem życia podniósł rękę i w finalnym skurczu palców pocisnął spust.Sekundę póżniej jego ręka opadła bezwładnie.Frank Holiday był trupem.
Na tą chwilę zatrzymał się czas.Malcolm nie widział,że jego wróg czyni heroiczny wysiłek i sięga po broń.Nie sądził,że coś się zdarzy.Wypełnił misję i mógł wracać do Sarah,co właśnie postanowił,gdy oddawał ostatni strzał.Dlatego nie spodziewał się zdradzieckiego pocisku Holiday'a.Dowiedział się o nim dopiero wtedy,gdy poczuł,że coś rani go od tyłu i piekącym bólem wwierca się w ciało,rozlewając się po całym organiżmie.Krew buchnęła z rany,plamiąc ubranie. Wszystko działo się,jak w zwolnionym tempie.Usiłował jeszcze złapać się końskiego siodła,ale nie zdołał.Nim zdążył zacisnąć na nim palce,upadł na ziemię z rozkrzyżowanymi rękami. Niewielki strumyk płynący z jego ciała rosił grunt,powoli zamieniając się w kałużę.
Sarah słyszała wystrzał.Wiedziona jakimś wewnętrznym instynktem skierowała się w tamtą stronę.Jakiś czas potem z daleka dostrzegła leżące postacie.Chwilę póżniej rozpoznała,kim są. Poznała,że jednym z leżących jest jej umiłowany McIntyre.Zrozumiała,co się zdarzyło.Ale w tym momencie nie było dla niej ważne,że wreszcie dopadł mordercę swojej rodziny.Do jej mózgu docierał tylko widok skąpanego we krwi Savage'a.Zeskoczyła z konia i z okrzykiem rozpaczy rozdzierającym powietrze pobiegła do niego.Łudziła się nadzieją,że jeszcze żyje.Klęknęła przy nim i modliła o najmniejszy znak.Ale jego pierś nie poruszała się w oddechu.Spojrzała na jego twarz,na której również było widać dowody walki,jaką stoczył.Z ust sączył się czerwony płyn.Dopiero teraz zobaczyła,że Malcolm ma otwarte oczy.Wpatrywały się w niebo.Niebieskie spojrzenie było puste i martwe.Savage spoglądał prosto w oblicze śmierci.
Nie przejmowała się,że jej łzy skapują mu na twarz.Ostrożnie uniosła jego głowę i położyła sobie na kolanach.Potem dłonią zamknęła mu oczy i łagodnie pocałowała w usta.Delikatnie gładziła go po białych włosach.Wyglądał tak spokojnie,jakby znalazł bezpieczną przystań i tam zakotwiczył. Sarah drugą rękę trzymała tam,gdzie trafił pocisk Holiday'a.Krew ciekła jej przez palce.Na jego wargach wykwitł lekki uśmiech.Nie żył już wtedy,gdy padał na ziemię.Jego ukochana siedziała tak wiele czasu,trzymając ciało Malcolma w ramionach.
Rozpadał się deszcz.Krople skapywały powoli na Sarah i trupa,mieszając się z krwią.Po kilku godzinach od jego śmierci uniosła się ostrożnie na nogi.Rozpoczęła kopanie grobu.Czas potem usypała niewielki kopczyk z kamieni,pod którym ukryła nieboszczyka.Ułożyła malutki krzyż z drewna.Odmówiła cichą modlitwę.Szepnęła jeszcze:
-Zostawiłeś mnie,Malcolmie.Kiedy nareszcie cię odnalazłam,skonałeś od skrytej kuli mordercy.Nie dane nam było być razem,los nie chciał dać nam wspólnego szczęścia.Odszedłeś na wieki,ale nie do końca.Pozostawiłeś mi cząstkę siebie,ukochany.Noszę pod sercem twojego syna,Malcolmie McIntyre...
Wiatr chłodził powietrze,owiewając delikatnie jej postać,gdy odchodziła od miejsca,gdzie zostało jej serce.Utraciła na zawsze swoją miłość.Dla wszystkich był tylko zimnym draniem, człowiekiem bez litości,znienawidzonym posłańcem śmierci.Dla niej-samotnym i udręczonym synem Johna,który już nigdy nie zagra swej melodii na małych organkach,jedynej pamiątce po ojcu.Zamilkły na zawsze...


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~THE END~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

I oto koniec 2 tomu 1 czesci...Niedlugo zaczne wklejac poczatek 1 tomu 2 czesci...
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-26, 21:09   

Ech... No i jednak nie zaznali szczęścia razem. Nieładnie Black Falcon, nieładnie. :wink:
A tak poważnie, podoba mi się takie zakończenie. Czekam na drugą część.
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-27, 10:39   

A oto poczatek 1 tomu ( "Smiertelna rana" ) 2 czesci (majacej tytul "Nie zapomnij" ):

---1---
Hiram do końca życia nie zapomni tego dnia.Z nieba lał się deszcz i co jakiś czas pojawiała się jakaś zbłąkana błyskawica.W saloonie przebywało tylko kilku mieszkańców Slumville,reszta wolała schronić się w swoich ciepłych domach.Barman okropnie się nudził.Obsłużył już wszystkich i teraz pozostało mu tylko po raz kolejny w ten czwartek wycierać szklanki.Błyszczały lepiej od promieni słonecznych,ale przynajmniej stanowiły jakąś rozrywkę przy tej ulewie.
Jego przytłumiony pogodą umysł nie zareagował,gdy otworzyły się drzwi lokalu.Ot,kolejny klient.Przynajmniej oderwie go na chwilę od tego zajęcia o wątpliwej atrakcyjności.Obrócił się tyłem do wejścia,aby sięgnąć po kieliszek,a potem rzucił okiem na nowego gościa.
---2---
Huk upadającej szklanki rozległ się po całym pomieszczeniu,jakby wykorzystując ciszę,jaka zaległa.A była to cisza iście niesamowita.Oczy wszystkich spoglądały na przybysza.Nawet burza jakby nagle straciła głos.Mrok,jaki zapanował na zewnątrz,tylko dodawał grozy całej tej sytuacji.W drzwiach stała postać w podartym ubraniu,śladach krwi i błota na całym ciele i zwichrzonych włosach,w których widać było zaplątane resztki roślin.Spojrzenie przybyłej osoby zdradzało początki choroby umysłowej. Na dodatek widoczne było,że kobieta ta jest w ciąży.Dopiero siwy Elmer zareagował:
-Jezus Maria,to przecież Sarah...Joe mówił,że ona nie żyje...
---3---
Nie wiedziała,jak znalazła się w miasteczku.Nie potrafiła nawet odpowiedzieć na najprostsze pytania.Schudła i pobladła.Przez parę tygodni nikogo nie poznawała,dopiero po pewnym czasie jej umysł zaczął się rozjaśniać.Mogła już jeść sama,zamiast korzystać z pomocy życzliwych jej osób.W końcu odzyskała i mowę.Opowiedziała,że McCoy nie żyje i że usiłował ją zabić.Nie wszyscy jej uwierzyli,część sądziła,że to choroba nie do końca jeszcze ustąpiła.Uwierzyli jednak w co innego-otóż na pytanie o dziecko zawsze udzielała niezmiennej odpowiedzi:
-Syn,którego noszę,będzie potomkiem Joe'go McCoy'a.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-29, 22:46   

Black Falcon, zmiłuj się, wklej następny kawałek. Ja naprawdę ciągle to czytam :wink: .

Pozdrawiam
hibou
 
 
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-08-30, 10:10   

A ja ciagle mam problemy z wklejaniem...Sorki ;/.

---4---
Rok 1830
Od tamtych wydarzeń minęło już trzydzieści lat.Córka Hamiltona dawno już wróciła do pełni władz umysłowych i wychowała syna.Duncan był bardzo przystojnym mężczyzną o bardzo niebieskich oczach.W jego blond włosach igrał wiatr,gdy spacerował przez wioskę.Lubił się uśmiechać i nade wszystko kochał matkę.Ojca nie znał,wiedział,że Joe zginął tuż przed jego urodzeniem.Słyszał,że nie należał do najlepszych ludzi na świecie,ale to się już nie liczyło.Jego prochy dawno przecież wniknęły w ziemię.
Tym razem Duncan udawał się do sklepu Elmera.Sklepikarz był już bardzo stary,jego przygarbiona sylwetka prawie niknęła za ladą.Miał w końcu osiemdziesiąt lat na karku.Pomimo to przywitał wesoło klienta:
-Witam cię,chłopcze!Jak tam nasza kochana Sarah?
-Dzień dobry,panie Cramp!W porządku,dziękuję!A jak tam pańskie zdrowie?
-Reumatyzm mi daje we znaki,ale jakoś się trzymam.Ktoś musi dbać o wasze brzuchy, nieprawdaż?-teraz on się uśmiechał.-Czego sobie życzy mój najsympatyczniejszy klient?
-Kilo cukru,dwa chleby i trzy razy masło.
-Już się robi!-zakręcił się Elmer.Podał młodzieńcowi towar,wyliczył zapłatę i wydał mu resztę. Miał dziś ochotę na rozmowę,toteż przechylił się na ladę i powiedział:
-Widziałem dziś tego mruka,Luthera Lonely.Znowu się tu kręcił w okolicy.Jego spojrzenie przeszywa ludzi na wskroś,ale o nim samym nic nie mówi.Ponury typ...
-Ja się go tam nie boję.To zwykły człowiek,tyle,że rzadko się odzywa.
-Nie wiem,dziwi mnie ten jego ubiór.Jest cały czarny.
-Wielu ludzi chodzi tak ubranych-zauważył lekko rozbawiony Duncan.
-Ale ta jego czerń jest jakaś taka...-Elmer szukał właściwego słowa-...taka głęboka.Jak smoła,albo coś w tym stylu.I ta blizna przez pół twarzy,ohyda!Brrr...
---5---
Temat ich rozmowy przebywał właśnie na cmentarzu.Leżała tu jego siostra,zabita w jakiejś bezsensownej potyczce z Indianami,sprowokowanej przez jednego z byłych szeryfów tego miasteczka.Luther był bardzo związany z siostrą i przeżył mocno jej odejście.Szeryf wkrótce wyjechał,ale na zawsze odmienił życie Lonely'ego.Ten nigdy nie był gadatliwy,ale od tego czasu prawie nic nie mówił.Mieszkańcy miasta trochę się go bali,chociaż nikomu nigdy nie uczynił nic złego.Był jak głaz-milczący i silny.Tylko na miejscu spoczynku siostry otwierał swoją duszą.Nikt jednak nie widział,żeby kiedykolwiek płakał.Po prostu klęczał przy nagrobku i jak zwykle pogrążył się w ciszy.Po godzinie wstawał i udawał się do swego domu,położonego na uboczu Slumville.Dziś też tak zrobił i stawał już na ganku domku,gdy dojrzał Sarah idącą drogą,jaka przebiegała w pobliżu.Zatrzymał się na chwilę i zaczekał,aż ona dojdzie w jego okolicę.Gdy go mijała,odpowiedział na pozdrowienie.Jednak dodał nagle:
-Obaj mają tak samo niebieskie oczy,prawda?
Sarah zadrżała na dźwięk tych słów.Zrozumiała,że Lonely zna całą prawdę.Trzymał rękę na balustradzie przed domem i patrzył na nią,jakby czekał na jej reakcję.Wydusiła z siebie odpowiedź:
-Jego ojciec miał piwne oczy,panie Lonely.
-Przede mną nie musisz kłamać,Sarah.Wiem,że Duncan jest synem Savage'a.Możesz być spokojna-nie zdradzę tego.Jednak on powinien się o tym dowiedzieć-to była jedna z dłuższych wypowiedzi w życiu Lonely'ego.
-Nie powinien!-powiedziała,odrobinę spokojniejsza.Uwierzyła w zapewnienie Luthera,jego oczy emanowały jakimś dziwnym spokojem.-Nie chcę,żeby cierpiał!Jego ojca nienawidziło całe Slumville...-wspomnienia wywołały odległy ból w sercu.
-Skoro całe,to Duncan też-rzucił jakby w powietrze i zniknął za drzwiami.Została sama.Wciąż w jej głowie tkwiły słowa mężczyzny.Zasiały niepokój w sercu.Zapewne miał rację.Jednakże równocześnie z nimi krzyczała w niej dawno złożona przysięga-jej syn nie przeżyje takiego samego odrzucenia,jakie było udziałem Malcolma McIntyre.Lepiej będzie,jeśli nie pozna prawdy.Jakiż los by go wtedy czekał?Gdyby w miasteczku wiedzieli,że to Savage był ojcem Duncana,być może nawet kazaliby mu opuścić Slumville. Drugiego takiego ciosu Sarah już nie przeżyłaby!
---6---
Daleko od rodzinnego domu córki Hamiltona,gdzieś rzucony na prerii,wznosił się w górę niewielki nagrobek.U wezgłowia widniał drewniany krzyż,przechylony ze starości.Jedno jego ramię zostało nadłamane przez hulający tutaj wiatr i teraz upiornie skrzypiało przy mocniejszym podmuchu. Na znaku Chrystusa dało się też dojrzeć wyciosane wiele lat temu koślawe litery,jakby rzeżbiarzowi drżała ręka przy pracy.Wprawne oko zapewne dostrzegłoby,gdyby zechciało się przyjrzeć,że napis głosi imię zmarłego.Brzmiało ono:Malcolm McIntyre.
To jego ukochana postawiła krzyż i oznaczyła go w ten sposób.Użyła prawdziwego nazwiska pochowanego,aby zapobiec grabieży i zniszczeniu miejsca spoczynku Savage'a.Wiedziała,że ktokolwiek napotka grób znanego wszędzie mordercy,nie odmówi sobie przyjemności wykonania swoistej zemsty i wykopania jego zwłok.Tym bardziej,gdyby los przywiódł tu kogoś z rodziny jego ofiar.Dzisiaj jednak inny jeżdziec zatrzymał konia w pobliżu.Z oczyma utkwionymi w pagórku zsiadł z konia i podszedł bliżej.Stanął u stóp zarośniętego chwastami wiecznego domu Malcolma.Jasna czupryna mężczyzny współgrała ze światłem słońca,które wyjrzało zza chmur spowijających niebo. Zasmuconym wzrokiem powiódł po bezczelnych ostach,sięgających nawet najwyższej,pionowej belki krzyża.Pięły się właściwie wszędzie.Niedługo ten kawałek ziemii zleje się w jedno z resztą i nic już nie da świadectwa,że ktokolwiek tu spoczywa.Znać było,że od długiego czasu nikt nie odwiedzał tego skrawka prerii.
Człowiek o smutnym wzroku poczuł,że wzruszenie odebrało mu mowę.Spoglądał na przechylony symbol religii,na niezdarnie wycięte nazwisko.Dla postronnego obserwatora nic by to nie znaczyło,ale dla niego miejsce to było święte.Kilka łez spłynęło po policzku.Pamięć przywołała obrazy z przeszłości. Zobaczył,jak jako ośmioletni chłopiec jedzie na wierzchowcu,prowadzonym wprawną ręką przez Savage'a.Potem kolejne wspomnienie,tym razem o długiej chorobie,wywołanej ukąszeniem węża.Miotał się wtedy w gorączce,ale przeżył tylko dzięki troskliwej opiece przyjaciela.Wtedy jeszcze nazywał go Sigurdem,imieniem z pewnej skandynawskiej legendy.Potem drugim ojcem.Przez wiele długich lat wierzył,że kiedyś on wróci i na zawsze z nim pozostanie.Przeznaczenie jednak wiodło ich innymi ścieżkami i McIntyre skonał od zdradzieckiej kuli,gdy wykonał swoją misję-pomszczenie rodziny,wymordowanej przez Franka Holiday'a.Teraz i Holiday był tylko kupką popiołu,ale on nie znalazł nikogo,kto by się o niego zatroszczył po śmierci.Malcolm mógłby poczuć satysfakcję,gdyby wiedział,że kości jego odwiecznego wroga zostały doszczętnie obgryzione przez krążące tu sępy.Gdyby nie Sarah,to i Savage'a spotkałby ten sam los.

[ Dodano: 2004-08-30, 18:25 ]
---7---
Pracował kilka godzin w skwarze,aż wreszcie doprowadził do porządku grób.Dłonie pokryły bąble,ale nic nie było ważniejsze od tego zajęcia.W końcu mógł wyprostować zbolały kręgosłup i ocenić efekty swojej pracy.Uśmiechnął się lekko.Pozbył się wszystkiego,co przesłaniało zbytnio wzgórek.Wyciął też nowy krzyż,na którym napisał nożem:"Tu spoczywa Malcolm McIntyre,mój ukochany ojciec".Zerwał z pobliskiego krzaka biały kwiat i złożył na nagrobku.Odmówił cichą modlitwę.Złożył też przysięgę:
-Obiecuję ci,ojcze,że póki żyję,twoje imię zawsze będzie w moim sercu.Dzięki tobie dowiedziałem się,co to znaczy mieć rodzinę.Nigdy cię nie zapomnę!-i z tymi słowami odszedł.
Trzydziestoośmioletni dziś Benjamin wracał do domu-do chatki Pokurcza.Jego opiekun żył nadal,choć coraz bardziej chylił się ku ziemii.Liczył obecnie dziewięćdziesiąt lat i słabł coraz bardziej.Jego łagodny uśmiech na poranionej twarzy był dla Bena ukojeniem po odjeżdzie Savage'a.Dawał spokój i wiarę w lepsze jutro.To Pokurcz wychował go pod nieobecność Malcolma.Syn Olivera oddałby życie za niego.Pewnego dnia dowiedział się całej prawdy-to właśnie gospodarz małej chaty był tym,który nie dopuścił,by szczątki rodziny McIntyre bielały w słońcu pół wieku temu.
---8---
Herardo Lucius-bo tak brzmiało prawdziwe miano Pokurcza-siedział właśnie przed domem. Bardzo rzadko wychodził,ale dziś dzień był taki piękny!Grzał zmęczone członki w ciepłych promieniach.Czekał na powrót Benjamina.Czułość zalała jego duszę,gdy pomyślał o swoim wychowanku.Spędzili ze sobą tyle czasu...Laska,która służyła jako pomoc w przemieszczaniu się,stała oparta o ścianę domu.Blisko,pod ręką.Herardo potrzebował jej,gdyż lewa noga coraz bardziej odmawiała mu posłuszeństwa.Być może niedługo i ona przestanie wystarczać.Było tak cicho...Zamknął na chwilę oczy.Po paru minutach zasnął.Śnił mu się Savage.Nie był jednak we śnie bandytą,a małym chłopcem,bawiącym się przy swoim domu.Wyciągał ręce do młodego Herarda i wołał:
-Chodż do mnie,wujku...!Chodż do mnie...!Czekam na ciebie...!Czekam na ciebie...!-powtarzał.
Minęło trochę czasu,zanim się przebudził.Bena jeszcze nie było.Lucius zgłodniał,toteż postanowił wrócić do środka i przyrządzić jakąś strawę.Będzie też i trochę dla Bena.Podniósł się powolutku i wsparł na lasce.Odpoczął chwilę i ruszył ostrożnie w kierunku drzwi.Był już na progu,gdy poczuł coś dziwnego w piersi.Zabrakło mu nagle powietrza.Chwycił się wejścia i chciał dotrzeć do łóżka,ale nie miał na to sił.Zatrzymał się tam,gdzie był.Jeśli zaraz nie usiądzie,upadnie.Na próżno jednakże prosił wszystkie dobre moce o pomoc.Nie mógł nawet powrócić na poprzednie miejsce.Prawą ręką chwycił się w okolicach serca,jakby chciał ułagodzić ból dotykiem dłoni.Bez najmniejszego skutku.Nadal rozlewał mu się żywym ogniem.Pomimo tego rozpaczliwie czynił wysiłki,aby przestąpić te kilka dalekich kroków.Uczynił jeden z nich i nadzieja w nim wzrosła.Był już tak blisko,gdy coś z niesamowitą siłą ścisnęło go w piersi i nie puściło.Palce nie potrafiły już utrzymać go w pozycji stojącej,dlatego puściły framugę.Pokurcz sekundę póżniej leżał na podłodze swego domku,kilka centymetrów od łóżka.Zabrakło mu tylko jednego kroku do celu.
W tej samej chwili niebo przeciął jastrząb w poszukiwaniu ofiary.Zaraz powrócił,dzierżąc w szponach upolowaną zdobycz-już martwą.
---9---
Dzikość Serca obserwował przelot ptaka.Jastrząb pikował chwilę,aż nareszcie schwytał to,na co polował.Uniósł się potem w niebo,odlatując do swego gniazda.Indianin zwrócił wzrok z powrotem ku własnej wiosce.Obok niego pozostali członkowie plemienia zajmowali się swoimi sprawami.Byli jak ptaki-wolni i swobodni.Wojownik zapragnął nagle znów zobaczyć swoich przyjaciół z dawnych czasów.Nie był nawet pewien,czy Pokurcz jeszcze żyje,ani jak się miewa Benjamin.Nie wiedział też nic o istnieniu Duncana,bo nie znał przecież Sarah.Zdecydował,że wybierze się do Herarda za jakiś czas. Pamiętał dokładnie,gdzie stoi jego chatka.Nie wiedział,że w tej samej chwili nad nią również przeleciał polujący drapieżnik.
 
 
Gość

Wysłany: 2004-09-02, 20:10   

Ciąg dalszy Sagi...( nie loguję się, żeby było lepiej widać nowy odcinek...

---10---
Duncan zrobił zakupy i poszedł do domu.Niósł wszystko i nucił starą melodię,którą matka śpiewała mu nad kołyską.Nie wiedział,skąd ją znała.Była ona przerażliwie smutna,ale zarazem piękna. Jak jakaś skarga...Pieśń jego rodzica,którą ten tyle razy wygrywał na organkach odziedziczonych po Johnie,dziadku Duncana...
Przestąpił próg i ujrzał matkę wyglądającą przez okno.Położył jedzenie na stole i podszedł do niej.Obróciła się na dżwięk jego kroków.Była wciąż taka ładna,jak wtedy,gdy poznała Malcolma...
-Długo cię nie było,synku-to nie był wyrzut,lecz życzliwe stwierdzenie tęskniącej matki.
-Wybacz,mamo,-ucałował ją-ale pan Cramp opowiadał mi o swojej obawie przed Lutherem Lonely.Nie rozumiem tego strachu,przecież Lonely to miły człowiek,tylko trochę mrukliwy.
Krew Sarah na ułamek sekundy przestała płynąć.Czyżby Duncan miał do czynienia z tym mężczyzną?Wobec tego musi uważać,gdyż prawda może ujrzeć światło dzienne.Nie powinna do tego dopuścić!
-Czemu tak sądzisz?-siliła się na spokój.-Wszakże chyba z nim nie rozmawiałeś?
-Nie,mamo,ale wątpię,żeby naprawdę był taki,jak mówi pan Elmer.Nigdy nikogo nie skrzywdził,w przeciwieństwie do tego drania,o jakim opowiadał mi kiedyś Hiram.
-O jakim draniu?-niczego jeszcze nie podejrzewała.
-To był podobno bardzo sławny bandyta.Odznaczał się niesamowitą siłą i celnością.Podobno uważano go nawet za nieśmiertelnego.Ale i na niego przyszła pora-zginął w pojedynku z równym mu nędznikiem.Nie było drugiego takiego strzelca na Dzikim Zachodzie.Zaraz,jak brzmiało jego przezwisko?Chwileczkę...Wiem!To był Savage-wypowiedział to imię z morderczą nienawiścią.
-Czy aż tak go nienawidzisz?-zapytała jego matka ze smutkiem,którego w gniewie nie zauważył.
-Przecież to był szatan,mamo!Uśmiercił tyle osób,że nikt ich nie zliczy,a ty mnie o to pytasz?-zdziwił się.-Dziękuję Bogu,że nie żyje,bo mógłby tu przyjechać i zrobić ci krzywdę!Chyba,że wcześniej to ja pozbawiłbym go podłego życia w twojej obronie!
-Potrafiłbyś zabić,synu?
-W twojej obronie-tak!-potwierdził z mocą,jakiej się nigdy w nim nie spodziewała.
---11---
Benjamin powoli zdążał w kierunku domu.Nie spieszyło mu się,dzień był znów bezchmurny i łagodny wietrzyk pieścił mu twarz podczas podróży.Odnalazł to,czego szukał i teraz mógł zawsze tam powracać.Wędrówka Malcolma zakończyła się,ale nadal żył w sercach tych,którzy go kochali.Ale tylko Ben odwiedził jego nagrobek.Myślał obecnie o swoim opiekunie,którego zostawił na tak długo!Przyśpieszył konia,nagle ogarnęła go przemożna chęć ujrzenia Pokurcza natychmiast,w tej właśnie chwili.Niedługo pędził jak błyskawica.
---12---
Tylko łóżko było niemym świadkiem zdarzenia.Gospodarz nie poruszał się.Upadając uderzył głową w tenże mebel,dlatego podłogę rosiła krew,wciąż kapiąca ze świeżej rany.Plama coraz bardziej się powiększała,jakby chciała objąć całe ciało Luciusa i nigdy nie wypuścić ze swoich czerwonych objęć.Okolicę spowiła dziwna cisza.W pobliżu nie było nikogo.Czas płynął jak rzeka,powolnym,ale nieustannym rytmem.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Wersja forum PDA/GSM

Template NoseBleed v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne

Forum administrowane przez: Grimlock, Nieznany