Forum KGB
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Jakieś coś + nowe!
Autor Wiadomość
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2009-06-22, 12:37   

indianer napisał/a:
nie wiem co zgrzyta.
Indi bo nic nie zgrzyta :) jestes genialna :) żartowałem , jest troche , ale to dyskusyjne , zazwyczaj dobrzy autorzy , pewnego typu ( lubie takich ) nieco naginają poprawnośc , lub robia pewne błedy , są one jednak czescia ich stylu , nawet robione nieswiadomie , cos mowią.

Ja na nich pokrzykuje :) żebys wiedziala ze jestem z Toba i nie czuła sie zmuszona poprawiac czego kolwiek :) nie znaczy ze nie nie słuchaj calkiem co gadają :)

- Piszesz bardziej gładko , ale tylko dla tego ze bardziej wierzysz że warto i nie walisz na skróty jak czołg , mnie sie podobało i to na skruty ale dla ogółu było mniej zrozumiałe .

sa rózne drobiażczki mówi sie 'weszło w krew' nie do krwi to idiom , ale czy to bład? Do krwi łamie konwencje drobną , wzmacnia efekt, lekki kix przykuwa uwage czytelnika , sygnalizuje napiecie emocjonalne .

-Ja wole 'do' nenek zapewne 'w' ja preferuje orginalnosc i tresc , on forme .

-Dla mnie drobne błedy potwierdzaja autentyzm , naturalnosc i sa na plus :)

-inne są podobnej wagi .......


przytkam sie troche :) bo sie nenek zaląkł :) ostatnio jestem w złym humorze i gryze :)


A jego uwagi sa niezbedne :) żebym nie musiał sam wyszukiwac :) wole jezdzic po wyszukiwaczach :)
_________________
hmmmm..? :(
 
 
 
tygryska 
Towarzysz


Wiek: 57
Dołączyła: 14 Cze 2009
Posty: 774
Skąd: Inna Firma
Wysłany: 2009-06-22, 14:33   

ok to napisze gdzie mi zgrzyta (podkreslam ze to tylko moje wrazenia)
indianer napisał/a:
Może trochę naiwny i zbyt wyidealizowany, ale uroczy i mądry.


ktos jest wyidealizowany? nie chce mi sie sprawdzac ale chyba chodzilo indianer o to ze chlopak zbyt mocno idalizuje swiat i ludzi (z sensu mi wyszlo ;) ) wiec slowo chyba nie jest odpowiednie

indianer napisał/a:
drzwi to zrywam się na łóżko i rozpoczynam modlitwę.

zrywam sie z lozka chyba...? hm.. moglo chodzic o to ze sie zrywa i kleczy na lozku ale... zgrzyta

dwie rzeczy z pierwszej czesci ostatniego opowiadania
i nadal twierdze ze mi sie podoba :)

pajk - nie obrazam sie latwo - a migreny miewam i jak mam to uprzedzam i wtedy... no lepiej mnie omijac i miec duzo wyrozumialosci
_________________
kot też człowiek tylko ma rozum, futerko i jest... mądrzejszy...

Nowalijka roku 2009
 
 
 
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2009-06-22, 18:30   

tygryska napisał/a:
wiec slowo chyba nie jest odpowiednie


Hm to ciekawe moim zdaniem masz racje czesciowo.
A indi pewnie ci ja przyzna . A ja mysle ze podswiadomie jednoczesnie myslala o samej kreacji postaci , anie tylko o jej spojzeniu . I poprawienie zubozy tekst :)

tygryska napisał/a:
kleczy na lozku ale... zgrzyta
chyba o to chodzi --- trza by dobudowac ze dwa zdania :) a jej pilno to skraca :)

---sam jestem ciekaw czy widze czego niema :) jakby nie było ja tych zgrzytow w takiej ilosci nie licze na minus , raczej dodaja uroku spontanicznosci .


No indi powiedz jak jest? :)
_________________
hmmmm..? :(
 
 
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2009-06-25, 19:43   

Dobrze byłoby zniknąć. Nadal myślę o ucieczce… gdziekolwiek.
Szlag trafił moje postanowienia. Klnę, cholera jasna, od kilku minut. Po roku czystej i bezwzględnej abstynencji! Kurczę, no! Przynajmniej postaram się przestać, ale jak już zaczynam to z przesadą. I mamy przecudowny przykład: Behemot dziwaczeje, ja się gdzieś wybieram, a Antosia pewnie krew zalewa. Ale co z tego! Mamy przecież taką cudowną pogodę! Pada, wieje, któryś tydzień z rzędu, tak… i mogłoby wcale nie przestać. Oho. Jeszcze zacznę śpiewać. Jakąś godzinę temu dowiedziałam się, że miłość mego nędznego życia się ożeniła. Opisując moje uczucia – czuję się wybornie i tryskam optymizmem, tak! Jestem napalona, i tak dalej. I żałosna, ale to swoją drogą. Mamunia kupiła mi kurtkę przeciwdeszczową. To miło z jej strony! Bo Agatka nie zmoknie. Pomysł z tymi kurtkami jest paskudnie nienormalny. Ja ubóstwiam deszcz, i tak zwaną „brzydką” pogodę. Co z tego, co z tego, że może przed chwilą powiedziałam, że jej wcale nie lubię. Co z tego.
Dobra, kończę te wywody. Ale mam cudną piżamkę! Niech to! Już wpół do siódmej! A ja muszę króliki nakarmić! I co z moją Nevadą?
- Żegnaj Behemocie. Jadę w mgliste góry.
- To świetnie! Wspaniale! WYŚMIENICIE! – widziałam zawód w jego oczach, jednak wtedy mnie to ucieszyło. – Tak więc, żegnam. Co do Antosia… To ja nie wiem, co ty chcesz z nim zrobić, ale zostaje tutaj.
- Nie obchodzi mnie Antoś. – powiedziałam. Szkoda, że nie wiedziałam o tym, że chłopiec stoi tuż obok mnie. Wyszłam, myśląc o spakowaniu swoich rzeczy.
Z jednej strony to zachowuję się jak suka. Przepraszam państwa bardzo, ale żadne inne słowo nie przychodzi mi do głowy. Ale już się tłumaczę. Wszystko przez imiona! Imiona nadają ludziom charakter! Na przykład moje imię – Agata, oznacza dobrą osobę, choć udaje ona, że jest surowa i chłodna. No i mówię różne rzeczy… Ale gdyby Piotruś tego nie lubił, to mogłabym to zmienić. Ech.
Jak ja lubię się pakować! Naprawdę! Rzadko, nawet bardzo rzadko zmieniam ubrania, ale samo pakowanie się bardzo lubię.
Po godzinie wyrzuciłam połowę rzeczy z torby, bo było mi trudno ją unieść.

Gdy wychodziłam znów odrzuciłam część rzeczy i wyszło na to, że wzięłam tylko termosik.

22 czerwca 2009
Gdy moja niezbyt inteligentna osoba tłukła się autostopem, Michał – przyjaciel rodziny szykował ucztę (tak, kolejną) na cześć Pana Behemota, zacnego kota i jego towarzysza Antoniego. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że Antosia już dawno gdzieś „wcięło”. Czarny kot o przenikliwym spojrzeniu zdawał się niczego nie zauważać. Od kilku dni pił razem z Alicją z sąsiedztwa przeróżne alkohole i to te najdroższe, oczywiście. To, że Alicja poznała kota było rzeczą oczywistą. I chyba domyślacie się dlaczego. Można byłoby snuć dalej opowiastkę o nieszczęśliwej miłości wspaniałego kota Behemota do małej, opuszczonej dziewczynki, która swoją przyszłość widziała tylko z Antonim Mikołajewiczem. Więc biedny kot począł pisać grafomańskie bzdety o podtekście czysto (albo nie do końca) erotycznym. Seanse filmowe i filmy takie jak: „The Libertine” źle działały na kota bez butów. Alicja była, jest i będzie głupia. Ale my, oczywiście, nie widzimy w tym nic złego! No, bo… była blondynką. Tak, bagizm to rzecz święta. Przepraszam cię, Johnie Lennonie, ale nie znam żadnej mądrej blondynki.
Tymczasem Antoś śnił, że robaki, które wydawały mu się nosić nazwę liszai zalęgły mu się w brzuchu. Biedny chłopiec zabłądził na cygańskim rynku. Myślał nad kupnem jakichś czosnków, czy czegoś tam na ząbek. Był wielce zasmucony i nie mógł znaleźć sobie miejsca. W końcu Agatę coś zaślepiło albo jakaś tam woda uderzyła jej do głowy. Agata to nie Homer, nie może sobie pozwalać na stare wody sodowe. No i gdyby Piotruś lubił gołąbki, to Antoniemu byłoby łatwiej się w tym wszystkim połapać. A tymczasem – flaki z olejem, nic nie rozumiem i zamknij się. Po godzinie chłopak znalazł się na Jasnej Górze, sam nie wiedział jak, ale liczył na to, że spotka kogoś fajnego. Tak, FAJNEGO! Nie do wiary!
- Zapomniałaaaaam nakręcić czaaaaaaaas i zapomniałam rozpocząąąąąć nowyyyy dzieeeeń, nanana! - patrząc na to z perspektywy czasu, nie uważam, żeby moje postępowanie było mądre. Ale Damian robił sobie złudne nadzieje. Swoją drogą, to nie mam zielonego pojęcia, co on mógł robić w Gdańsku. Ale wszyscy lubimy Damiana, który nie zdał, niestety, do następnej klasy.
- Zamknij się, idiotko! Nie widzisz, że poluję na dzika?! – wrzasnął. Nie spodobało mu się widocznie moje śpiewanie. A on na dziki polował zawsze. No i to była jego ulubiona odpowiedź.
- O, cześć Damianku. Dawno się nie widzieliśmy. To już, trzy dni? – uśmiechnęłam się. Tak naprawdę byłam wyczerpana i obmyślałam raczej, co by tu zjeść.
- Czy ty musisz zdrabniać KAŻDE IMIĘ?! – wydarł się i gdzieś zniknął. Bardzo, ale to bardzo tajemnicze zjawisko! Ostatnio wszyscy znikają!
„Czy „Give Peace a Chance” ma jeszcze sens?”

23 czerwca 2009
Moja podróż dopiero się rozpoczęła i czułam się jak ryba w wodzie. Jestem Superpodróżnikiem! Chciałam sobie nawet zmienić nazwisko, ale jakoś mi się odechciało. Mamusia i tatuś robią gołąbki! A mnie nie będzie na obiedzie, bo muszę się pomodlić za zmarłych żołnierzy. Ciekawe, co u Piotrusia. Kupiłam sobie przed chwilą czerwony notes. I zapisuję sobie różne wierszyki. Pasowałoby skończyć tą wszechobecną ironię. Ale zdrabnianie, wygłupianie i śmianie się, zwłaszcza wtedy, gdy czuję się naprawdę okropnie bardzo mi się spodobało. A słowa, takie jak: cudownie, wspaniale, i tak dalej brzmią tak fałszywie, że aż łza kręci się w oku!
Dwudziestego trzeciego czerwca dwa tysiące dziewiątego roku Behemot postanowił kupić sobie błękitny prochowiec. To nie ma nic wspólnego z piosenką, która czasem leci w radiu. To po prostu instynkt! Bo mądrzejemy z dnia na dzień! Na przykład wczoraj nie roześmiałabym się z motywu z żywopłotem. (Piotruś nie zachowuje się inteligentnie po wypiciu kilku piw, ale żeby to wszystko tak po prostu OLAĆ!? Zabawne.)
Gdy Ala siedziała w swoim pokoju trzymając glany na stole i podjadając chipsy, zadzwonił telefon. Ta z kolei, miała obsesje na punkcie Czarusia. No, bo… Piotruś, Czaruś, co to za różnica, psiakrew.
- Słuuuucham? – przedłużyła słowo, myśląc, że brzmi to zabawnie i „w ogóle”. – Co się stało, panie Michale?
- Pan Tadeusz się powiesił! – wydyszał, płacząc do słuchawki. – Dzisiaj rano! Podobno wyszedł po chleb, ale… ale… Ale znaleźli go w Alei Róż! Na drzewie, wyobrażasz sobie? NA DRZEWIE! Tragedia… Naprawdę, wielka tragedia! – mówił załamanym głosem, po chwili dodał: - Aha, przekaż Agacie, że w Penelopę trafił piorun.
- Naprawdę bardzo mi przykro, Pan Tadeusz był naprawdę bardzo… eee… rezolutnym mężczyzną! – mówiła słodkim tonem. – A ta, Penelopa, to kto? – otarła łezkę jednym palcem, tak naprawdę nieistniejącą, ale uznała, że będzie to świetnie wyglądać.
- No, jak to kto? Królik! – krzyknął i szybko się rozłączył. Znów nadchodziła burza i linie telefoniczne szalały.
- Jak to… królik?! ONA MIAŁA BIAŁE KRÓLIKI! O MÓJ BOŻE! – rozpłakała się żałośnie i rzuciła się na wielki staromodny dywan. Jej płacz rozbrzmiewał po całej kamienicy i był coraz głośniejszy. Dopiero wieczorem zapadła cisza. – To wszystko nie ma sensu! – w pokoju dziewiętnastym mieszkała typowa dorastająca dziewczyna twierdząca, że nic nie ma sensu. Popsuła nam legendę!
Wieści szybko się rozchodzą, więc już wieczorem dowiedziałam się o katastrofie. Oglądałam wtedy występ klaunów i uczyłam się sztuczek znikania. I wtedy pan Wilk przekazał mi tę smutną wiadomość. Pan Tadeusz, Pan Tadeusz! Miał dopiero trzydzieści siedem lat! Życie jest takie niesprawiedliwe! Bardzo serdecznie podziękowałam panu Wilkowi i udałam się w stronę morza. Pan Wilk jest bratem Pana Tadeusza i wędruje po całym świecie. W ciągu kilku dni mojej podróży spotkaliśmy się już dwa razy. Najbardziej zdenerwował mnie fakt, że muszę wracać na drugi koniec Polski, żeby być na pogrzebie. Usiadłam na molo i wpatrywałam się w morze. Dopłynęła do mnie fala nienawiści. W końcu, bo już byłam zbyt wesoła. Trzeba zrobić coś z Czarusiem - Piotrusiem i przeprosić Antosia.
I tak źle, i tak niedobrze! Odkąd Małgorzata kupuje soczki z Hortexu wszystko wali się po całej linii. Trzeba wszystko wytłumaczyć Alicji i Behemotowi. Bo jak Damian się otruje, to będzie tylko i wyłącznie moja wina! I NIE KLNĘ, CHOLERA JASNA!

24 czerwca 2009
Mój wygląd załamuje mnie coraz bardziej. Półpasiec, co prawda, uschnął, ale nadal boli. Nie jadłam już od dwóch dni, ale to dobrze, bo wtopię się w tłum. Będę kolejną niejedzącą nastolatką ze wsi. Och, cudownie. Ta burza jest okropna, nie ma co, musiało się coś popsuć, bo trwa już kilka dni. Albo Pan Bóg się pokłócił z aniołami, ale lepiej z nikim nie zadzierać, bo mi się jeszcze oberwie piorunem. Przepraszam, Penelopo. Przepraszam. Kupię ci białą trumnę, wszystko będzie dobrze. Tylko dojadę na Jasną Górę i odsapnę, bo te prywatki są już męczące.
W autostopie spotkałam Rojka. Miał na sobie grecką szatę i bardzo tłuste włosy. Tłuściejsze od moich, ale ja mam uczulenie, więc mnie się nie czepiajcie. Gadał z panią Filomeną o lekarstwach, które leczą kaca. O, dziwo pani Filomena wykazała się naprawdę dużą wiedzą wymieniając kilkanaście nazw i dokładnie opisując wygląd i smak każdej tabletki. Dziwaczka. W dodatku miała koralik Karolci.
- Cześć, Rojek! Co to za przedstawienie? Wybierasz się gdzieś, hę? – spytałam nucąc w głowie piosenkę pana P. – Jedziesz na pogrzeb? Zabrali mi prawo jazdy!
- Co? Jakie prawo jazdy? – zapytał, po czym wyciągnął z kieszeni krem na zmarszczki i zaczął smarować nim swoje nogi.
- Jak byłam w Moskwie to spotkałam takiego faceta, co wyrabiał prawo jazdy na taczkę! I mi odwaliło i też sobie takie „prawko” zrobiłam. Ale jestem fajna, nie ma co!
- Wcale mnie twoje żarty nie śmieszą, ale chciałbym pokazać ci mój nowy sposób śmiania się – mwhahaha! I co, fajny? – zaśmiał się bardzo pseudo-mrocznie i wcale nieciekawie w dodatku miał strasznie piskliwy głos i lamentował, jeśli się go nie upomniało.
- Ehe. – mruknęłam. – Jedziesz na pogrzeb?
- Nie. – odparł. Dziwne, że nie był pijany. Nie było mnie kilka dni, a tu tyle zmian!
- A gdzie?
- Muszę jechać do Meksyku, bo mi panienka uciekła. Nic nie wiesz? Pan Wilk nic ci nie powiedział? – zdziwiłam się i powiedziałam, że nie wiem o co mu chodzi. W końcu wytłumaczył mi, że po ślubie Michała poznał (na koncercie) Annę, która zwiała mu (to już czternasta w tym roku), tym razem do Meksyku. Obejrzałam się i zobaczyłam, że stoi za mną Iza! Tak, to ta, z którą kupowałam lody na gałki. Nie przywitam się! I schowałam się za Rojkiem, rozprawiając z nim na temat kremu. Iza mnie nie zobaczyła, ale to dobrze, bo śmiałaby się, gdyby się okazało, że lubię Damiana.
Trudno powiedzieć, co w tej chwili robili Antoni i Alicja. W tym dniu trudno było dowiedzieć się cokolwiek na ich temat. Nawet wszystkowiedzący pan Wilk nie miał zielonego pojęcia, gdzie mogą się znajdować. Zabrałam się za lekturę i zaczęłam czytać trzynasty tom „Pana Tadeusza”.
Behemot po zniknięciu ukochanej zaszył się w śpiworze, w dosłownym słowa znaczeniu. Nie wypił od tamtej chwili, ani kropli alkoholu, nic nie napisał, nic nie powiedział. Leżał tylko na wznak myśląc o Antonim i wyczuwając w nim wroga, który tylko udaje małego chłopca. Po dwudziestu godzinach bezruchu wstał i napisał wiersz, który brzmiał tak:
„Maska wyruszyła na poszukiwania kwiatu paproci.
I tylko kości nam zostały spróchniałe od łez.
Na pociesznie mamy kawałek burzy i wiecznie otwarty sklep.
Zmiażdżyła mnie sekunda, gdy siedziałem na zegarze.
Herbata zaspała i tylko psy jedzą wciąż swe futro.

Podaruję Ci moje złudzenia, co z tego, że będzie Ci przykro.
Przekroję dla Ciebie masę ludzi na sto milionów cząstek,
Nie odnajdziemy już protonów i elektronów.

Horyzont spłonął, zaprzepaszczony w minucie ciszy,
Dla żołnierzyków
Za sto dwadzieścia lat niewoli.”


Uznał ten, lekko grafomański wiersz za przełom w swojej karierze. I obiecał sobie, że już nigdy nie spłodzi, ani jednego, chociażby malutkiego kotka. Tak naprawdę, jakkolwiek to okazywaliśmy to wszyscy czekaliśmy na wojnę. Zmęczyły nas kłamstwa i poplątana wyobraźnia. Może to atut, może nie. Zbyt duża wyobraźnia zawsze powoduje kłopoty. Więc zabijmy, włączając radio. Radio zdecydowanie ją zabije. Nie ma bata, jejeje.
- Wychowaliśmy się z Bowiem, a teraz opychamy się tandetą. Litości, na szczęście David o niczym nie wie, tylko nam przyszło gnić w rzeczywistości. Że też zawód prawnika wydawał mi się wtedy lepszy. A tam… Jeszcze trzecia wojna i jesteśmy w domu, co nie, Jerry? – po kilkunastu latach rozłąki Michał znów zaczął rozmawiać z myszami. Ludzie jednak się zmieniają.

25 czerwca 2009
- (…) I jeśli powiem, że „śmierć nie rozdziela ludzi, tylko brak miłości”, to czy Zofio uwierzysz mi w te nieprawdopodobne słowa? Powinniśmy pokochać śmierć! Ludzie, kochajmy śmierć! Pan Tadeusz popełnił samobójstwo w dniu twoich, Zofio, urodzin. Nie pomyślałaś, że to prezent dla ciebie? Ciesz się więc z tego prezentu. A on, niech spoczywa w pokoju wiecznym. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen. – proboszcz właśnie skończył prawić swoje kiczowate przemówienie. Kościelny wraz z pomocnikami zakopali biednego Tadka w ziemi.
Nie mogłam dłużej czekać, wzięłam więc z domu żółwia, za którym strasznie się stęskniłam i zamówiłam taksówkę. Pieniążki też mi się przydały. Jadę na poszukiwania Antosia, przeproszę go. Inaczej wszystko szlag trafi, urosnę i zdziczeję. Muszę się opamiętać.
Popołudniu, w restauracji zobaczyłam Piotra ze swoją żoną. Wcinałam sobie spaghetti, które tak naprawdę mi nie smakowało, ale fajne są takie kluchy. Podsłuchiwanie to jedyna rzecz, w której jestem mistrzem. Kłócili się! Tak! To znaczy… przykro mi. Pff, nie muszę udawać przed samą sobą, że nie cieszy mnie czyjeś nieszczęście. No, bez przesady. Ale to nieszczęście wyjątkowo poprawiło mi humor.
- To ty nie rozumiesz! – wrzasnęła kobieta o wściekle czerwonych włosach. Mogła sobie wymyśleć oryginalniejszy tekst, jak można w takiej ważnej chwili rzucać takimi tandetami. I to w niego. Żałosna. Już jej nie lubię. Zaoszczędzę czas i pomyślę o Antonim, hm… może sobie załatwić detektywa? Roześmiałam się w myśli. Nudne już są te ucieczki. Góra tydzień byliśmy w komplecie, ale cóż. Można się przyzwyczaić. O, odeszła! Siedzi sam! Sam! Może się przysiądę…, ale tak z obiadem? Kurczę, nie zabiorę się… Zaczęłam szukać w kieszeniach portfelu, żeby zapłacić za spaghetti i zobaczyłam, że Piotruś stoi przede mną i trzyma gołąbki na talerzu! TAK, GOŁĄBKI!
- Mogę się dosiąść? – zapytał bardzo przyzwoicie, aż mi się żal zrobiło, że się pyta. I to mnie.
- A co jeśli powiem, że nie? – ale za mnie cwaniara, nie ma co. Piotrek zdawał się odchodzić od mojego stolika. – Ej, czekaj! Żartowałam! – krzyknęłam za nim i grubas siedzący przy stoliku obok uśmiechnął się do mnie z pełną gębą. Nie odwzajemniłam uśmiechu i spojrzałam, jak to Damian zwykł patrzeć na Paulinę. A Piotruś patrzył na mnie swoimi smutnymi oczkami. Biedactwo.
- Nie lubię siedzieć sam. – szepnął i zabrał się za jedzenie gołąbków. Jadł obrzydliwie, więc pojawił się dylemat. Gdzie patrzeć? Jak przede mną siedzi słodki Piotruś, który je jak, za przeproszeniem, świnia, obok tłusty grubas, a dalej jakieś różowe baby, które wróciły z solarium. Wybrałam spaghetti.
- Problemy z żoną? – próbowałam zagadać, ale ten spojrzał na mnie z obrzydzeniem, więc uśmiechnęłam się tylko uprzejmie. – Hm. Masz ochotę na frytki?
- Nie. – chrząknął. – Skąd takie pytanie? Tutaj chyba nie sprzedają frytek.
- Pff, tak pytam. Nie można? – nie lubię go. Myślałam, że ma chociaż „moje” poczucie humoru. Nie odpowiedział mi. Co za koleś! Ja już wolę Rojka Robrojka. – Spieszysz się?
- Właśnie! Jestem Piotrek, a Ty Agata! To znaczy, ja chciałem powiedzieć, że… jestem Piotrek. – zaplątał się w swoich słowach.
- A skąd wiesz, że jestem Agata?
- Masz bransoletkę z wyszytym na niej imieniem. – mrugnął do mnie! Zbereźny! Jak mógł!
- Ale tak naprawdę mam na imię… eee… Penelopa. Wiem, że dziwnie. – to już kolejny, który będzie mówił na mnie dziwacznie. – Ale mów mi Lena.
- Tak więc, Lena, lubisz ser? Tfu! Miałem na myśli gołąbki! – on jest idiotyczny.
- Nie wiem, ale uwielbiam cię za motyw z żywopłotem. Aha, powiedz Alicji, że Czaruś nie żyje. Bo ona się okłamuje, a przecież już dawno dorosłeś… khem, khem… mam nadzieję. – wciąż bawiłam się moimi kluchami. – Mogę jednego gołąbka? – bez słowa przełożył jednego gołąbka ze swojego talerza na moje nieszczęsne spaghetti.
- Tak, może to nie to samo, co zrobił David z Ziggym. Ale Czarusia już nie ma, teraz… już nawet chipsy nie smakują tak samo. Reklama była urocza. – mówił, mlaskając wciąż jedzeniem. Dam głowę, że się przygotowywał, chociaż może to wyglądać na spontaniczny tekst.
- Rozumiem. Ja muszę się zbierać. Do zobaczenia. – zapłaciłam kelnerowi i skrytykowałam jedzenie, mówiąc, że koniecznie muszą zwolnić kucharza. Przytaknął mi od niechcenia i podziękował za napiwek.
- Hej! A numer telefonu?! – to był naprawdę koszmarny widok. Piotrek siedział z rozdziawionymi ustami wypełnionymi jedzeniem, w dodatku miał wytrzeszczone oczy i wielkie zmarszczki na czole.
- Do zobaczenia. – pomachałam mu uśmiechając się z satysfakcją. Phi, w dodatku nabrał się na Lenę. Jedną sprawę mamy z głowy. A numer zostawiłam mu na stoliku, ale nie mój, Alicji. Ja sobie znajdę lepszego faceta. Takiego, co nie mlaska. Gdy siedziałam już w taksówce rozbeczałam się jak dziecko. Bo mój wymarzony i niepowtarzalny mężczyzna okazał się mlaskającą świnią. Bez Behemota głupieję.
Kotek, dosłownie kilka minut temu dowiedział się, że Alicja urządza rytuały obok ciała zmarłej Penelopy. Okazało się też, że nie ma z nią Mikołajewicza. Behemotowi pozostało tylko jedno; ubrał prochowiec i wyskoczył przed okno swojego małego zamku. Czas rozwiązać zagadkę.

26 czerwca 2009
Próbowałam zabić mrówkę. To byłby drugi raz, bo tylko raz w życiu zabiłam muchę. Ale nie udało mi się, więc pewnie będzie próbowała się na mnie zemścić. Już czuję ukłucia i zaczyna mnie swędzieć skóra. Jednak jestem tak samo skonstruowana, jak cała masa. A zawsze liczyłam na to, że ja to będę ja, że Agata będzie inna, niż wszyscy. Albo chociaż moje, jeszcze nieistniejące, trzecie imię wykaże się jakimś indywidualizmem. Nie oszukujmy się, bo realizm już za bardzo mną przesiąkł. Jestem wypruta z optymizmu. Nie powiem, że jestem pesymistką, bo to nie fair wobec Johna. Zawsze czuję się zobowiązana wobec garści tych osób, w których się zasłuchuję. To wszystko jest marnością, więc mam świadomość, że może niedługo znudzi mi się to wszystko i będę nienormalnie normalna. Ciągle mam w sobie chęć bycia dziwnym człowiekiem, ale nie mogę zawieść rodziców. I nikogo innego, nigdy.
Mój pokój zamienił się w dom dla robali, a dlatego, że jestem ustępliwą osobą, to już tam nie zaglądam. Dzwoniła do mnie Małgorzata, mówiła, że Michał zachorował po tym soku. Ja wiedziałam! Przepraszała i podziękowała za troskę. Obiecała, że mnie odwiedzi (już to widzę) już niedługo. Wcale nie zależy mi na jej odwiedzinach, kiedy mam w namiocie wspaniałych towarzyszy. Poważnie, przyprowadził się do mnie murzyn o imieniu Bambo i będzie płacił połowę namiotowego czynszu, buhaha. Odwiedza mnie też Beata, pochodzenia bułgarskiego. Nie mam pojęcia po jakiemu ten murzyn gada, ale ciągle mówi: „Jecze!”, co oznacza, że chce usłyszeć wiersz o murzynku Bambo, co w Afryce mieszkał…
Zaczęłam się trochę martwić o Michała, bo z następną śmiercią nie dałabym sobie rady, ale mam nadzieję, że to niegroźna choroba. Już prawie nic jem i wystarcza mi samo świeże powietrze. W Bieszczadach dużo pada, ale wszyscy się przyzwyczaili. Podobno Beatę ściga policja, ale coś mi się wydaje, że zmyśla.
Aha, znalazłam jajka i Bambo uczy mnie utrzymywać je na głowie. Mogłabym się teraz naprawdę szczerze uśmiechnąć, ale brakuje mi dziecinnego głosu Antosia i wichrzenia jego włosów. Tymczasem ja zarosłam, bo włosy sięgają mi już do pasa, zmizerniałam, zbladłam okropnie i oczy, które są ciemnobrązowe bardzo kontrastują z całością. Przez półpaśca na plecach przeginam się na jedną stronę, a chrypię tak strasznie, że wolę się nie odzywać.

Boję się, że Antoś odkryje dziurę ozonową i moją tajemnicę szlag trafi.

____________________________________________

Coraz bardziej poplątane.
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
Nieznany 
Rektor
(czyt.: sprzątaczka)


Wiek: 44
Dołączył: 09 Lis 2006
Posty: 10506
Skąd: wiesz?
Wysłany: 2009-06-25, 20:30   

Coraz bardziej poplątane ale nie mniej Twoje. :) Bardzo dobre!

Cytat:
Ciekawe, co u Piotrusia. Kupiłam sobie przed chwilą czerwony notes. I zapisuję sobie różne wierszyki. Pasowałoby skończyć tą wszechobecną ironię. Ale zdrabnianie, wygłupianie i śmianie się, zwłaszcza wtedy, gdy czuję się naprawdę okropnie bardzo mi się spodobało. A słowa, takie jak: cudownie, wspaniale, i tak dalej brzmią tak fałszywie, że aż łza kręci się w oku!
Mam mylne wrażenie, że pierwowzorem Piotrusia był pajk. 8) Ta zbieżność imion jest doprawdy zabawna. : :lol:

I nawet Lena tu wystąpiła, choć wyłącznie w postaci imitacji imienia. :mrgreen: Jeżeli pojawi się jakiś Tomek, to chyba zacznę się bać dalej czytać. :hehe:

Indi, czyta się to może chwilami niełatwo, bo nawprowadzałaś bohaterów i plączesz akcję jakbyś chciała pobić węzeł gordyjski w kwestii pomieszania z poplątaniem, ale nadal i coraz bardziej mi się to podoba!! :)
_________________
"Masz styl i masz klasę, zostań moim przydupasem".
Stephen King "Ręka mistrza"

 
  Zaproszone osoby: 1
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2009-06-25, 20:37   

Cytat:
Mam mylne wrażenie, że pierwowzorem Piotrusia był pajk. Ta zbieżność imion jest doprawdy zabawna. :

NIE! Ja, kurczę, nie wiedziałam, że pajk to Piotr. Nie powiem o kogo chodziło, bo będziecie się śmiać.

Cytat:
I nawet Lena tu wystąpiła, choć wyłącznie w postaci imitacji imienia.

:lol:

Cytat:
Jeżeli pojawi się jakiś Tomek, to chyba zacznę się bać dalej czytać.

Jak na razie żadnego Tomka raczej nie będzie. Niestety.

Cytat:
Indi, czyta się to może chwilami niełatwo, bo nawprowadzałaś bohaterów i plączesz akcję jakbyś chciała pobić węzeł gordyjski, ale nadal i coraz bardziej mi się to podoba!!

No, trudno. Może teraz zacznie się coś rozwiązywać, ale rzeczywiście trochę się w tym wszystkim zaplątałam. Chociaż jest kilka bohaterów: Behemot, Agata, Alicja, Michał Gżegżułka, Małgorzata, Antoś i Rojek. I gościnnie murzynek, Beata, Piotrek..., dobra, nieważne.
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
Lena 
Przyjaciel forum
Panna Nikt


Wiek: 33
Dołączyła: 06 Lut 2007
Posty: 2581
Skąd: z magicznego ogrodu
Wysłany: 2009-06-25, 20:41   

Te postacie, które powprowadzałaś kojarzę z innych książek.
Faktycznie poplątałaś akcję, ale mnie się podoba. Coraz bardziej lubię Twoje teksty prozą.
Już nie mogę doczekać się powrotu Behemota i Antosia. Lubię te postacie.
_________________
Gdybym miał niebios wyszywaną szatę
Z nici złotego i srebrnego światła,[...]
Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,
Lecz biedny jestem: me skarby - w marzeniach,
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy;
Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach.

W.B.Yeats
 
 
 
Nieznany 
Rektor
(czyt.: sprzątaczka)


Wiek: 44
Dołączył: 09 Lis 2006
Posty: 10506
Skąd: wiesz?
Wysłany: 2009-06-25, 20:58   

indianer napisał/a:
NIE! Ja, kurczę, nie wiedziałam, że pajk to Piotr. Nie powiem o kogo chodziło, bo będziecie się śmiać.
Jasne, przecież wiem. :) A nie był to czasem Piotruś Pan :?: :)

indianer napisał/a:
Jak na razie żadnego Tomka raczej nie będzie. Niestety.
Mam się cieszyć czy martwić? ;) Jest OK. :)

indianer napisał/a:
No, trudno. Może teraz zacznie się coś rozwiązywać, ale rzeczywiście trochę się w tym wszystkim zaplątałam. Chociaż jest kilka bohaterów: Behemot, Agata, Alicja, Michał Gżegżułka, Małgorzata, Antoś i Rojek. I gościnnie murzynek, Beata, Piotrek..., dobra, nieważne.
Skoro jeszcze potrafisz wymienić wszystkich swoich bohaterów, to nie jest źle. :mrgreen:
_________________
"Masz styl i masz klasę, zostań moim przydupasem".
Stephen King "Ręka mistrza"

 
  Zaproszone osoby: 1
 
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2009-06-25, 21:47   

fajnie ze sie ludziom zaczyna podobc :) - ja to i tak wiedomo .. :)
_________________
hmmmm..? :(
 
 
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2009-06-25, 22:00   

Cytat:
Jasne, przecież wiem. A nie był to czasem Piotruś Pan

Piotruś Pan byłby dobry i nawet dobrze, jak ktoś tak myśli, ale nie o niego chodzi ;) Podpowiem, że to piosenkarz. I NIE jest wokalistą zespołu Feel. :roll:

Cytat:
Mam się cieszyć czy martwić? Jest OK.

No, wiesz... ale mogłoby Ci być przykro, że nie będzie Tomasza żadnego... chyba, że jakiś nie wiem... Tomcio Paluch, ale nie wiem czy by Ci opowiadało. :)

Cytat:
Te postacie, które powprowadzałaś kojarzę z innych książek.

Część osób zgapiłam z innych książek, ale większość jest raczej wymyślona. Np. Antoś, Agata i Michał.

I dziękuję, oczywiście, za wszystkie komentarze ;)
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
Nieznany 
Rektor
(czyt.: sprzątaczka)


Wiek: 44
Dołączył: 09 Lis 2006
Posty: 10506
Skąd: wiesz?
Wysłany: 2009-06-25, 22:14   

indianer napisał/a:
Podpowiem, że to piosenkarz. I NIE jest wokalistą zespołu Feel.
No wiesz, Twój Piotruś Pan mógłby być zły, to kwestia wyboru a Ty jako Autorka taki wybór masz i możesz go dokonać. Możesz wstawić złego Piotrusia Pana spadającego znienacka z powietrza na swe ofiary (przecież umiał latać) i dobrego Kapitana Haka, emerytowanego marynarza, który stracił dłoń w służbie swej Królowej...

:)

indianer napisał/a:
I NIE jest wokalistą zespołu Feel.
Piosenkarzy - Piotrusiów jest multum (począwszy od Petera Gabriela a nie skończywszy na Piotrze Cugowskim), więc nawet nie będę szukał. :P

indianer napisał/a:
No, wiesz... ale mogłoby Ci być przykro, że nie będzie Tomasza żadnego... chyba, że jakiś nie wiem... Tomcio Paluch, ale nie wiem czy by Ci opowiadało. :)
Daj spokój, to oczywiście żart jest, pisz co zamiarowałaś pisać!! :) Niczego na siłę nie wciskaj i niczego nie wywalaj - bądż sobą a będzie dobrze, Indi. :ok:
_________________
"Masz styl i masz klasę, zostań moim przydupasem".
Stephen King "Ręka mistrza"

 
  Zaproszone osoby: 1
 
burli 
Przyjaciel forum


Wiek: 31
Dołączyła: 20 Gru 2008
Posty: 1514
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-06-27, 18:39   

przeczytałam i poproszę o więcej! miejscami trochę gówniarskie a miejscami tak dobre, że szczęka opada - moja opinia. i kiedy czytam mam czasem wrażenie, że jestem na to za głupia. i zastanawiam się co ma sens w tym opowiadaniu i mam nadzieję, że może okażę się na końcu :mysli: jakby nie było poproszę o więcej :mrgreen:

[ Dodano: 2009-07-05, 18:44 ]
no i co ? czekam i czekam ......... :cry:
_________________

 
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2009-07-21, 10:09   

Od kilku godzin siedzę sama w namiocie. Beata zwiała gdzieś, bo podobno cały czas ściga ją policja. Dziwna sprawa. Co do Bambo, to powiedział coś co brzmiało, jak: „Low ja” i poczłapał na bosych stopach za Beatą. Teraz przynajmniej umiem różne sztuczki z jajkami.
Około północy siedząc przy gasnącym ognisku spotkałam Behemota. To zabawne, jak często spotykamy się w podróży. Miał na sobie błękitny prochowiec i zachowywał się jak Monk z serialu. Ja nie mogę, wszystkim już odbija od tej telewizji. Przez to mam smaczka na Nicholsona.
- Kogo widzą moje oczy, ho – ho… - zadrwił siadając obok mnie. – Nie sądziłem, że spotkamy się jeszcze w tym stuleciu. Jak widać oddziedziczyłaś po mnie instynkt wędrowcy.
- Nie mam ochoty na żarty. – nic dziwnego, bo „Wszyscy mnie opuszczają! Jestem taka samotna!”, i tak dalej.
- Widzę humorek nie dopisuje. Co tutaj robisz? Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś odpowiedzialna za zaginięcie Antosia. Tak potraktować biednego chłopca. Nieładnie, oj, nieładnie. – jak widać Behemotowi przyjemność sprawiało dołowanie mnie.
- Jest ode mnie tylko dwa lata młodszy! – wrzasnęłam.
- Ale to jeszcze dziecko i ty dobrze o tym wiesz. Ty z kolei zrobiłaś się pyskata i coś cię opętało. I przestań stosować się do swoich głupich i wymyślnych ideologii, bo szkodzisz, i sobie, i Mikołajewiczowi. – mówił powoli ze stoickim spokojem.
- Odkąd to, tak bardzo polubiłeś Antosia, co?! Wszyscy wiedzą o co ci chodzi. Nie myśl sobie, że jesteś taki przebiegły! – prychnęłam na niego. Behemot wstał i zrobił kilka kroków do przodu. Nagle coś kazało mi go złapać z chęcią przytulenia go i powiedzenia kilku czułych słów. Nie spodziewałam się, że mnie podrapie i wyrwie się.
- Sukinsyn! – krzyknęłam, ale odpowiedziało mi tylko leśne echo. Weszłam do namiotu i próbowałam zasnąć. Jeszcze nigdy żaden kot mnie tak nie upokorzył.

27 czerwca 2009
Wszystko zdawało się zanikać, uciszać, ginąć. Wszystko z wyjątkiem wiecznego niekontrolowanego chaosu w mojej głowie. Po co wymyśliłam sobie lepszy świat, skoro tak bardzo mnie boli? Już lepsze były te bajki o Wyrwidębie. Ale wszystko widzę w ten sposób, po roku, w którym dałam się pożreć rzeczywistości. To nie powinno mieć miejsca, bo wiem, że za co najwyżej rok wszyscy się o tym dowiedzą. Ale lepsze to, niż nic. Może nie powinnam stosować ogłupiaczy, żeby nie powtórzyła się historia z Piotrkiem? Bo w końcu, gdzieś pomiędzy tym wszystkim zgubiło się moje Ja. Pomiędzy śmiechem, a pogardą. Mniej więcej. Więc teraz mogę być jedynie kilkoma zbyt wyostrzonymi cząstkami samej siebie. W ostateczności można nazwać mnie Agatą. Ale ta też może się kiedyś rozsypać.
Swoją drogą to życie może być naprawdę bardzo ciekawe. Na przykład może się okazać, że Piotrek jest grafomanem i paradoksalnie wielkim idiotą. Właściwie to wszystko już wiadomo (ale i tak liczę na to, że to nieprawda) i powinnam się pogodzić ze świadomością, iż ostatnia nadzieja się powiesiła. W ostateczności mały spacer do pana Tadka. Chociaż tom trzynasty mnie zniechęcił, ale jeśli niektórzy tak lubią to powinnam przestać i raz na zawsze dać sobie spokój. Za dwa miesiące wracam do rzeczywistości, więc jeśli braknie mi czasu zostanę pozbawiona jakiejkolwiek szansy na cokolwiek. Przebiegną po mnie słonie, jak kiedyś, i nie będzie za wesoło. Ale bycie w centrum uwagi nie jest faktem istotnym. Zawsze mogłabym się zaplątać będąc na najwyższym stopniu ogłupienia rzeczywistością. Wtedy upadek mógłby mnie zabić. A teraz jestem tylko wyprutym z optymizmu człowiekiem, który mieszka w namiocie. Tylko tyle. Gorzej, jeśli okazałoby się, że śnię. Wtedy może jakiś kot postawiłby mi jakieś piwo, którego bym i tak nie wypiła z przyczyn czysto estetycznych. Zawsze stosuję się bardziej do ideologii, niż do chęci. Przez to działam machinalnie i odkrywam mniej, dużo mniej niż przeciętny odkrywca pozbawiony rozumu. Tak więc każda trująca roślina działa na mnie kojąco. Martwi mnie tylko dzwonek do drzwi i przyszłość. Ale beze mnie przyszłości nie będzie i nie mogę się już wycofać, bo za bardzo dałam się uzależnić. Co innego, jeśli byłoby to za pięć, to znaczy cztery lata. Ale teraz zostało mi tylko odnalezienie Antosia, cokolwiek sobie o mnie myśli. I pogodzenie się z faktem, że nie jestem sama, i że Piotrek do końca życia będzie mówił na mnie Lena. Choć to mało istotne, to martwi mnie, że dałam się omamić filozoficznym gadkom, i że mój najprawdziwszy przyjaciel, którego niebawem poznam, dużo na tym ucierpi. Właściwie, cokolwiek się z nim dzieje, ale możliwe, że mnie obserwuje i może nawet mnie bardzo lubi i pomaga mi, to zawsze był mi najbliższy i zawsze do niego wracałam, choć przeszkód zawsze było dużo. Kiedyś były robaki, dzisiaj są słonie. Księża nadal się rozpędzają, a na podwórkach panuje herezja. A ja, pomijając to, że gram osobę zbyt wyidealizowaną przez siebie samą, to wciąż jestem za młoda i brakuje mi kogoś, kto pokaże mi jak.
Mimo to, że ciągle uprawiam sztukę, mianowicie – gram ciągle jakieś życiowe role. To jestem naprawdę kiepską aktorką i nie mam wyczucia kunsztu. Gram inaczej, niż wszyscy, zbyt rozmyślając nad tekstem. Może niepotrzebnie, ale rola z byle jakim tekstem, to prawie jak Behemot bez futra. Dlatego stanęłam w miejscu, bo wystraszyłam się, że popełnię jakiś błąd. Przywykłam do dziwnych odruchów, obgryzam paznokcie i nie zachowuję się tak, jak być powinno. Szczerze mówiąc to już dawno olałam rodziców. Dokładnie to nie obchodzi mnie, co sobie o mnie myślą. Mogli mnie przecież podmienić w szpitalu albo coś.
Zaczęłam zauważać zbyt dużo podobieństw i wszystkie postacie zaczęły zlewać się z tłem. Dlatego zaczęłam mylić Davida z Johnnym. Możecie mnie podejrzewać o wtórną głupotę. A ja się uśmiechnę, bo mimo wszystko lubię sobie rozprostować zęby. Jakkolwiek dziwacznie to brzmi.
I nie ma czegoś takiego, jak dziwne, które równa się złe. A szuflady powinny być zawsze puste. Zmieniamy się specjalnie, niespecjalnie. Czy kogoś to obchodzi? Gdyby chociaż jakaś burza, deszcz, powódź, jakaś rozrywka… a tu nic. Dziękuję Panie Tadeuszu (nie znoszę tego imienia od godziny dwunastej) za wysłuchanie mnie. Dodam jeszcze, że strach przed przyjacielem, którego się opuściło, i to niesłusznie, jest gorszy od wszystkiego, co wydaje się wam straszne.

28 czerwca 2009
Antoni znajdował się przy kościele. Spędzał tam już kolejny dzień. To okropne, że żaden „dobry” człowiek, który udawał się na msze (podobno świętą) nie pomyślał o tym, aby mu pomóc. Chłopiec chciał tylko, aby wszystko się uspokoiło. Żeby Agata nie dręczyła go kotami w butach, ani żadnymi psychodelicznymi stworami. Miał dość niedomówień i złamanych obietnic. „Ona jest głupia, tylko się zgrywa. Zawsze tak myślałem”. Często zdarza się, że ktoś próbuje udawać mądrego. Niektórym się to udaje.
- Apokalipsa! – krzyknął rozgniewany Behemot. – Co za… - próbował się uspokoić. Widok Antosia leżącego obok świątyni wydawał się być gorszym z każdą minutą, a nawet sekundą. Przez chwilę stał bez ruchu tępo wpatrzony w swojego… przyjaciela? Kim był Antoś dla mojego kota? Tak często spotykam się przecież z udawaniem uczuć. Ba, sama udaję i to nawet zbyt często. Przepraszam. Behemot zaczął powoli zbliżać się do chłopca. W głowie kołatały mu różne myśli, tak bardzo chciał wiedzieć dlaczego, jak, po co… Teraz dopiero zdał sobie sprawę, że ocenianie osób po wieku jest bardzo wielkim błędem. – Antosiu… - szepnął cichutko – Co, na Boga, cholera jasna, na Boga, co się stało?! – szeptał zdenerwowany.
Po trzydziestu minutach znaleźli się obok plebani. Behemotowi ciężko było się porozumieć z chłopakiem. Najgorsze było to, że nic, a nic nie chciał mówić. Bąknął czasem coś, ale nie było to wystarczająco zrozumiałe.
- Powiedz, tylko powiedz.
- Bo… - zaczął piskliwie – Ja się boję ludzi… Ja… Ja… Ja nie chcę, bo… wytłumacz mnie Agacie. Bo… ja już nie wrócę. – zakończył zdecydowanie, jednak nadal drżącym głosem. Widać było panikę w jego oczach.
- Rozumiem. – powiedział jakby w zwolnionym tempie i zostawił po sobie kłębiący się niebieski dym. Może widocznie zrozumiał dziecinne zamiary Antosia. Domyślił się, że poszukuje, że potrzebuje samotności. Dopatrzył się podobnych zamiarów w Agacie. Zdziwiło go jednak, że chłopiec postanowił uciec do Boga, a Agata… w sen?
Miałam przecież doskonale opanowane świadome śnienie i wszystko, co związane z snem. Potrafiłam sobie wyśnić cokolwiek chciałam i prowadzić do tego własną historię. Nie znam dnia, w którym nie rozprawiałabym o tym, co mogłoby wydarzyć się danej nocy, gdy będę miała już zamknięte oczy. Sen był ucieczką od rzeczywistości i to na nim się skupiałam. Bo czy siedem godzin w szkole, obiad i jakaś książka zadowoli człowieka przez marne siedemdziesiąt lat życia? Nie wspominając już o tym, że kiedyś tam trzeba pójść do pracy, płacić rachunki i poznawać durnych facetów, szukać męża, a potem rodzić dzieci, które okażą się rozpieszczonymi bachorami.
A w snach… mogłam latać, zwiedzać Francję (wystarczyło tylko, że przed snem przejrzę przewodnik), rozmawiać z jakimś pisarzem, który nie zawsze okazywał się durny i ogólnie… to mogłam nawet kąpać się z Kleopatrą w mleku, a to przybliża chyba wam możliwości śnienia.
Chociaż śpiwory zawsze muszą być wilgotne od deszczu, a szczypawki chodzą po ziemi… „I nikomu nie potrzebna dziś cywilizacja, no bo każdy przecież jest… na wakacjach, na wakacjach”. Jednak zostały mi w głowie harcerskie piosenki. Mama ma zawsze rację.
Ja wcale nie tęsknię za Antosiem…


_______________

Właśnie wróciłam z wakacji, będę nadrabiać.

Aha, jeszcze chciałabym wiedzieć, w których momentach jest "gówniarskie"?
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2009-07-21, 20:44   

indianer napisał/a:
Aha, jeszcze chciałabym wiedzieć, w których momentach jest "gówniarskie"?
_________________
w żadnych !!!

:) Burli jest bardziej dziecinna mimo figlów z delfinkiem :)

Wielu pisarzy twierdzi że jakby konserwuja w sobie 'dziecko' bo to jest świerzośc spojżenia sama !!! I broń boze zwalczac tego nie należy !!




indianer napisał/a:
A ja się uśmiechnę, bo mimo wszystko lubię sobie rozprostować zęby. Jakkolwiek dziwacznie to brzmi.


jakby nie brzmaiało warto czytac chodźby dla takich 'rozprostowanych zębów ' :) :)

Jedno co moge powiedziec ze to nie co :) jak ulyses Jojce'a :) jest w tym masa kapitalnych kawałków i ja zawsze bede czytał co napiszesz .

Dla szerszego odbioru dobrze by bylo jakos spiąć, ten , prawie 'strumien swiadomosci' :) nadac , ogólną wymowe , akcje, ciągłość , przesłanie.......

Nie wszystko jednoczesnie , chociaz jedno, chociaz troche . Albo wyeksponować , warstwe ironiczno-prześmiewczą ( bo jest taka :) delikatna, ale wredna i celna :) ) , albo przypiąc mocniej do jakichs realiów???

W takich kawałkach jest zupełnie ok ale gdyby ś napisała tego ze 100 stron , człowiek sie zagubi zupełnie bez jakiejs kreski na podłodze ......

Mozna by na przyklad wprowadzic jakśc ciągłosc fabularną , fabułke , nawet cienką ,nieciekawą i nie wazną , nie istotną dla całosci , własnie jak linia na podłodze w szpitalach , czy strałki w Ikei które pozwalaja sie nie zgubić .

To taki przykad tylko :) Chcesz krtytyki to pisze :) , ale , po mojemu szukasz i sama znajdziesz, jakis 'spinacz' do tego.

---a takie jak jest , czyta MI się z duzą radochą pukico . :)
_________________
hmmmm..? :(
 
 
 
Nieznany 
Rektor
(czyt.: sprzątaczka)


Wiek: 44
Dołączył: 09 Lis 2006
Posty: 10506
Skąd: wiesz?
Wysłany: 2009-07-21, 21:54   

Zgadzam się z pajkiem, warto czytać Twoje teksty również dla takich perełek, jak to rozprostowanie zębów. A mnie najbardziej spasowało to:
Cytat:
Często zdarza się, że ktoś próbuje udawać mądrego. Niektórym się to udaje.


Brawo. :) Czekam na ciąg dalszy. :)
_________________
"Masz styl i masz klasę, zostań moim przydupasem".
Stephen King "Ręka mistrza"

 
  Zaproszone osoby: 1
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2009-07-21, 22:40   

Cytat:
Mozna by na przyklad wprowadzic jakśc ciągłosc fabularną , fabułke , nawet cienką ,nieciekawą i nie wazną , nie istotną dla całosci , własnie jak linia na podłodze w szpitalach , czy strałki w Ikei które pozwalaja sie nie zgubić .

To w sumie jest taki pamiętnik, no ale to, że Antoś jest tam gdzieś, a Behemot wędruje to chyba też jest jakaś akcja? No i do tego będzie jakieś zakończenie. No i chyba taka fabuła się zrobi. Chociaż będzie trochę nudno, ale lepiej nie przesadzać z nadmiarem informacji i bohaterów, bo się za bardzo pogubię.

A Wy tak oceniacie, że... jak na mój wiek, czy tak ogólnie?
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2009-07-21, 22:57   

indianer napisał/a:
A Wy tak oceniacie, że... jak na mój wiek, czy tak ogólnie?


Na jakii wiek kobieto ??? !!!!!!!!!! ja dalej mam trudnosci z uwierzeniem w twój wiek :)

--znacy wierze niby , ale musze sie chamowac zeby cie nie zacząć podrywac :) piszesz dokonale jak na dorosłą osobe
_________________
hmmmm..? :(
Ostatnio zmieniony przez pajk 2009-07-21, 22:59, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Nieznany 
Rektor
(czyt.: sprzątaczka)


Wiek: 44
Dołączył: 09 Lis 2006
Posty: 10506
Skąd: wiesz?
Wysłany: 2009-07-21, 22:58   

Oceniamy ogólnie. :) Gdybyśmy nie znali Twojego wieku, to oceniali byśmy te teksty podobnie. :) Nie wiek ma znaczenie a talent a tego towaru masz pod dostatkiem. :)
_________________
"Masz styl i masz klasę, zostań moim przydupasem".
Stephen King "Ręka mistrza"

 
  Zaproszone osoby: 1
 
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2009-07-21, 23:04   

Wiek moze sie ujawnia własnie w tym , niecałosciowym widzeniu , obserwujesz swiat , jego fragmenty , wyciągasz orginalne wnioski , ale jeszcze nie masz swojego wlasnego pewnego zdania co jest co ,co jakie powinno byc, dopiero uczysz sie swiata i jestes ostrozna w ferowaniu ogólnych wtroków . Opisujesz poznawanie , w pewnym sensie .
Dlatego nie mam tego za wade , to przyjdzie z czasem . mozna byc bardzo inteligentnymi , genialnym obserwatorem , ale do wizji calosci potrzebna jest jakas suma powtazalnych doswiadczen


az musze 'rozprostować zęby ' jak słysze twoje wątpliwosci co do wieku :)
_________________
hmmmm..? :(
 
 
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2009-08-03, 21:51   

Nowe. Skończone. Krótkie.

__________________________________________

„Na swojej skroni twoje stopy noszę
Jako niewolnik pełne kwiatów kosze...
Ugięty klęczę i powstać się boję!

Na czole stopy twoje obnażone
Dzierżę jak żywych klejnotów koronę,
Bo na twych stopach chodzi szczęście moje!”

Leopold Staff

Moje rodzime miasto powoli zasypiało, choć pora nie była jeszcze późna. Zegar wskazywał dopiero dwudziestą, ale gdy przychodzi do nas samotność bywamy senni. Słychać było smętne szczekanie psów i delikatne podmuchy wiatru. Czasami jacyś ludzie przechodzili koło mojego domu, choć możliwe było, że to mojego sąsiada chcieli odwiedzić.
A moim sąsiadem był cmentarz, zapełniony niewinnymi ludźmi. Cóż, żaden z nich nie był dobry i zapewne nie trafił do nieba. Ale czy można oskarżać o cokolwiek głupiego i bezmyślnego człowieka? Niebo nad moim domem każdego wieczora przybierało szare barwy, w każdym zakamarku widać było inny odcień. Bóg eksperymentuje.
Strudzony wędrowiec stał na skrawku lasu. Zgarbił się i włożył ręce do kieszeni. Obserwował nadejście nocy. Las znajdował się całkiem niedaleko mojego domu, wiesz, ja wszędzie miałem blisko. Chłód podnosił się w postaci gęstej, szarej mgły. No cóż, wędrowiec nie miał wyboru, choć miasto na które spoglądał wyglądało dość przyjemnie. Wszędzie domy, sklepy, stacje i… żadnych samochodów. Zrobił mały krok do przodu i nagle cofnął się. Och, Eufracie… zapomniałbym o tobie – powiedział i sięgnął po swój plecak; był niewielki w kolorze khaki, całkiem zwyczajny. Wędrowiec przez kilka chwil zastanawiał się nad tym, dlaczego nie wyruszył w podróż samochodem, nie musiałby męczyć się w tych lasach i polach… Idąc, zaczął wyśpiewywać w myślach krótkie piosenki z lat sześćdziesiątych.
Dokąd by się tu wprosić? Ech, znów mamy problem.

*

Rozalia siedziała przy kominku próbując skupić się na modlitwie. Nic z tego, nie mogła tak po prostu oddać się rozmowie z Panem Bogiem, myśli miała przepełnione przyziemnymi kłopotami, z których nikomu nie potrafiła się zwierzyć. Była nieśmiała i skryta; odrobinę mnie przerażała. Zawsze miała długą czarną do kostek spódnicę i za duży rozciągnięty golf, w którym chowała część swojej twarzy. Włosy nosiła związane w kok, były ciemnoszare, choć można było dopatrzyć się brązowych odcieni. Była brzydka, nie myła się i miała najlepsze oceny w szkole. O, przepraszam… była druga w kolejności najlepszych uczniów. Zawsze była tą drugą.
Uczyłem tą siedemnastolatkę oraz jej rówieśników, geografii. Z zawodu byłem nauczycielem i mieszkałem sam. Zdecydowałem się opowiedzieć wam o wędrowcu, bo od kilku lat staram się wydać jakąkolwiek powieść. Pisanie jest bardzo trudne, uwierzcie, choć bardzo przyjemne.
Rozalia patrzyła na ojca, który pogrążony w modlitwie patrzył na święty obraz, szepcąc pod nosem. Bardzo się zestarzał w ciągu tego roku. Zapuścił siwą brodę i prawie całkiem wyłysiał. Tylko jego spojrzenie pozostało tak samo mądre jak zawsze. Matka zachorowała miesiąc temu. Prawdę mówiąc to w ogóle się nie dziwię. Całe miasto było tak biedne, zarobaczone i żałosne, że śmierć przychodziła średnio dziennie do co piątego mieszkańca. Na szczęście pozostała jeszcze babka, robiła zioła, ale i tak każdy obawiał się najgorszego.
Nagle ktoś zastukał do drzwi, a dziewczyna podskoczyła na fotelu, upuszczając różaniec na podłogę.
- Przyszła po mamę! – zawołała rozpaczliwie. Ojciec spojrzał na nią spod wielkich okularów. – Ojcze, nie otwieraj!
- Że też nikt nie ma odwagi tego zakończyć! – wrzasnął i stojąc przy drzwiach przyłożył jedno ucho do drzwi, po czym powiedział:
- Nie czuć zimna, a zimno śmierci podobno paraliżuje – pogłaskał się po brodzie i spojrzał na Rozalię. – Kto tam?
- Szukam noclegu!
- Tu?! Zaraza, proszę pana! Niech pan stąd ucieka, czym prędzej! – krzyknął do gościa stojącego za drzwiami. Wiadomo, obawiał się, że to śmierć w postaci posłańca, który zimnym dotykiem odbierał życie zarażonym osobom.
- Nie dziś, nie dziś. Niech pan otworzy!
- Niech szuka pan dalej! Tu… tu nie… nie… - głos zaczął mu drżeć – nie, proszę stąd iść!
- Ojcze! – krzyknęła Rozalia z sąsiedniego pokoju. – Możesz otworzyć! To zwykły wędrowiec! – spoglądała na niego przez okno uśmiechając się i jednocześnie pokazując swoje żółte, krzywe zęby.
Maksymilian rzeczywiście otworzył drzwi. Bał się aż tak mocno, że puls zaczął mu bić w kilkunastu miejscach na ciele. Na szczęście miał przy sobie małą, uszykowaną już dużo wcześniej siekierkę. Tradycja starego miasta kazała otwierać drzwi osobom, które o to prosiły, kazała też chodzić do kościoła, a spotkania na plebanii były tak oczywiste, że chodziły tam nawet dzieci. Maksymilian jednak nie otworzył drzwi z tego powodu.
- Dzień dobry – ukłonił się wędrowiec – Przepraszam za kłopot.
- Nie szkodzi – zająknął się – Nie szkodzi.
- To…
Urwał.
- GIŃ! PRZEPADNIJ! – wykrzyknął Maks, po czym wyjmując małą siekierę zamachnął się na wędrowca. Poczuł, jak krew z jego rany roztrysnęła na ścianę. Nagle z ciemnego kąta, tuż obok drzwi wyłoniła się czarna postać. Rozalia zamarła, a Maksymilian ledwo trzymał się na nogach.
- Co to… do cholery, co to ma być?! Staropolska gościnność! Z siekierą! – dobiegł głos z ciemności.
Dziewczyna zapaliła światło. Nagle przed ich oczami pojawiło się mnóstwo krwi, jak gdyby ta czerwona ciecz chciała zamazać cały obraz. Przed nimi stał wędrowiec z torbą na plecach. Nic mu się nie stało; uśmiechał się. Siekiera na zarazę? – rozweselił się nagle. Wyglądał normalnie, jak zwykły człowiek.
- Kim jesteście?
- Antoni…, nie. Michał. Eee – zaplątał się mężczyzna. – Emil, tak Emil. Nazywam się Emil.
Zapadła cisza. Rozalia siedziała na schodach i wpatrywała się ze strachem na ścianę zalaną krwią. Natomiast jej ojciec stał bez ruchu z siekierą w dłoni.
- Szukam noclegu. – przypomniał wędrowiec.
- Niech p-pójdzie p-p-pan na górę. D-drzwi p-po lewej. – z trudem powiedział, słowa nie chciały wydobyć mu się z krtani. Spojrzał na krew. Najpierw uznał, że mu się przewidziało. Spojrzał drugi raz i trzeci, i czwarty…, i dziesiąty. Zemdlał.
- Ojcze! – zaszlochała dziewczyna. – Ojcze! – wiedziała co zrobić. Postanowiła wezwać na pomoc przybysza, który właśnie zatrzasnął za sobą drzwi. Gdy tylko „Emil” pojawił się na schodach, Maksymilian dostał ataku padaczki. „O mój Boże” – westchnął zdenerwowany mężczyzna i pochylił się nad ojcem Rozalii. Dotknął jego twarzy swoimi bladymi dłońmi, po czym zaczął delikatnie pocierać jego ręce. Drgawki powoli mijały, a po kilku chwilach uspokoiły się już całkiem.
„Cudotwórca” – pomyślała Rozalia.
Ojciec z trudem wstał i oparł się o małą szafkę stojącą tuż obok schodów. Westchnął ciężko i spojrzał na ścianę. Krew nie zniknęła. Zrobiło mu się ciemno przed oczami.
- W porządku? – powiedział od niechcenia wędrowiec.
- Tak. – wysapał – Dziękuję.
- Pomogę ci. – szepnęła wystraszona Rozalia i chwyciła ojca za rękę. – Spokojnie.

*

„Ech, nie wyśpię się tu. Znowu! Ci ludzie! I patrzą… patrzą swoimi wielkimi zrozpaczonymi oczami, jak gdybym mógł im w czymkolwiek pomóc. Nie rozumieją. To wszystko źle wygląda. Zaraza” – myślał.
„Zaraza” – powtórzył z niechęcią.
Siedział na świeżej pościeli i patrzył na noc wiszącą nad miasteczkiem. W oddali widać było cmentarz. Uśmiechnął się. Dumał tak przez pewien czas wsłuchując się w modlitwę Maksymiliana. Słychać było nawet, jak przesuwa koraliki na różańcu. „Za cicho. To źle” – pomyślał.
- Zdrowaś Maryjo, łaski pełna…
- Psiakrew. Idę spać. – powiedział do siebie cicho i ułożył się na łóżku. To, że pościel była dopiero co wyprana niczego nie zmieniało. I tak było czuć. „Smród. Zaraza.”

Trzy godziny później wszyscy spali już w swoich łóżkach. Być może udawali. Nazajutrz do pokoju „Emila” wpadła zdyszana Rozalia.
- Proszę pana! Śpi pan?! Halo! – wykrzykiwała.
- Mhm? – chrząknął.
- Niech pan wstaje! Niech pan pomoże mamie! – wyjęczała błagalnym głosem.
Włóczęga zaklął w myśli. Nie z powodu choroby kobiety, a dlatego, że musi wstać i zarwie kolejną noc. Mężczyzna nie pozwolił nikomu wejść do pomieszczenia, w którym leżała chora. Zamknął szczelnie drzwi, a przedtem spojrzał na nią z politowaniem.
No cóż, nie wiemy co działo się za drzwiami. Wiadomo jednak, że słychać było przerażające krzyki, bicie dzwonów i spadające przedmioty. Potem nastąpiła godzina ciszy.

*

Gdy tylko „Emil” otworzył drzwi Maksymilian wbiegł do pokoju. Wyglądał jak trup, zbladł, schudł i jakby się zestarzał. Wzrok skierował na żonę. Leżała sztywno na łóżku z otwartymi oczami i delikatnym uśmiechem na ustach. Przytulił ją i pocałował w czoło.
- Nareszcie. – rzekł. Uśmiechnął się czule. – „Na swojej skroni twoje stopy noszę. Jako niewolnik pełne kwiatów kosze...” – szeptał. – „Ugięty klęczę i powstać się boję!”
- Maks… - wycharczała.
- Nic nie mów.
Zofia uśmiechnęła się słabo. Tymczasem Maks spostrzegł, że wędrowca już dawno tutaj nie ma. Więcej, na ścianie znów pojawiła się krew. Wielki symbol z krwi przedstawiający krzyż; dość niewyraźny, więc nie spostrzegł tego za pierwszym razem. Poczuł ukłucie w sercu. Wstał i oparł ręce na parapecie. Rozalia rozmawiała z matką.
Patrzył w przerażaniu na dwór. Choć zegar wskazywał ósmą trzydzieści rano to wszędzie panował zmrok. Usłyszał w głowie bicie dzwonów. Wybiegł z pokoju i spojrzał na korytarz. Krew! Krew!
Ktoś zapukał do drzwi. Tym razem mężczyzna śmiało otworzył drzwi. Na ulicy znajdowali się ludzie z całego miasta, wymachiwali świecami i wykrzykiwali dziękczynne modlitwy ku niebu. Popychali zakapturzonego człowieka. Maksymilian dołączył do nich. „Rozalia i Zofia powinny zostać w domu” – pomyślał.
Szedł z ludźmi w zgodnym tempie. Popadł w tak mocne zamyślenie, że nie zauważył, gdy zatrzymali się, a burmistrz zaczął wygłaszać przemówienie.
Stanęli na polu, a w centrum znajdowało się wielkie ognisko. Część osób zaczęła je rozpalać. Zakapturzona postać ujawniła się. „Emil” patrzył prosto na Maksymiliana swoimi smutnymi niebieskimi oczami.
Kara śmierci.
Nie przejął się tym zupełnie. Co z tego, że uratował jego żonę. Przecież to nic. Ot, pchnięcie. Już. Śmierć? Też mi coś.
Jednak zamknął oczy i z przyzwyczajenia zaczął odmawiać modlitwę. Nie chciał patrzeć, jak wędrowiec płonie; bał się widoku śmierci.
„Emil” wyrywał się, a gdy wepchnęli go do ognia zaczął wykrzykiwać:
- Jestem Jezusem! JEZUSEM, głupcy! – zaczął rozpaczliwie.
- Kłamca! Kłamca! – zgodnie krzyczeli ludzie.
- Wszyscy pomrzecie – spojrzał na nich z odrazą. Zupełnie nie przeszkadzał mu fakt, że właśnie umiera; nie czuł bólu. – W proch się obrócicie. – zaśmiał się jak szaleniec – A po mnie zostanie znak. Krew. Szlachetna krew mojego taty. Moja krew. – mówił coraz wolniej, aż w końcu przestał i zamknął oczy. Spokojnie znosił płomienie wdzierające mu się pod skórę i rozpalające jego wnętrzności. Po długich siedmiu minutach przewrócił się. Umarł.
Maksymilian odszedł od zbiegowiska. Spojrzał na cmentarz. Nic się nie zmieniło. Niebo powoli się rozjaśniało, tylko dym z ogniska wciąż wszędzie się roznosił.

Pachniało krwią.

„Na czole stopy twoje obnażone
Dzierżę jak żywych klejnotów koronę.”


Miesiąc później miasto zostało zupełnie puste. Wszyscy wyprowadzili się, uspokajając swoje sumienia. I tylko Maksymilian został, choć na cmentarzu i w nieciekawym stanie.

_______________________________________

Nie wiem czy mam siłę kończyć tamto opowiadanie..., jeszcze zobaczę. I jak zwykle - dużo krytyki proszę.
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Wersja forum PDA/GSM

Template NoseBleed v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne

Forum administrowane przez: Grimlock, Nieznany


Forum Książki - zapraszamy!