Forum KGB
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
PIEKIELNA EPOPEJA: KRUCJATA
Autor Wiadomość
frazer
Gość
Wysłany: 2004-08-20, 13:23   PIEKIELNA EPOPEJA: KRUCJATA

PROLOG
XXIII w.
Świat uległ wielu zmianom... zmianom po których nie było już powrotu. Był to świat w którym nie było miejsca na litość, łzy, człowieczeństwo czy nawet miłość. Nie było państw, metropolii, miast, czy nawet maleńkich wsi. Wszystko zostało zrujnowane. Zmęczony wojnami i zniszczeniami świat postanowił tym samym odpłacić ludzkości- skończyły się surowce naturalne, a co za tym idzie pozamykano fabryki i kopalnie. W ten sposób ludzie zostali odcięci od żelaza,węgla i paliwa, jak również tworzyw sztucznych które były robione na bazie tychże składników. Ludzkość w ten sposób postanowiła wrócić do środka transportu, który był używany w odległych czasach- koni, a pozostałości żelaza zostawały przetapiane na broń białą, tj. topory czy miecze. Byli również na świecie nieliczni którzy posiadali amunicję tak potrzebną do śmiercionośnej broni palnej. Dlatego też była bardzo cennym łupem, cenniejszym od złota... główną przyczyną konfliktów społecznych.
Wrócono do odprawiania magicznych rytuałów i jednania swoich mocy z siłami zła, gdyż jedynie zło dawało większe szanse na przeżycie w okrutnych warunkach. Z magią wkroczyły do świata ludzi bestie piekielne...
Technologia ludzka mimo katastrofy nadal szła do przodu. Łączono broń białą z bronią palną, a wszelkie tarcze czy pancerze wzmacniano dodatkowo magią, która polepszała im właściwości, np. większa odporność na ogień czy uderzenia.
Ale to nie broń miała główny wpływ na przebieg wojny, tylko ludzie. To od nich zależało i ich waleczności kto wygra batalie. Liczyła się odwaga, męstwo i poświęcenie... i one również były głównym czynnikiem najdłuższej walki jaka dotknęła historię ludzkości. Część ludzi postanowiło stworzyć gang Skatersów, którzy grabili, gwałcili i mordowali tylko po to, by zdobyć cenne surowce. w zwiazku z zapuszczaniem się Skatersów coraz głębiej w siedziby ludzkie, postanowiono zorganiazować krucjatę. Porażka nie wchodziła w grę...

KRUCJATA
"Przeklęty anioł dosiadający ognistego rumaka przeklnie tę krainę, a z zatrutej ziemi wzniosą się bestie i demony".
Byłem młodym adeptem białej magii w klasztorze Mistrza Quov-Taga. Uczyłem się jak żyć w zgodzie z przyrodą. Poznawałem tajniki leczenia (mało który klasztor może pochwalić się tym że potrafi wyleczyć z obstrukcji) i wzmacniania możliwości swojego ciała i umysłu (technika przeczyszczania), jak również sztuki walk wschodu. Po wielu latach poświęceń i trudów potrafiłem zapanować nad sobą i stałem się pełnoprawnym kapłanem tejże szkoły. Jednakże pragnąłem czegoś więcej, chciałem posiąść nieograniczoną moc. Jedynie czarna magia dawała mi takie możliwości, a dokładniej jej odłam- demonologia. Mój Mistrz nie podejrzewał nawet, że jeden z jego uczniów może zajmować się inną magią niż ta, której uczył. A to za sprawą czaru zaćmienia umysłu, którego nauczyłem się przeglądając zakazane pergaminy w bibliotece Quov-Taga. Dzięki mistrzowi nauczyłem się również wzmacniać czary, co pozwoliło mi wielkrotnie zwiększyć siłe destruktywnych zaklęć. Z każdym rzuconym czarem spośród magii demonicznej zbliżałem się do najmroczniejszych czeluści swojego umysłu, pogrążałem się coraz bardziej i bardziej. To łaknienie mocy... Zauważyłem że mój mentor zaczął być podejrzliwy co do mojej osoby. Chyba się domyślał, ale było już za późno. Postanowiłem wypróbować zaklęcie, którego bardzo się obawiałem z dwóch powodów: raz, że mogli mnie wreszcie wykryć i skazać za to na karę śmierci, a dwa, że sam nie byłem pewien skutków tego czaru. Pragnąłem przywołać istotę spoza innego wymiaru. Przygotowałem w tym celu magiczny krąg i kilka runów które były w nim wpisane. Założyłem również na siebie płaszcz, który dawał mi ochronę przed złymi mocami. Odetchnąłem głęboko i rozpocząłem rzucanie zaklęcia. Uformowałem w umyśle kulę, która chwilę później przekształciła się w wir, bramę wymiarową. Poczułem jak moc przepływa przeze mnie... ogromna moc. Zacząłem rysować palcem symbole w powietrzu i jednocześnie wymawiać słowa mocy, które pozwolą mi przywołać istotę do tego wymiaru. Gdy nagle przede mną pojawił się mistrz Quov-Tag z krzykiem "Co ty robisz Myrakosie, jak śmiesz... ?!". Nie zdołałem usłyszeć co powiedział dalej, gdyż z wrót wydobył się przeraźliwy ryk zagłuszający każdy dźwięk. Starzec odwrócił się do wiru i po jego gestach wnioskowałem, że chce zamknąć bramę międzywymiarową. Wtem zauważyłem jak z wiru wydobywa się szponiasta łapa pokryta czerwonymi łuskami. Jedno przyszło mi na myśl: czerwony smok- mityczna bestia, która siała zamęt i zniszczenie, postrach magów, gdyż była całkowicie odporna na wszelaką magię. Nagle łapa ta złapała za głowę mojego mentora i wciągnęła go w otchłań. Stałem jak wryty, nie wiedziałem co robić, podczas gdy behemot zaczął wychodzić... najpierw łapy, potem pysk. Radość przekształciła się w przerażenie. Nie próbując nawet odwrócić zaklęcia wziąłem nogi za pas i zacząłem uciekać jak najdalej od miejsca inkantacji. Biegłem i biegłem, zatrzymałem się dopiero wtedy gdy uznałem, że jestem wystarczająco daleko. Zdobyłem się na odwagę by spojrzeć w stronę klasztoru. To co ujrzałem wywołało u mnie gęsią skórkę. Widziałem jak płonęła cała szkoła magii, a do moich uszu docierały krzyki próbujących się bronić adeptów. Moje serce biło jak szalone. Gdy wszystkie odgłosy umilkły moja dusza nareszcie się uspokoiła. Sielanka nie trwała zbyt długo albowiem na niebie dojrzałem znajomą sylwetkę bestii, którą przywołałem. Zdawała się lecieć w moją stronę. Nie myliłem się, ona rzeczywiście leciała w moim kierunku. Ponownie ogarnęła mnie panika. Rzuciłem pierwszy lepszy czar jaki przyszedł mi do głowy- czar ukrycia, licząc, że nie zauważy mojej obecności. Ze strachu zamknąłem oczy, by na nią nie patrzeć. Poczułem mocny powiew wiatru... smok odleciał. Siedziałem jeszcze w ukryciu przez pół dnia zanim zmęczony ruszyłem w stronę najbliższego miasta by posilić się i poszukać jakiegoś noclegu. Wycieńczony w końcu dotarłem do jakiejś miejscowości. Znalazłem knajpę i tam postanowiłem coś przekąsić. Jadłem kawał suchego mięsa, gdy moje ciało przeszyło dziwne przeczucie jakby miało zaraz wydarzyć się coś strasznego. Runy na mojej pelerynie zaczęły błyszczeć, co oznaczało że zbliża się demon... Z zewnątrz zaczęły dochodzić mnie odgłosy mieszkańców, które jednoznacznie kojarzyły się z krzykami. Bez zastanowienia wyszedłem z baru na podwórze by zobaczyć co się dzieje. Miasto przykrył cień... cień dziwnie znajomy. Spojrzałem w górę i ze zdziwieniem ujrzałem ponownie smoka. Rozwścieczony behemot rzucił się do ataku. Ział ogniem podpalając każdy dom, spichlerz czy stajnie. Ludzie w popłochu zaczęli uciekać. Ci co wybiegali z płonących budynków byli rozrywani na strzępy przez ostre jak brzytwa szpony bestii. To była rzeź. Zacząłem się domyślać co on tutaj robi... przyleciał po mnie, pragnął mojej śmierci... śmierci swojego wyzwoliciela. Wściekłość smoka była spowodowana tym że nie mógł zrobić mi krzywdy, gdyż nadal nosiłem symbole ochrony przed złem. Ucieczka była moim ratunkiem, gdyż nie znalazł się nikt kto by mógł go odesłać tam skąd przybył, bądź też zabić . Tak przemierzałem od jednego miasta do drugiego, a on podążał za mną i palił wszystko na czym postanęła moja noga. Ten smok jest moim przekleństwem, moją zgubą.
No i teraz zawitałem tu. Spożywam ten posiłek z myślą, że za chwile i to miasto zostanie zniszczone...- powiedział smutnym tonem krótkościęty blondyn. A tobie Sargasie jak się wiedzie ?? - kierowując pytanie do osoby skrytej pod płaszczem, popijającej piwo. Na co zakapturzona postać odparła ochrypniętym pijackim głosem -Byłem tam gdzie mnie nie chciano. Wszędzie gdzie się pojawiłem poniżano mnie i bito. W końcu miałem tego dosyć. Postanowiłem wstąpić do armii, gdzie miałem się nauczyć... - niespodziewanie urwał swoje zdanie, gdy sprzątający obok barman przewrócił mu kufel z piwem. Sargas wstał i wyciągnął zza płaszcza broń wyglądającą z początku jak topór jednoręczny. Lecz rękojeść była zarazem lufą strzelby. Po czym szybkim ruchem ręki odciął całe ramię właścicielowi baru. Ochrona lokalu zareagowała natychmiast i ruszyła na pomoc swojemu pracodawcy. Na przeciwko Sargasa stanęło siedmiu nafaszerowanych sterydami mutantów uzbrojonych w siekiery i różnego rodzaju bronie jednosieczne. Dwóch od razu rzuciało się na mężczyzne, a on zwinnymi ruchami unikał kolejnych cięć tępych ostrzy osiłków. Sargas przystąpił do ofensywy i szybkim ruchem pięści powalił jednego z nich na miejscu. Drugiemu wyrwał siekierę z rąk i skierował ją prosto między ślepia mutanta. Zakapturzona postać nie zauważyła jednak trzeciego osobnika, który skradał się tuż za nim. Już się zamachiwał, gdy nagle ogarnęło mutanta ciepło... gorąco, aż w końcu implodował rozrzucając kawałki swojego mięsa po całym lokalu. Sargas dojrzał kątem oka jak Myrakos uśmiecha się w jego kierunku. Jeden ochroniarz korzystając z nieuwagi Sargasa wbił mu w plecy siekierę. Lecz nie wbiła się ona w miękkie ciało tylko w coś metalicznego. Uśmiechnięty mężczyzna zrzucił potargany płaszcz, a oczom gapiów ukazał się wysoki, potężnie umięśniony człowiek. Rzeźbę jego ciała podkreślała czarna jak noc zbroja z herbem Minotaura, która wydawała się ważyć więcej niż jest w stanie udźwignąć zwykły człowiek. Na plecach miał podwieszony dwuręczny miecz runiczny, a przy udach miał topór pneumatyczny i tajemniczy dysk z dziwnymi wzorami wyrytymi na jego powierzchni. Rycerz pochwycił w swoje ręce okrągłe ostrze, gdy uwagę wszystkich obecnych zwróciła błyszcząca narzuta maga- runy świeciły jasnym blaskiem, a twarz Myrakosa przybrała wyraz strachu.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-08-29, 22:25   

No nawet fajnie się zapowiada. Masz dalszą część? Chętnie poczytam :) .
 
 
frazer
Gość
Wysłany: 2004-09-02, 12:33   

PIEKIELNA EPOPEJA: KRUCJATA cz.2/3
Sargas w przeciwieństwie do gapiów, wiedział co się za chwile stanie. Nadciąga smok. Wyszedł z baru by go zobaczyć, gdyż jedynie znał te stworzenia z opowieści, a zwłaszcza nasłyszał się wiele o ich potędze. Przy boku rycerza pojawił się Myrakos i obaj ze zniecierpliwienie m oczekiwali pojawienia się bestii. Na horyzoncie pojawił się jej zarys, który oznaczał niechybny koniec tego miasta. Sargas i mag spojrzeli na siebie wymownie, wiedzieli co musi być zrobione. Trzeba raz na zawsze pozbyć się smoka. Wojownik nie robił tego dla dobra wioski lecz dla samego pragnienia zmierzenia się z czymś tak potężnym. W tym celu musiał zwabić to, by usiadło na lądzie, bądź było jak najbliżej ziemi, gdyż w powietrzu nie miał żadnych szans. Wiedział, że najlepszą przynętą będzie Myrakos z wiadomych mu powodów... jeśli oczywiście opowiedziana przez maga była prawdą. Sargas opowiedział mu o swoim planiee. Smok był już nad miastem, więc demonolog zgodził się bez wahania. Cóż mógł stracić poza życiem. Pragnął skończyć ten koszmar. Wyszedł na środek placu i zaczął nucić zaklęcia ochronne. Otoczyła maga przezroczysta kula. Następnie skierował palec wskazujący w zbliżającego się smoka. Po chwili wystrzeliła z niego ognista kula, która uderzyła w głowę bestii. Nie wyrządził tym jej krzywdy, ale zwrócił na siebie uwagę. Wściekłe, płonące ogniem oczy smoka skierowały się w strone Myrakosa. Leciał ze złością, a z jego pyska wydobyła się struga ognia, która szybko ogarnęła tarczę ochronną maga. W jednej sekundzie zrobiło się gorąco jak w środku gorejącego wulkanu. Gdy ognista burza minęła okazało się, że zaklęcie znakomicie wywiązało się ze swojego zadania. Rzucającemu czar nic się nie stało. Rozzłoszczony smok postanowił rozszarpać Mylagosa swoimi szponami. Oto chodziło Sargasowi !! Bestia leciała tuż nad ziemią, która nie była świadoma zasadzki jaka została na nią przygotowana. Albowiem na jednym z dachów domostw czyhał już wojownik liczący na to, że smok przeleci tuż obok niego. Tak też się stało. Wziął głęboki haust powietrza i skoczył na grzbiet nadlatującego smoka. Chwycił się jak najmocniej potrafił i ruszył w strone szyi lewiatana, gdyż miejsce postawy czaszki, która stykała się z kręgosłupem wydawała się być najsłabszym punktem potwora. Z łatwością unikał niezgrabnych ataków smoka, który wściekle kłapał paszczą. Jednak jedna chwila nieuwagi spowodowała chwilowe zaćmienie wojownika po uderzeniu ogonem którym wymachiwał jak szalony. W końcu dotarł do celu. Sargas wbił ostrze głęboko w miękkie miejsce między szyją a czaszką. Zanurzył je aż do połowy w ciele lewiatana. Bestia zaczęła się rzucać. Z rany tryskała krew tak gorąca, że gdyby nie pancerz rycerza, to napewno przepaliłoby jego skórę i kości. Miecz Sargasa zapłonął na czerwono a smok dostał napadu drgawek, by chwilę później bezwiednie spadać na ziemię, a wraz z nim zmęczony walką uzbrojony wojownik.Smok runął, a Sargas połamał sobie wszystkie żebra przy upadku na szczęście amortyzowanego przez ciało potwora.Szczęśliwy mag podbiegł do niego jak naszybciej, by pogratulać mu zwycięstwa jak również uleczyć jego rany. Gdy w końcu Sargas stanął na równe nogi otoczyła ich zewsząd Gwardia Narodowa z rozkazem do poddania się. Żołnierzy było ponad stu a ich tylko dwóch. Nie zaryzykowali walki i oddali się w ich ręce choć nie znali zarzutów. Skuto im ręce i nogi i przewiązali oczy przepaską by nie mieli pojęcia gdzie idą. Po godzinie wreszcie się zatrzymali i zdjęto im chustki. Mag i wojownik znajdowali się w jakiś katakumbach, wszechobecny był zapach śmierci. Strażnicy otwarli jedną z celi i wprowadzili do niej skazanych. Pólnagiego Sargasa, któremu zabrano cały pancerz wraz z bronią, przypięto do specjalnych magicznych kajdanów podwieszonych wysoko pod sufitem, a nogi jego obciążono "betonowymi skarpetami", które rozciągały ciało wzdłuż. Z kolei Myrakosa przykuto do ściany i zakneblowano by nie mógł powiedzieć ani jednego magicznego słowa, które pomogłoby mu wydostać się z celi. Czekali tylko chwile, gdy pojawiła się postać wyglądająca na naczelnika tego więzienia. Przemówił do nich wysokim szyderczym tonem: "Myrakosie !! Za naruszenie kodeksu o używanie czarnej magii i bezmyślne przywołanie smoka zostajesz skazany na śmierć przez rozerwanie na kawałki. Sargasie !! Za zbrodnię przeciwko narodowi, za śmierć tysięcy ludzi w tym kobiet, dzieci i kilkoro wyższych rangą i statusem społecznym, za ucieczkę z armii, zostajesz skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Wyroki odbędą się jutro, chyba że... chyba że poprzestaniecie na moją propozycję. Jak wiecie mamy konflikt z pewną "grupą" ludzi zwanych Skatersami. Powiedzmy, że zagrażają naszym interesom... otóż wysyłamy bardzo dużą armię złożoną głównie z "ochotników" by raz na zawsze położyć kres tej anarchii i chaosu. Czy chcecie uwolnić nasz świat od tego... wirusa ?? Oczywiście odpowiednio uzbroimy, damy strawę. Czy przystajecie na taką propozycję ??" mówiąc to wyszczerzył zęby jak najbardziej potrafił a nawet bardziej. Twarze zakutych wyrażały bezradność i pogodzenie z losem. Mag jako że nie mógł mówić skinął głową do przodu, a Sargas patrząc na swego towarzysza również się zgodził. Naczelnik ponownie szeroko się uśmiechnął i rozkazał strażnikom uwolnić ich z kajdanów...
Minęło kilka dni. W obozie dał o sobie znać ogromny ruch związany z wyprawą wojenną. Kuto zbroje, miecze i tarcze, ładowano broń i ogromne działa dalekosiężne, pakowana żywność na wozy. Jutro miał być TEN dzień...
Nastał świt. Jak codzień trębacz dął w trąbkę na pobudkę i zbiórkę która ma się odbyć za 10 minut. Żołnierze pospiesznie wychodzili z namiotów przyodziani jedynie w piżamy. Zaspane twarze wyrażały złość z powodu wczesnego obudzenia. Widząc to, porucznik uraczył nas poranną dywagacją na temat naszego bezużytecznego życia. Mógłby przynajmniej nie tupać tak głośno. Zaserwował nam wyciskający ostatnie poty trening. Wolę iść już na tą pieprzoną wojnę niż przeżywać to codziennie rano. I cieszę się, że moje życzenie zostanie w końcu spełnione... spakowani i uzbrojeni wyruszyliśmy...
...dzień pierwszy: nic ciekawego się nie dzieje poza wizytą w dziwnej świątyni i tym, że chyba czymś się zatrułem i zużywam teraz cztery razy więcej papieru niż zwykle...
...dzień drugi: wiadomość dnia !! obstrukcja minęły po dzielnej akcji wojskowego mnicha o imieniu Myrakos... a z tych pozostałych informacji to zwiadowca doniósł, że zbliżamy się... coraz bliżej śmierci, czuję to... czuję dziwną moc, mam złe przeczucia. Dowódca powiedział, że jutro osiągniemy cel misji, że jutro wyswobodzimy świat... ale czy napewno ?? Gdy o tym myślałem, dojrzałem w oddali jak rozbłyskuje struga światła, która poleciała aż do chmur tworząc z nimi jakby wir. Przypomniało mi się, że podobnie wyglądają portale międzywymiarowe, ale szybko odegnałem tą myśl, gdyż jakoś nie wierze w bajki... hmm, a może jednak... coś mówiło mi by się skryć w najbliższych krzakach. I oczekiwałem na zbliżające się wydarzenie. Reszta żołnierzy stanęła w gotowości. Kątem oka dojrzałem dziwną niebieską poświatę. Po bliższym przyjrzeniu zauważyłem dwóch mężczyzn. Jednego ciężkozbrojnego, a drugiego mnicha Mylagosa. Tych dwóch chyba jako jedyni wiedzieli co za chwile się wydarzy. W powietrzu coś wisi, jakby w przeddzień końca świata. Nagle chmury nad nami przybrały kolor posiniaczonego ciała by chwile potem rozerwać się jak otwarta rana. Z nieba spadało tysiące mięsożernych stworzeń. Nastąpił nieprzyjemny dla nas moment. Te stworzenia pożerały żywcem żołnierzy, ale zjadając ich, wsączały do żył silny środek pobudzający. Nie ginęli od utraty krwi, nie umierali w wyniku szoku. Żołnierze biegali, choć mieli obgryzione nogi do kości. Biegali nie przestając krzyczeć. Te... te krity (jak nazwał je jeden z żołnierzy tuż przed śmiercią) rozrywały człowieka od środka. Lecz nagle coś oderwało mój wzrok od tego okropnego widoku... rozbłysk światła... tego samego które otaczało tych dwóch mężczyzn. I w jednej chwili wszystkie Krity wokół padły na ziemię nieruchome po czym zamieniły się w popiół. Byłem zdumiony i szczęśliwy jednocześnie. Koszmar się skończył... "burza" się skończyła, ale nikt nie wiedział kto, jak i dlaczego to się stało. Spojrzałem na pobojowisko, widziałem porozrzucane ciała, ludzkie mięso, ręce, nogi, czasami głowa. Ci którzy przeżyli, a została już tylko połowa tego co było na początku wyprawy, zwracali dzisiejsze śniadanie. Sam nie byłem lepszy. Ożygałem sobie buty, co gwarantowało mi towarzystwo nieprzyjemnego zapachu, choć nie zostało już wiele drogi, więc może wytrzymam... Nasz dowódca, który stracił podczas straszliwej burzy ręke, powiedział, że jutro z samego rana zaatakujemy obóz. Po tej wypowiedzi dało się u niektórych żołnierzy zauważyć uśmiech na twarzy. Pewnie cieszyli się, że zginą w walce, jak prawdziwi wojownicy, a nie tak jak ich kumple, którzy cierpieli niemiłosierne bóle...
...dzień trzeci: dzień i noc minęły tak szybko, jakby czas chciał by TO stało się jak najszybciej, jakby śmierć chciała zebrać swoje krwawe żniwo, jakby Św. Mikołajowi kończyły się prezenty...
...cicha pobudka... kolega mnie szturchnął, wstałem szybko, bo nie spałem. Niektórzy żołnierze dostawali po mordzie, gdy niechcieli wstawać "po dobroci". Poranna zbiórka i mowa dowódcy uświadomiły nas, że nie wrócimy cało z tej bitwy... że nie wrócimy wogóle... Szybko wyruszyliśmy, mieliśmy się tylko opatrzyć po "burzy" i uzbroić się na ile będziemy w stanie udźwignąć. Po paru godzinach dotarliśmy do wzniesienia, a tam czekaliśmy już tylko na znak generała Sargasa (szybko doszedł to tego tytułu, gdy większość przywódców zginęła w czasie ataku Kritów). W tym samym czasie zbrojono działa Berty.
 
 
hibou 
Pierwszak



Dołączyła: 11 Lip 2004
Posty: 53
Skąd: *****
Wysłany: 2004-09-03, 02:12   

Frazer, sam pomysł jest ok, ale jednak to nie wszystko... Do czytania zniechęca ilość błędów, głównie stylistycznych. Czasami aż trudno zrozumieć o co chodzi. Odnoszę wrażenie, że piszesz "na szybko" - może spróbuj przeczytać to co napisałeś po kilku dniach, na spokojnie - wtedy łatwiej dostrzec takie rzeczy.

Pozdrawiam
hibou
 
 
frazer
Gość
Wysłany: 2004-09-03, 12:21   

Masz rację hibou :) Piszę na szybko, gdyż nie mam czasu. Nauka mnie goni. W końcu to wrzesień i czeka mnie jeszcze egzamin. A nie lubię zostawiać projektów niedokończonych, więc z reguły dokańczam je bardzo szybko. Z tymi błędami stylistycznymi to sam wiem że robię. Staram się je poprawiać ale coś mi nie wychodzi :/ Nie jestem polonistą tylko elektronikiem :P Języka polskiego nie dotykałem od ponad roku :) Ale przynajmniej nie boję się zamieszczać swojej twórczości tylko pokazuję ją światu 8)
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Wersja forum PDA/GSM

Template NoseBleed v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne

Forum administrowane przez: Grimlock, Nieznany


Forum Książki - zapraszamy!