Forum KGB
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
"Saga rodu McIntyre"

Czy kogoś to zaciekawiło? ;)
Bardzo ciekawe
50%
 50%  [ 6 ]
Takie sobie
8%
 8%  [ 1 ]
Nie zainteresowało mnie
41%
 41%  [ 5 ]
Głosowań: 12
Wszystkich Głosów: 12

Autor Wiadomość
Black Falcon
Gość
Wysłany: 2004-09-02, 20:12   

Jak się ładnie wysłało...To może jeszcze raz? :) ).

---13---
Sarah została sama,ale nadal myślała o słowach mężczyzny.Stało się tak,jak przewidział Lonely-Duncan gardził i nienawidził własnego ojca.W jego mowie wyczuła to tak bardzo,że aż się tego przestraszyła.Jeżeli kiedykolwiek dowiedziałby się teraz prawdy,to i ona odczułaby jego niechęć.Nie uwierzyłby jej poza tym w tą nieprawdopodobną historię o przemianie mordercy we wrażliwego człowieka.Slumville również nie znało całej prawdy,usłyszeli wersję,która wykluczała udział Savage'a w tej sprawie.Nikt nie wiedział,że przeżyła dzięki niemu,zataiła całkiem fakt,że miała z nim cokolwiek do czynienia.Miała nadzieję,że Malcolm wybaczył jej to okrucieństwo.Pozbawiła go przecież syna!Po rozmowie z Duncanem wiedziała,że już nigdy nie powie mu prawdy...
---14---
Luther Lonely faktycznie zorientował się w pochodzeniu potomka Sarah.Spotkał kiedyś na swojej drodze Savage'a i nigdy nie zapomni jego przerażająco niebieskich oczu.Dlatego nie mógł pomylić odcienia tęczówki Duncana z niczym innym.Spoglądał przecież całe wieki temu prosto w twarz McIntyre'a.Nikt nawet się nie domyślał,że Luther miał coś wspólnego z tym odwiecznym samotnikiem.Ich drogi zetknęły się i to wydarzenie związało ich ze sobą bardzo mocno.Obecnie Malcolm nie żył i tamto mogło odejść we mgłę zapomnienia-gdyby nie młodzieniec o jasnych włosach i wzroku tak podobnym do ojca.Lonely mógł sporo powiedzieć o zmarłym,gdyby tylko zechciał.Wolał jednak milczeć.Oprócz niego jedynie siostra dzieliła tą tajemnicę,aż do jej śmierci ze strzałą furgoczącą w plecach.Otrząsnął się z rozmyślań,nie zamierzał znów dać się ponieść cierpieniu.Za każdym razem jednak widok Duncana przypominał mu będzie zarówno Eileen,jak i Savage'a.Dotknął dłonią blizny na obliczu.To też część tamtych dni...
---15---
Hiram po raz kolejny miał powód do strachu.Spowiadał się z niego do Elmera:
-To czyste szaleństwo!Czy nie można tego załatwić w inny sposób?Jeśli Indianie stracą cierpliwość,wybuchnie wojna!Slumville nie obroni się przed nimi!Wybiją nas do nogi!Podobno niektóre plemiona już szykują oddziały wojowników!-opowiadał okropnie zdenerwowany.-Nie mamy nawet kogoś,kto by nas poprowadził!-rozpaczał.-Teraz nawet Savage byłby się przydał!-wypowiedział to impulsywnie i aż zamilkł,przerażony własnymi słowami.
Savage?-mruknął Elmer.Nadal lubił tu zaglądać.-Tęsknisz za nim?-zdziwił się nieco.
-Nie,ale on potrafiłby nas zorganizować i może ocalić mój bar!
-Sami go ocalimy,jeżeli dojdzie do bitwy!Zapewniam cię,że będzie to pierwsze miejsce,jakie będziemy strzec!-odezwał się jakiś klient.
Barman spojrzał krzywo na mówiącego.Niesmaczny żart!On naprawdę boi się Indian!Co poczną na wypadek ataku?Nie chciał nawet o tym myśleć!
---16---
Miał rację Hiram.Poczynania gubernatora doprowadziły do niesnasek pomiędzy białymi a Indianami.W wielu wioskach podnosiły się głosy o ostatecznej rozgrywce.Osady indiańskie szykowały broń.Zamierzali walczyć do ostatniej krwi.Dosyć mieli władzy narzuconej im przez najeżdżców.Czas wreszcie rozstrzygnąć,do kogo powinna należeć ta ziemia.
Pewien zwiadowca,a zarazem posłaniec z wypowiedzeniem wojny przemierzał właśnie prerię. Z lekkim zdumieniem zobaczył,że na tym pustkowiu jest jakaś chatka.Niewiele się zastanawiając wystrzelił uprzednio przygotowaną płonącą strzałę i galopem odjechał.Tym samym dał sygnał,że wojna się rozpoczęła.
Ogień otulił drewnianą budowlę błyskawicznie.Językami lizał ściany jak cukier.Niedługo doszczętnie je spali.Pochłonie w swych ramionach również to,co znajduje się w środku.Zmieni w popiół także postać obok łóżka.Budynek,który zapłonął płomieniami,należał do Herardo Luciusa, zwanego Pokurczem.
---17---
Benjamin słyszał coś o nadciągajacej wojennej nawałnicy,ale nie wierzył,żeby dosięgła aż tutaj.Był już bardzo blisko domu.Niedługo ujrzy już jego zarysy,a stąd niedaleko do spotkania z opiekunem.Jeszcze kilka chwil i ...
...poczuł zapach spalenizny i dostrzegł na horyzoncie dym unoszący się z chaty.Nakazał koniowi pędzić przez okolicę i z walącym sercem modlił się,aby jak najszybciej tam dotrzeć.Co tam zastanie i dlaczego Herardo nie usiłuje chociaż wydostać się na bezpieczny teren?Jeżeli jeszcze bije mu serce...
Zahamował w odpowiedniej odległości i nie bacząc na trzaskający pożar wpadł jak burza do środka.Rozejrzał się błyskawicznie i zorientował się w sytuacji.Przekraczając ogień,który zaczął obejmować mu stopy,dotarł do Luciusa.Coś ścięło mu krew na ten widok,ale nie było czasu na myślenie i rozpacz.Ryzykując własny żywot uniósł delikatnie bezwładne ciało i starał się opuścić walący się domek.Złośliwy żywioł przeszkadzał mu,jak tylko potrafił.Osmalił mu twarz i próbował dosięgnąć włosów.Odwaga Bena przyniosła jednak na szczęście korzyści i jedynie z lekkimi oparzeniami i smugami na policzkach i czole wyszedł na powietrze.Zajął się Pokurczem,bo to on był teraz najważniejszy.Zresztą z domu i tak już nic nie pozostało...Ułożył go ostrożnie i z troską na trawie i przyjrzał się ranie.Czerwona struga przestała płynąć.Z lodowatą obawą sprawdził,czy jeszcze żyje.
---18---
Dzikość Serca również należał do plemienia,kóre postanowiło ukrócić panoszenie się białych.Sam także przygotowywał się do potyczki.Liczył,że los nie postawi mu na drodze żadnego z jego przyjaciół,ani nie każe im umierać z ręki któregoś ze zbyt zawziętych wojowników.Zawierucha zmiatała wszystko,co napotkała,więc jego obawy były w pełni uzasadnione.Nie obawiał się postawy,jaką przyjmą względem niego,gdyż wiedział,że zasługują oni na miano jego braci.A przynajmniej miał taką nadzieję...

[ Dodano: 2004-09-02, 20:57 ]
Jak się tak ładnie wysyła, to jedziemy dalej...

---19---
Lonely nie obawiał się najazdu.Jeśli będzie musiał,polegnie w tej utarczce.Wolałby uniknąć przelewu krwi,bo za bardzo przypominało mu to zmarłą siostrę.Uważał też,że gubernator nie ma racji.Ale cóż,to nie do niego należy ocenianie postępków władzy.Po prostu będzie się bronił.I tak nikt nie będzie po nim płakał.Sprawdził broń.Była jak zwykle w porządku.Zupełnie,jak wtedy tamta...Jak wtedy,gdy Savage i on...
---20---
Benjamin starał się nie dać opanować lękowi o życie Herarda.Z ulgą wyczuł,że Lucius żyje jeszcze,choć puls był słaby i ledwo wyczuwalny.Zrosił chłodną wodą ze strumienia oblicze przyjaciela.Woda i świeże powietrze otrzeżwiły nieprzytomnego.Odzyskał świadomość i powoli otworzył oczy.Pierwszym,co zobaczył,był Benjamin,prawie płaczący ze szczęścia.
-Myślałem,że cię utraciłem na zawsze...-zdołał tylko wypowiedzieć przez ściśnięte gardło wybawiciel.
-Wróciłeś...Bóg pozwolił mi cię ujrzeć przed śmiercią...-wyszeptał Herardo.
-Nie możesz umrzeć,potrzebuję cię!-dotknął dłonią twarzy leżącego.
-Zawsze będę się tobą opiekował,tam czy tutaj...-szept cichł coraz bardziej.Lucius nie miał więcej sił.
-Musisz odpocząć,a potem znajdziemy nowy dom-ugryzł się w język.Było jednak za póżno.Dostrzegł zdumione i bardzo zmęczone spojrzenie Pokurcza.Musiał już dokończyć.
-Nasz poprzedni dom spłonął.Ale nie martw się,zamieszkamy w innym!-próbował pocieszyć ich obu.
-Ben,proszę...Kiedy umrę,pochowaj mnie obok Malcolma...-doleciała Benjamina cichutka prośba.
-Obiecuję ci to-wydusił na to proszony.
Potem udał się po porcję wody do picia dla opiekuna.Przyniósł ją w jedynym,co ocalało z pożaru-glinianym kubku.Nachylił się nad Herardo i pomógł mu się napić.Ten wypił całość i posłał spojrzenie pełne wdzięczności i miłości swemu wychowankowi.
-Dziękuję...Idż na poszukiwanie nowego miejsca zamieszkania...-ileż wysiłku włożył w wypowiedzenie tego zdania!
-Nie możesz chodzić,zaczekamy,aż wyzdrowiejesz.
-Nie rozumiesz...Zostaw mnie,ja umieram...
-Nigdy,przenigdy!Kocham cię,czy ty tego nie rozumiesz?!-prawie krzyknął.
Z oczu Luciusa popłynęła ledwo dostrzegalna,maleńka łza.Wiedział,że go nie przekona.I nawet się z tego bardzo cieszył.
---21---
Zamazane obrazy nadal maszerowały w głowie Luthera.Oto widzi zdarzenie sprzed parunastu lat.Przechodzi drogą wiodącą przez jakieś zapadłe miasteczko-Lonely nie pamiętał nawet jego nazwy.Obok idzie jego ukochana siostra,Eileen.Nagle zaczepia ich kilku zbirów spod ciemnej gwiazdy,wyrażnie podpitych.On miał wtedy dwadzieścia lat,Eileen piętnaście.Typki rzucają znaczące spojrzenia w kierunku dziewczynki.W pewnej chwili jeden z nich usiłuje przyciagnąć do siebie Eileen i pocałować ją.Brat stara się ją bronić,ale na próżno.Tamci są o wiele silniejsi i odciągają go od niej.Obrywa w twarz.Z rozciętej wargi cieknie strużka krwi.Może tylko patrzeć.Zamyka oczy,nie chcąc widzieć,jak bydlak znęca się nad Eileen. Lecz obcy nigdy nie zdążył uczynić tego,co zamierzał.Pojawia się bowiem kolejny nieznajomy i głosem nie znoszącym sprzeciwu rozkazuje:
-Zostawcie ją!
Herszt bandy nie miał zamiaru zrezygnować i próbował się postawić z nożem w ręku,ale niespodziewana kula przebija mu ubranie,a potem serce.Reszta napastników puszcza wolno rodzeństwo i ucieka w popłochu.Luther ociera zakrwawione oblicze i podchodzi do wybawiciela.Razem z nim zbliża się Eileen.Przez ułamek sekundy oboje spoglądają w głębokie,niebieskie oczy zbawcy.
-Dziękuję-mówi Lonely i wyciąga rękę w geście podziękowania.
Przybysz nie ujmuje jej,lecz rzuca tylko:
-Pilnuj jej.To dziecko-i odchodzi.Luther przytula siostrę i wciąż patrzy na oddalającego się człowieka o niebieskim spojrzeniu.Nigdy go nie zapomni,nawet wtedy,gdy dowie się,że był to Savage,poszukiwany morderca.
Dano im było zetknąć się ponownie.Pewnego dnia Lonely znów ujrzał Malcolma McIntyre.Tym razem to on pomógł bandycie.Jakiś napalony kowboj postanowił,że doprowadzi Savage'a przed oblicze wymiaru sprawiedliwości.Kiedyś napadł go przed saloonem w innym miasteczku.Przez przypadek był tam i Lonely.Widząc,co się dzieje,pośpieszył z pomocą.Obił napastnika,chociaż tamten użył noża i na zawsze oznaczył go podłużną szramą na policzku.Malcolm zaskoczony patrzył na Luthera.Poznał go od razu.Zaczekał,aż tamten podejdzie i zapytał:
-Dlaczego?
-W podzięce za siostrę-odparł Luther.
-Podzięce?Wiesz,kim jestem?
-Wiem-wtedy już wiedział.
-I mimo to mi pomagasz?-McIntyre nie przywykł do wdzięczności.
-Uratowałeś moją siostrę.Chciałbym być twoim przyjacielem-wyrzekł pod impulsem chwili.
-Ja nie mam przyjaciół-usłyszał.To były ostatnie słowa,jakie kiedykolwiek ze sobą zamienili.
Lonely całe życie żałował,że nie było go w Slumville,gdy trzydzieści lat temu przyjechał tu ten, który im pomógł.Być może nie doszłoby do tej tragedii z pastorem?Fakt ten nastapił pięć lat po drugim spotkaniu,ale kowboj wiedział,że zostałby rozpoznany przez Savage'a bez pudła.Może zarówno pastor,jak i Malcolm chodziliby jeszcze po tym świecie?Nie znał historii Sarah,ale zorientował sie,że musiała mieć do czynienia z poszukiwanym.Oczy Duncana były tego niepodważalnym dowodem.Nikt takich nie miał,na całej ziemii.Nikt!

Zapomniałam dodać, że to pisałam już w połowie 2000 roku...I jak mi się zmienił styl, na lepsze, czy na gorsze? :) . A tak swoją drogą, to jak to czytam teraz, to się zadumałam nad postacią Malcolma...Ale mi dramatyczny bohater wyszedł :D .

[ Dodano: 2004-09-05, 18:43 ]
Czy ktos to jeszcze czyta? :) .

---22---
Gubernator był mężczyzną w średnim wieku,o nalanej i nieprzyjemnej twarzy.Poprzysiągł sobie,że wybije wszystkich Indian,co do jednego.Nienawidził tych-jak ich nazywał-odszczepieńców-z całej duszy,mrocznej i czarnej.Stał teraz przy rozłożonej na stole ogromnej mapie i przyglądał się chorągiewkom,którymi oznaczał położenie swoich wojsk.Powiódł wzrokiem po ich rozstawieniu i wydał parę rozkazów.
-Nie wydaje się panu,gubernatorze,-wtrącił jeden z podwładnych-że takie posunięcie narazi generała Johnsona na niebezpieczeństwo wpadnięcia w pułapkę?Przecież przejadą przez wąski kanion,gdzie mogą kryć się Indianie!
-Wyobraż sobie,że wiem o tym!-podniósł głos zirytowany dowódca.-To najkrótsza droga do Jacksonville!Zalecam pośpiech,bo ci dranie w okolicy zbytnio się tam rozpanoszyli.Musimy ich uciszyć!Zresztą Johnson to odważny człowiek,nie przestraszy się garstki czerwonoskórych!Z radością będzie mógł zmniejszyć trochę ich liczebność!
Żołnierz sądził,że generał po prostu nie będzie miał odwagi się przeciwstawić,niż cieszyć się z takiej możliwości,o jakiej wspomniał gubernator.Przemilczał to,bowiem nie zamierzał spędzić nocy w areszcie.
---23---
W międzyczasie Dzikość Serca i jego plemię przygotowywali zasadzkę na nadciągający oddział białych.Wybrali wąski kanion na miejsce bitwy.Wódz ustawiał armię na szczytach skał i przekazywał końcowe polecenia.Łucznicy przyczaili się na skalnych występach,gotowi do strzału.Będą walczyć do końca.Liczba wroga była o wiele większa,ale i oni nie zamierzali tanio sprzedać swojej skóry.Waleczność jego ludu być może nawet przerastała dzielność przeciwnika.Wszakże Indianie bronili swojej ojczyzny!Zaroiło się od wojowników uzbrojonych w przeróżną broń.Pomalowani w wojenne barwy mocno ściskali dzidy i inne narzędzia do walki.Część dzierżyła topory,ostre i ciężkie,mogące rozłupać czaszkę jednym ruchem.Już z daleka usłyszeli nadciągające wojsko generała Johnsona.Szykowała się krwawa rzeż.
---24---
Johnson wcale nie miał ochoty wyprawiać się do Jacksonville.Rozkaz to rozkaz,ale on wolałby wrócić do kochającej żony,niż prowadzić dalej tą bezsensowną wojnę.Musiał usłuchać szaleńczego nakazu,ale w ogóle mu się on nie uśmiechał.Rozejrzał się po okolicy i mimowolnie zadrżał.Nie spodziewał się ataku,ale panująca tu cisza działała na niego deprymująco.Wziął głeboki oddech i dał znak,aby wjeżdżali do kanionu.
Jechali już kilka minut i nic się nie działo.Generał zaczynał wierzyć,że kiedykolwiek jeszcze zobaczy żonę.Lekko się nawet uśmiechnął.
W tej samej chwili w jego uszach rozległ się przerażliwy wrzask,dobiegający ze skał.Sekundę póżniej kilkunastu jego przyjaciół zginęło przeszytych ostrymi pociskami.Widział,jak konają w przedśmiertnych drgawkach.Nie uronił jednak żadnej łzy,gdyż on sam zaraz spadł z konia ze strzałą w piersi.Mundur zaplamił się na purpurowo,a Johnson wychrypiał jeszcze:
-Odwrót...-i zamknął oczy na zawsze.
Jego ludzie wpadli w popłoch,spotęgowany dodatkowo paniką koni.Dno kanionu zaścielały trupy żołnierzy i ich rumaków.Usiłowali uciec,ale na próżno.Niedobitki próbowały ratować się piechotą,ale na nich czekały już zastępy Indian ukrytych w załomach skalnych.Doszło do walki wręcz,gdyż armia generała straciła wszystkie konie.Lud Dzikości Serca ciął bezlitośnie.Sam wojownik walczył w samym sercu bitwy jak bóg wojny.Człowiek,przed którym się pojawił,zaraz ginął rozorany tomahawkiem.Indianim odniósł kilka niegrożnych ran,nie przeszkadzających mu w wymierzaniu sprawiedliwości.Godzinę póżniej jedynym dowodem bitwy były sępy,jedzące poległych.Nikt nie ocalał spod władzy Johnsona.Plemię odniosło miażdżące zwycięstwo.Spośród nich zginęło tylko trzech wojowników.
---25--
Benjamin wykopał ze zgliszcz dowód na podpalenie ich domu-upierzenie indiańskiej strzały.Ściskał ją chwilę w dłoni,jakby ważąc jakąś ważną decyzję. W końcu zdecydował:
-Zbuduję coś,na czym przewiozę cię do najbliższego miasteczka-powiedział do Pokurcza.Ten leżał,przykryty resztkami koca.-Tam znajdę doktora.
Herardo nie przekonywał Bena o bezcelowości takiego postępowania.Czuł,że jego dni są policzone,a do osady ludzkiej było dość daleko.Nie dotrze tam żywy,nawet pod najtroskliwszą opieką przybranego syna.Żadne z nich nie zdawało sobie sprawy,że najbliżej nich leży Slumville.
---26---
Do miasteczka zaczęły docierać wieści o masakrze w kanionie.Hiram jak zwykle drżał o swój bar.Nawet Elmer nie był już taki pewien.Kto ich obroni?Była ich garstka i to nie zaprawionych w bojach.Wytłuką ich jak muchy,jeśli tylko tego zechcą.Pastor odprawiał msze w kościele z błaganiem o pomoc,ale chyba sam wątpił w ich powodzenie.Szczęśliwi posiadacze broni sprawdzali ją codziennie, ale jakby bez przekonania.W zasadzie tylko Luther Lonely nie czuł strachu,ale on zawsze odstawał od ludności Slumville.Nawet nie przyłączył się nigdy do przeklinania Savage'a.Strach coraz bardziej ogarniał mieszkańców miasta.
---27---
Uparty Ben zbudował jednak prowizoryczne nosze i umieścił na nich Luciusa.Przytroczył je potem do swego wierzchowca i razem wyruszyli w poszukiwaniu pomocy,licząc,że nie napotkają więcej Indian.To znaczy liczył Ben,bo Pokurczowi było już wszystko jedno.Czuł już śmierć.Nie zważając na to młodzieniec nakazał koniowi ruszać.Powoli,aby nie zaszkodzić choremu,posuwali się do przodu.Ben wierzył,że zdoła uratować życie Herarda.Był przecież dla niego całym światem.A Pokurczowi teraz już każdej nocy śnił się wołający go chłopiec...
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Wersja forum PDA/GSM

Template NoseBleed v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne

Forum administrowane przez: Grimlock, Nieznany


ebook.najlepsze.net
Darmowe Statystyki cjc!
Katalog stron www
katalog stron
Katalog stron internetowych Sznurkownia.pl