Forum KGB
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Jakieś coś + nowe!
Autor Wiadomość
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2009-12-21, 23:05   

indianer napisał/a:
Bo chciałabym wiedzieć naprawdę, a nie... jedni tak, drudzy inaczej ;<


--Zawsze tak będzie :) jedni psy drudzy dziki zachwyt , piszesz dobrze i orginalnie to nie pozwala na obojętność. Tylko bylejaka sztampowa psanina daje w efekcie, wywazone, zrownowazone pozytywne lekko opinie.

-Oba są na prawdę , mnie sie na prawde podoba , a kogoś szlak trafia i nie :)

A odrobina prawdy? odrobina jest :) pisałem ze mam wrazenie ze na czym sie wzorujesz i wtedy jest nieco gorzej , a jak czysto z natchnienia to lepiej.

--hm zdaje mi sie ze jak pisszesz o rzeczach , które znasz z doswiadczenia , o które sie ocierasz to jest swietnie :) jak o czyms znanym ze słyszenia to siła rzeczy musisz wykozystywac doswuadczenia i ogląd innych informacje z książek filmow, pogłosek rożne.;:)

-Tu troche wychodzi brak 'roków' :) ja jak oceniam wiarygodnosc opisu czegoś mam do dyspozycji 10 000 porownywalnych sytuacji , ty ze 200 z tych samych źródeł ale wiecej zdżyłem widziec czytać.

Jestes kapitalnym obserwatorem :) i to co ci bliskie widzisz na wskroś jak rentgen :)
to co dalej nieco gorzej . Troszke cię chyba uwodzą przykłady formalne z literatury, ale masz czas na uformowanie calkiem własnego stylu , nieco eksperymentów trza zrobić. To moze niektórych drażnić jesli nie czuja tego co pod spodem i sie wykluwa :)

Pisz doswiadczenie zdobywa sie w walce a broń na wrogu :)
Poreszta jest jedno proste prawo jak ktoś czyta to sie pisze , zajzyj se co jais czas pod link pod postem 'Kto przegladał temat' i spoko :)
_________________
hmmmm..? :(
 
 
 
InterSix 
Przyjaciel forum
Pomarańczowa Furia


Wiek: 46
Dołączył: 25 Lip 2004
Posty: 1373
Skąd: Z innej bajki
Wysłany: 2009-12-21, 23:05   

indianer napisał/a:
jedni tak, drudzy inaczej
i taka właśnie jest prawda... jednym sie spodoba innym nie - zawsze tak jest. Jeden lubi Nergala inny Dode :>
_________________
pajk napisał/a:
Piepszony malkontent !!!
Nieznany napisał/a:
to markotny kocur jest

 
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2010-01-04, 19:27   

Pieprzęęęę.

__________

Po tym, gdy otworzyłam oczy i jakoś kontaktowałam, to dowiedziałam się, że jest szesnasty grudnia, i że mam dwadzieścia osiem lat. A ten motyw z Doktorem Housem to tylko kwestia włączonego telewizora. Ze szpitala wyszłam dwa tygodnie później.
Co się stało? Nie bardzo pamiętam, co mówił lekarz (był wyjątkowo odpychający, nosił takie spodnie… wiecie, takie mocno niefajne). Wiem tylko, że coś z udem, no i mam laskę! Naprawdę bardzo się cieszę z tej laski. Nazwałam ją Filipina. Jest brązowa i ma dość specyficzny, ee… uchwyt? Ale bardzo ją lubię. Oprócz tego, mam zaniki pamięci i mi przepisali lekarstwa… te, od których, tak… nieważne. Wszyscy wiedzą o co chodzi – po co mówić? Jest dużo kwestii to obgadania w tej sytuacji. Aha, znów mówili o mnie w telewizji. Powiedziałam, rzecz oczywista, że jestem Agata. Nikt tego nie sprawdza. Czasami nawet sama zapominam, jak się nazywam. Co mnie martwi? Nie odwiedzili mnie rodzice, ani żadna z babć. Mój dziadek umarł na zawał kilka dni temu. Z egoistycznych pobudek, takich jak brak kontaktu i całkowita ślepota – nie byłam na pogrzebie. Ale w niebie chyba lepiej, co nie? A ja, psiakość, żyję. Powiedziałabym nawet, że mam się całkiem dobrze. Mimo to, lekarz (idiota-idiota) wmawia mi, że mam dość zaawansowaną depresję i trwały problem z żołądkiem. Właściwie to nie mam pojęcia, kiedy ostatnio coś jadłam. Zupełnie nie wiem, co oni ze mną robili w tym szpitalu. Dzisiaj wychodzę. Cieszę się chyba. Trudno określić. Lekarz mówi, że trwały uraz psychiczny uniemożliwia mi określanie uczuć. Tak, trwały! Ho, ho. Mówi tak, bo chce brzmieć autentycznie. A ja jestem poszkodowana, mikołajki mnie ominęły! Na razie jeszcze leżę w tym szpitalnym białym łóżku, bo nie wiem, czy ktokolwiek po mnie przyjdzie, czy sama mam sobie stąd iść. Nie wiem też, czy mam gdzie mieszkać i dlaczego nikt nie odbiera moich telefonów. Ale kto do mnie strzelił nie obchodzi mnie wcale, a skąd. Tak, zmartwił mnie też fakt moich zaległości książkowych… trzy miesiące nie czytania! Śpiączka bez śnienia. Co to ma w ogóle być?
Nie znam szczegółów mojej choroby, pobytu w szpitalu, ani niczego innego. Biorę siedemnaście tabletek dziennie, bo mnie boli. A ja jestem UZALEŻNIONA OD BRAKU BÓLU. Doczłapałam do domu Ewy, bo po mnie – cholera – nie przyszła. Był Adam. Trochę ciężko mi z nim gadać, bo oboje tacy jesteśmy jacyś niemrawi. Ale Ewa jest w ciąży, a ja chyba z niczego bardziej się nie cieszyłam. W którym miesiącu? W piątym albo szóstym. Adam nie jest zadowolony, on jest załamany. W dodatku Latynos nie dzwonił. A to doprawdy dziwne, że nikt nie ma do mnie numeru telefonu. Wiecie czemu? Bo nie mam telefonu. To mój ulubiony żarcik. Adam jest także zmartwiony z powodu nadchodzących świąt i braku pracy. Cóż za biedne z niego stworzenie. Powiedziałam, że mogłabym mu tą pracę znaleźć, ale chyba nie mam ochoty.
- A wiesz, że moja ciotka pracuje na poczcie? – zagadnęłam.
- Niewiarygodne!
A to szczera, oj szczera, prawda. W dodatku nazywa moich rodziców nierobami, bo są nauczycielami (masło maślane). Tak, rodzice… nie odwiedzili mnie.
O osiemnastej, czyli o godzinie, o której Ewa sprząta, odbyłam z nią bardzo mało szczerą rozmowę. Nie powiedziała mi, dlaczego pachnę/śmierdzę szamponem, ale mówiła coś o tym, że mam się wyprowadzić. (Mówiąc, czyściła wannę jakimś śmierdzącym gównem). I że ona tego nie chce, ale Adam tego oczekuje. Bo Adaś boi się o zdrowie (ha, ha) dziecka, bo tu strzelają. Właśnie! Polują na mnie, znakomite! A ja powiedziałam, że mógłby lepiej znaleźć sobie pracę, a nie pieprzyć na prawo i lewo. Ewa przytaknęła smutno. Mogłabym ją przytulić, ale po co? Spytała, co robię w sylwestra. Wtedy to mi zrobiło się smutno, bo pomyślałam o rodzicach. A ona, dla odmiany, przytuliła mnie. Siedziałam na toalecie, a ona kucała nade mną, obejmując mnie za szyję. Podoba mi się to zdanie.
Wyszło na to, że jednak się wyprowadzam. Nie wzięłam swoich rzeczy, bo ich nie mam. Serio. Ale naprawdę serio. Nie mam nic. Co robić, co robić, co robić? Włożyłam, dość zacnie, jedną rękę do kieszeni, a drugą opierałam się o laskę. I człapałam. Zatrzymałam się w miejscu postrzelenia (brzmi groźnie) i szukałam jakichś śladów, jednak nic. Nic nie było. I wtedy… zaczął padać śnieg! Weszłam do tramwaju, w celu odwiedzenia Maćka (to ten, który oblał). Bałam się iść do Latynosa, a do rodziców – nie było możliwości.
- Cześć, Maciek – powiedziałam już na miejscu.
- Cześć – powiedział barytonem (?). Chyba miał mutację. Zaczęłam niekulturalnie chichotać. – A co ci się… - jaki ten głos jest idiotyczny! Dosłownie IDIOTYCZNY! - … stało?
- A nic. Mogę tu zamieszkać?
- Jasne – powiedział szybko (i prześmiesznie!)
- Serio? – miałam motylki w brzuchu. Znam to z gazet Ewy, nie wiem, co to za dziadostwo, ale brzmi przesłodko.
- Nie.
Ha. Ha. Ha. To jadę do babci trzeciej. Ja naprawdę nie pamiętam jej imienia. Babcia numer trzy (czyli ta nie-lesbijska) mieszka na Śląsku. To znaczy w Częstochowie. Cóż za pardon – Częstochowa należy do woj. śląskiego! Obrzydliwość! To znaczy, do śląska nic nie mam, ale no, no… coś mi nie pasuje. Dokładniej – mieszka za Częstochową. Na wsi. Ja tam mieszkałam, gdy byłam mała. Babka mnie nie lubi, ale do lesbijek nie pojadę. Nie lubi mnie, wyzywa i obgryza paznokcie. Jest obrzydliwa. Ciekawe, czy ma łazienkę. Ja jestem nienormalnie niehigieniczna, ale braku łazienki nie zniosę. Cicho. Będzie pieprzyć, żebym się umyła. Heeej! Jestem umyta! Nie będzie pieprzyć! Będzie, będzie. I będzie ugniatanie kapusty! O mój Boże, Boże… Może się wrócę? Do dworca jeszcze daleko… A laska? Będzie pieprzyć. Nie znoszę pieprzenia! To może jednak ten Latynos? Albo mama?... Ludzie, ja nie mam gdzie spać, a jest już dwudziesta druga. Łyk! Tabletka – już trzydziesta trzecia.
Mam pomysł! Pójdę do kina! Nie, lepiej nie, nie lubię kin, bo nigdy nie puszczają niczego fajnego. Wiem… pójdę pod Ewę. HA! Pod drzwi jej mieszkania, oczywiście. No i zrobiłam tak, a o drugiej w nocy już smacznie spałam. Na klatce schodowej.
Rano, jak gdyby nigdy nic, weszłam do ich mieszkania. Było otwarte. Nigdy nie zamykają. A może na mnie czekali? Znów zrobiłam im tosty i położyłam się obok Ewy na łóżku. Spali przytuleni. Ja, przytuliłam się do Ewy. Pewnie trochę ubrudziłam im to przerażające białe prześcieradło, ale czułam się co najmniej dobrze. I zasnęłam. Adam patrzył na mnie (wiem, bo podglądałam), czy z litością, niechęcią? Nie mam pojęcia. Po prostu patrzył. Ale nie powiedział nic. Ciekawi mnie, czy miał mnie po prostu dość, czy może go intrygowałam, wzbudzałam gniew? Nie wiem, zawsze budzę jakieś skrajnie mocne uczucia, niekoniecznie pozytywne. Po prostu zachowuję się inaczej i mam tego całkowitą świadomość, ale co z tego? Ja tylko prostuję zęby, o tak.
Musiałam spać długo, bo Ewa obudziła mnie grzmotem w sam środek głowy. Mówiąc normalnie – przywaliła mi w łeb. Nie czułam gniewu, baa, ja byłam wręcz zainteresowana!
- Hej, co się stało?
Kipiała złością. Oddychała szybko i nie mogła wydusić z siebie słowa. Widziałam w jej oczach złość, ból, zakłopotanie, wszystko. Nie wiedziała, co zrobić. Ja wstałam. Patrzyła na mnie groźnie, trzymając w rękach wielką encyklopedię, opierając ją na wielkim brzuchu.
- Ewa… - szepnęłam.
- Nic nie mów! – wydyszała. – Wynoś się… po prostu się wynoś! – krzyknęła piskliwie. Cofnęłam się. Usłyszałam głos Adama. I… zemdlałam.
Prawda, że to dziwne? Bo ja się nie zdenerwowałam, nie byłam w ciąży, ani… nic. Ale zemdlałam. Czemu? Jak można określić rzeczy, które przydarzają się w najmniej odpowiedniejszych momentach? Cóż, mnie to akurat uratowało. Bo podnieśli mi nogi do góry, a w głowie mi jeszcze nieźle łomotało. I cholernie bolał mnie brzuch. Pewnie laska mi się wbiła, gdy upadałam.
- ku**a mać – szepnęłam. – Spieprzyłam – powiedziałam. – Ja naprawdę spieprzyłam! – I rozpłakałam się. Nie mam pojęcia, dlaczego. Nie wiem, czy to było szczere. Nie wiem, czy to nie przez tą ową depresję. Nie wiem. Nie wiem. Może… te dwa grzmotnięcia w łeb wreszcie mi coś uświadomiły?
Zaczęłam mówić. A Ewa słuchała. Pomyślałam, że zawsze słucha. I że po prostu ZAWSZE wszystko. Rozpoczęło się na dzieciństwie. Wy też posłuchajcie. Ech, zapomniałam daty urodzenia. Cóż, mówi wam coś wiek dwadzieścia osiem? Tyle mam teraz lat. Dniem był trzydziesty pierwszy sierpnia, czwartek, godzina trzynasta. To wiem. Co dalej? Mam brązowe włosy, piwne oczy, dość szczególnie duży nos i usta. Dzieckiem byłam niezbyt mądrym. Nauczyłam się czytać, gdy miałam pięć lat. A potem już jakoś stosunkowo dużo czytałam. Ogólnie, gdy się urodziłam Marcin miał piętnaście lat. Nie pamiętam go prawie wcale, wiem, że dużo zakuwał i ogólnie rzadko był w domu. Nigdy nie pił, nie palił. Cudowny człowiek (jak dla kogo). I umarł. Wtedy to ja zaczęłam palić. Tak, moi rodzice mieli dwójkę cudownych dzieci i jedną pokrakę. Wyobraźcie sobie, kto im pozostał. Siostrzyczka była trzy lata młodsza ode mnie, więc gdy umarła miała właśnie sześć lat. Zmarła na zapalenie opon mózgowych. I przez dwa lata nic nie mówiłam. Nie pamiętam, co czułam. Nie pamiętam nic. Nic. W wieku trzynastu lat potrąciła mnie ciężarówka. I wtedy w szpitalu spotkałam bardzo dziwnego człowieka. Często do mnie przychodzi w myślach czy snach. Nazywał się Gabriel. Dał mi Pismo Święte. Wiem, jak to brzmi, wiem, jak to wygląda. Och… miał długie złote loki. I zakochałam się w Bogu, wierze, czytałam (głównie w łazience). U mnie wszyscy niewierzący. Mama, tata, trzy babcie, dziadek, ciotki, och, wszyscy. I przy tym czytaniu nakrył mnie Marcin. Naskarżył rodzicom – rzecz oczywista. Wiecie, że musiałam wtedy spać na dworze? Nie było jakoś szczególnie zimno, późna jesień i te sprawy. Ale spodobało mi się to i potem często robiłam to sama, z własnej woli. Ogólnie potem były kwestie nakrywania mnie na czymkolwiek związanym z wiarą. I kary – fizyczne. Nad psychicznymi nie myśleli, dziwacy. Bardziej mama, niż tata. Tata ogólnie ciągle czytał gazetę. I ciągle tę samą. Taką, wiecie, codzienną. Potrafił przez miesiąc. Był trochę mało towarzyski. Ale romansował. Mama niewyżyta, odrobinę. Raz popchnęła mnie na telewizor (za różaniec w kieszeni). Nic mi się nie stało, w szkole też było podobnie. Ale na szkołę trochę lałam. Zawsze miałam same piątki i te sprawy, aż nagle w wieku czternastu lat przestałam. Może obnosić się z wiarą też. Wszystko, co we mnie się działo, było w głębi serca. Straciłam też mimikę twarzy. Potem śmierć brata, dużo papierosów. Rodzice? Nie rozpaczali. Nie wiem… ja chyba nie pamiętam.
Ojciec zawsze chodził w długim, szarym płaszczu. Jakakolwiek była pogoda – płaszcz. I ciągle nic innego nie przychodziło mu przez gardło, jak: „cudowne wieści”. Wyobraźcie sobie, jak matkę musiało wkurzać to słowo: „wieści”. On ciągle. Czy na złość? Nie mam pojęcia. Po prostu był indywidualistą. Po prawej, po lewej i naprzeciwko – żonate sąsiadki – z każdą romansował. Nawet nie zadbał o krycie się z tym. Trochę ubolewałam nad faktem, że szukał tak blisko. Spał też w wannie. Zgapiłam po nim ten fakt. Wciąż mam przed oczami ojca leżącego w wannie z otwartą gazetą i w płaszczu. Żeby leżącego – śpiącego! Słuchajcie, kiedyś wzięłam sobie tę jego gazetę, którą czytał już przeszło dwa miesiące. I co zobaczyłam? Zdjęcie ciotki Augusty, tej, co mieszka w Paryżu. O, mamo. Nic nie powiedziałam. Z kolei mama była bardzo zamknięta w sobie. Być może fakt, że nie nigdy nie miała ojca tak na nią zadziałał. Do dziś próbuje go znaleźć. Cóż. Nigdy za nią nie przepadałam. Choć tęsknię, cholernie tęsknię, za śniegiem. Gdy tylko była zima – natychmiast się zmieniała i stawała się bardziej otwarta, lepsza. Teraz po prostu myślę, że mnie nienawidzi. Nie ma swoich idealnych dzieci, idealnych wnucząt, idealnego męża, ani idealnego taty. Dławi się brakiem ideału i kipi z rozpaczy. Widziałam ją niedawno, kilka lat temu… nie wyglądała zbyt dobrze. Mimo wszystko, cholernie za nią tęsknię.
No i w liceum plastycznym wzięłam się jakoś za siebie. Nie robiłam nic, oprócz rysowania. Nic. Nie miałam znajomych, nikogo. Może nie pamiętam? Czasami wydaje mi się, że kogoś znałam, lubiłam… Ale nie. Widzę krawaty, widzę nienarodzone dzieci. I się boję. Spałam wtedy skulona w kącie pokoju. Nie wracałam do domu na noc. Koncerty przestały mnie bawić, po prostu kładłam się na ławce, na dworcu. Dlatego mam do nich, tak duży sentyment. Potem zleciało – i przeprowadziłam się do akademika, do Wrocławia. I co mogę powiedzieć, oprócz tego, że nauczyłam się grać na skrzypcach i języka francuskiego? Sama nie wiem po co. Odczuwałam potrzebę. Skończyłam projektowanie w wieku dwudziestu czterech lat. Przez trzy lata nie miałam własnego domu, dopóki nie spotkałam Ewy. Co wtedy robiłam?
Spotkałam idiotę, który oblał. Nie dostał się na studia. Miał na imię Maciek. Nie Maciej, tylko Maciek. Dziwnie, prawda? Mieszkałam u niego, jakoś pół roku, nieprawdaż? Cóż, jego rodzice nie bardzo mnie lubili. Miał dwadzieścia lat i mieszkał z rodzicami. W dodatku jedynak. Jego rodzice to debile. Nie wiem, jak ze mną wytrzymali te sześć miesięcy. Z Maćkiem rzadko rozmawiałam. Często wysyłałam go, żeby zrobił mi herbatę, albo chociaż kupił ciasteczka. W końcu siedział w domu i nie miał co robić. Jakoś tak po dwóch miesiącach zatrudnił się w bardzo cywilizowanej restauracji, jaką jest McDonald’s. Ciekawie. I te wspaniałe godziny pracy! Próbowałam dopytać go, ile zarabia. Nie powiedział. Teraz chyba znów nie pracuje. A rodzicom wtedy mówiłam, że myślę nad tym, aby zostać zakonnicą. Po prostu chciałam ich zdenerwować. Nic nie działało na nich gorzej, niż słowo „zakonnica” albo „Aleksandra, WASZA CÓRKA, jest zakonnicą”. Cudownie? Nie wiem, obrazili się - chyba. A ja tylko się zgrywałam (jak zwykle zresztą). Zaczęłam myśleć nad fabułą książki, którą zamierzałam wkrótce napisać. Myślałam cztery miesiące. Wymyśliłam. Pomysł schowałam do kieszeni i wyprowadziłam się. Nikt, o dziwo, mnie nie wyganiał. Szkoda. W głębi serca – liczyłam na to.
Zaraz po skończeniu studiów zaczęłam chodzić do restauracji, która śmierdzi rybą. Nigdy nikogo tam nie było. Nie licząc kilku pijaków, i tym podobnych. W końcu zdarzały się też osoby, które ten zapach naprawdę polubiły. Mnie był całkowicie obojętny. Powiedziałabym nawet, że wisi mi to, czy tam śmierdzi, czy nie. Obserwowałam kelnera. Uwielbiałam go. Dużo czasu zajęło mi zastanawianie się nad tym, czy jest chory psychicznie. Nadal tego nie wiem. Mam nadzieję, że kiedyś zacznie mówić… I obawiam się tego. Może wtedy przestałby być wyjątkowy? Ja z kolei stanowiłam dla niego obiekt nierealnych westchnień. Kelner był Latynosem i miał cholernie puste oczy. Przesiąknięte wręcz brakiem głębi, choć były czarne. Tak czarne, jak cokolwiek, co ma taki kolor. Rozumiecie? Pewnego dnia, zagadnęłam go. Ucieszył się i usiadł koło mnie. Zaczęłam opowiadać mu o moim życiu. Nie skończyłam. To było dawno, dużo rzygałam i ogólnie nie bardzo. Potem mi pomógł, chociaż… wypędziłam go. Dobrze mówię? Potem było długo i długo nic. Spotykałam go często, idąc po szarych chodnikach. Mieszkamy w takim pochmurnym, mało magicznym miejscu – myślałam. Czy on potrafił myśleć? Spałam w tym klubie, a nikt się niczego nie domyślał. Spędzałam tam całe dnie. Udało mi się, dzięki stypendium, które dostawałam na studiach. Rodzice też wysyłali mi kasę. Miałam to w dupie. Liczyłam na to, że starczy mi do końca życia. Liczyłam na to, że umrę w wieku dwudziestu siedmiu lat, ale nie umarłam. Na tym polega mój główny problem – nie umarłam. Nie udało się. Nie pomógł wypadek. Nic nie pomogło. Mówię „wypadek”, a to była wręcz katastrofa! Jednocześnie bardzo fascynująca.
Nikt mi nie uwierzy, że spodobali mi się jezuici. Zakon męski. Mocno mnie to zdenerwowało, bo chciałabym chociaż w myślach do nich dołączyć. A to „męski” (cokolwiek można rozumieć pod tym słowem, na przykład mi kojarzy się z tym zielonym ogonkiem na pomidorze) przeszkadzało mi. Przyszło mi też na myśl, abym sama utworzyła nowe Towarzystwo Jezusowe. Żeńsko-męskie. Ale to byłoby na nic. Równie dobrze można byłoby wymyślić nową subkulturę. Mówiłam już, że uwielbiam hipisów?
Zostałam zakonnicą. Niczego nie wspominam gorzej. Ale kusiły mnie te ubrania. Ale Boże, Boże… modlitwa rano, żeby wstać, modlitwa, gdy wstajesz, modlitwa, gdy wstaniesz, modlitwa, gdy zaczniesz szykować jedzenie, modlitwa za jedzenie, modlitwa, za wszystkich, żeby się nie udławili jedzeniem, modlitwa po jedzeniu, modlitwa za wszystkich, żeby im się… ee… „ułożyło w brzuchu”. Modlitwa, żeby wstać z krzesła, modlitwa o udany dzień, modlitwa, przed zmywaniem, żeby się nie potłukły… zaraz, Msza Święta! Ale mogłabym tak bez końca…
Nie pamiętam nic więcej, bo dużo brałam i często słabłam. Odeszłam. Znów nikt mnie nie wywalił. Ale ubranie zachowałam, a oto mi jedynie chodziło. Po prostu, moje życie, składa się ze zbyt krótkich rozdziałów, o których zapominam i pozostaje mi tylko świadomość.
Ile mogłam mieć lat? Z tego, co mi się wydaję to chyba dwadzieścia sześć. Nadal chodziłam do śmierdzącej restauracji. Latynos mnie znienawidził. Pewnego dnia, poszłam tam w stroju zakonnicy. Nic nie powiedział, to oczywiste! Ale ta mimika jego twarzy! Wiedziałam i czułam, że mnie kochał, mimo to, jaką jestem nienormalną osobą. Ale… stało się coś niedobrego. Przestał być kelnerem. Nie widywałam go i nie dzwonił. Za to wreszcie zobaczyłam jego ojca. Tak mi się zdawało, że ma tatę. I że to gruby gbur o równie ciemnej karnacji. Nie myliłam się. W dodatku pocił się jak świnia. Też nic nie mówił. Ale był dość agresywny. Gadać potrafił – z każdym innym, ale nie ze mną. Cóż, miałam jakieś inne wyjście? Przychodziłam tam nadal, bo tak spędzałam mój każdy dzień. Obserwowałam i zapisywałam. Pomyślałam, że mi się przyda. Dużo śniłam o śnieniu, a spałam w schowku. Było trudniej się tam dostać, ale ja jestem mistrzynią we wszystkim. Pojechałam do rodziców. Bałam się wejść do środka, więc siedziałam na schodach, znajdujących się przed domem. Czułam się, jakby oblana świeżą zimną wodą. Marzyłam, aby spadł jakikolwiek deszcz. Siedziałam, paląc papierosy. Siedziałam… siedziałam i siedziałam do dwudziestej trzeciej. Zapukałam – nikt nie otworzył. Wstałam i weszłam do ogrodu. Podskoczyłam i trzymając się rękoma za parapet, obserwowałam rodziców przez okno jakieś piętnaście minut. Tata czytał gazetę, a mama sprawdzała jakieś sprawdziany. W końcu byli nauczycielami, choć tato już emerytowanym. Naplułam na okno. Sama nie wiem, czemu. Miałam dużo faz, na przykład potrafiłam jeść przez dwa lata, tylko i wyłącznie, parówki na kolację. Mogłam też pluć wszędzie, czy niszczyć znaki drogowe.
Siedziałam na dworcu. Spędziłam tam miesiąc. Żywiłam się frytkami. Zapisałam szesnaście zeszytów i postanowiłam jechać przed siebie. Wtedy spotkałam Ewę. Wydawało mi się, że znam ją od dawna. Pamiętam kolesia, który pieprzył coś o wąsach. Jak myślicie, dlaczego pytał Ewę, gdzie zgubiła wąsy? Nie, to nie zmiana płci… po prostu – sama nie wiem. Od kiedy ją spotkałam, wszystko się zmieniło. Zaczęłam gotować. Nadal ekscytowały mnie takie czynności, jak spanie w dziwnych miejscach, czy jedzenie zupy widelcem. Jak już wszyscy wiedzą, zostałam postrzelona w wieku dwudziestu ośmiu lat. Dość miło wspominam ten dzień, był taki wyjątkowy. Wcześniej Latynos dzwonił do mnie wielokrotnie, po prostu dzwonił i oddychał. Uwielbiałam to. Robiliśmy tak przez długie, długie godziny. W końcu przestał, jakoś miesiąc przed moimi urodzinami. Znienawidził mnie – wiem, czuję, choć nie widzę. Tak samo jest z Bogiem.
Dlatego spieprzyłam. Nie umarłam. Niczego nie zrobiłam. Nic. Jestem nikim. Nie mam mieszkania. Rodzice nie wysyłają mi pieniędzy. Nie mam długów, choć czuję się dłużna tak wielu osobom. Mogę mówić dalej, mogę – po co? Tak naprawdę nie wierzę w żadne moje słowo. Nie wiem, czy kłamię, czy po prostu ponosi mnie wyobraźnia.
Czuję się dłużna, ale nie mówmy o tym, tak ckliwie i dramatycznie. Bądźmy flegmatyczni. Cóż. Teraz, gdy nie mam już domu, mogę przeprosić rodziców, ale nie zrobię tego. TO JEST ICH WINA. Co? Wszystko. Wyszłam z mieszkania Ewy. Ona nic nie powiedziała. Opowiedziałam jej całe moje życie, ona nigdy nic nie mówiła o swoim. Jest w ciąży. Ciekawe jak nazwie to dziecko. Skoro to Adam i Ewa, to jak myślicie?
Z natury nie jestem pechowcem. Raczej odwrotnie. Chociaż gubię pieniądze. Byłam w McDonaldzie i jadłam śmierdzącego hamburgera. Wsiadłam do tramwaju i pojechałam na sam koniec miasta. Tam są fajne polany. I stał tam cudowny hippie-bus. Weszłam. Siedziało tam trzech facetów: Robert, Niedziu i Pan. I jedna babka – Ala. Pomyślałam, że to zaje**ście, że tacy hipisi (którzy są zapewne pozerami) postanowili zwiedzić cudne niemieckie miasto, jakim jest Wrocław. Jeden z nich, Pan, mówił tylko po angielsku. Mówiliśmy do niego „Mister”. Czasami też „Doktorku”. Nie chciał powiedzieć, jak się nazywa. Czasami mówił o tym, że kiedyś zostanie Superpodróżnikiem. Wszyscy nosiliśmy flanelowe koszule. Jednak tylko moja była tak cholernie zarzygana i śmierdząca. Niedziu, służył nam jako św. Mikołaj, ogólnie był nim na wszystkich festiwalach. Ubierał ciuszki i wkładał wszystkim LSD do buzi, gdy przed nim klęknęli. Gdy mnie zobaczył, powiedział coś w stylu: „Chodź, przyjacielu”. Nie znoszę zwrotu „przyjacielu”. Ale dał mi nową koszulę. Śmierdziała fajkami, ale to dużo lepsze. Niedzia lubiłam najbardziej, bo wyglądał jak niedźwiadek. Miał długie brązowe włosy i długą brodę. Robert miał złote loki i przypominał mi Gabriela, którego spotkałam w szpitalu. Robert też czytał Pismo Święte. Ala była mocno „dziwkarska” i za bardzo jej nie lubiłam. Nosiła duże dekolty i nie znała wszystkich piosenek beatlesów. A przecież to nie do pomyślenia! To jest właśnie moje pozerskie nastawienie do świata. Lubiłam tego busa. Nie pojechaliśmy nim nigdzie i siedzieliśmy w nim, dopóki nas stamtąd nie wywalili. Przedstawiłam się jako Agata. Pokazywali mi zdjęcia (robione cyfrówką) z festiwali. Chyba jako jedni dotrzymywali zwyczaju św. Mikołaja i zachowywali się jak autentyczni hipisi. Szkoda, że jedyni. Nie czułam do siebie złości o tego hamburgera. Im powiedziałam, że nigdy nie zjadłabym takiego świństwa.
O, ku**a! Jestem fałszywa! No nie! Tak naprawdę to każde z nas miało, jako tako, bogatych rodziców. Prawda, że to dziwne? Przeanalizujcie sobie sami, bo nie chce mi się tego tłumaczyć. Nie myślałam o Ewie zbyt dużo. Odliczałam jedynie dni do porodu. W końcu pozostały już tylko dwa miesiące. Kain czy Abel był pierwszy? Chociaż pewnie się nie zgodzi…
W chwili, gdy myślałam, że już naprawdę polubiłam facetów i skończyłam z orientacją niezdecydowanej biseksualistki stało się coś niedobrego. Robert przespał się z Alą. Mówię
„przespał się”, aby brzmiało to dramatycznie. Widocznie nie wystarczały mu rozmowy ze mną. Wymyśliłam sobie jego przywiązanie i byłam pewna, że nie wierzy w wolną miłość. Co mogę powiedzieć więcej? Od tamtej chwili widziałam go tylko kilka razy. Dużo spacerowałam po mieście. W końcu oboje, i Robert (który być może naprawdę był Gabrielem), i Ala uciekli/wyjechali/cokolwiek. Natomiast nieszczęsny Mister, zwany też Panem został Superpodróżnikiem, a przynajmniej zamierzał. Nie wiem czy mu się udało. Zostałam więc sama z Niedziem, który uwielbiał mruczeć. To mnie intrygowało.
Leżał – mruczał. Spał - mruczał przez sen. Głównie spał (i mruczał). Jakoś nigdy nie miałam ochotę na rozmowę z nim. Uważałam, że znawca filozofii będzie lepszy (czyt. Robert). Choć Niedziu był sympatyczniejszy i taki… kochany. Ala mówiła, że to znawca życia. Wiecie, jaka Ala? To ta, która nie chciała ze mną rozmawiać, gdy byłyśmy dzieciakami. Trzy lata nie mogłam się otrząsnąć. A Niedziu i ja wciąż milczeliśmy w małym busie przez kilka tygodni.
Gdy wreszcie się odezwał, zaproponował mi tosty. Mogłabym powiedzieć, że już mi się przejadły, i że zbyt miło ich nie wspominam. Nie zrobiłam tego. Patrzyłam na niego maślanym wzrokiem, zastanawiając się, dlaczego niektórzy mówią, że broda drapie. Pomyślałam, że fajnie byłoby spytać, czy ma drapiącą brodę.
- Zrób mi tosta z podwójnym serem. – Powiedziałam oschle. Przytaknął. Miał na sobie krótkie szorty, dość postrzępione. Tylko tyle, hm, prawda, że to urocze? Ja leżałam na rozkładanej kanapie, owinięta kocem. Miałam na sobie wełniany sweter. Przypomniało mi się, że dawniej byłam nazywana przez rodziców „Zmarzluchem”. To było kosmicznie dawno. I nie mogę znieść tego, że okazali się idiotami. – Hej! – krzyknęłam. – Twoja broda serio drapie?
Uśmiechnął się.
- Nie wiem – znów wyszczerzył zęby. – Spytałbym, czy chciałabyś dotknąć, ale…
- Tak, nie pytaj.
- Tak myślałem. – I zaczął mruczeć.
- Śliczny jesteś.
- To akurat wiem. – I zaczął się śmiać. Ciągle to robił. To naprawdę bardzo dziwny człowiek.
- Cieszysz się, że nie ma Alicji i Roberta? – spytałam nagle, lekko zniżając głos.
Natychmiast zmienił wyraz twarzy. Wyszedł do „kuchni” po tosty, i gdy wrócił z pełnym talerzem, usiadł przede mną, na zielonym starym fotelu.
- Tak.
W tym momencie pomyślałam, że jest idealny, ale zaraz potem rozłożył się na fotelu i zaczął bawić się swoim owłosieniem na klatce piersiowej. „Odpada” – rzekłam w duchu. I śmiałam się, bo tak naprawdę to było mi cholernie zabawnie w duchu. Można byłoby pomyśleć, że jestem pogodnym hipisem, jedzącym tosty. Ale czy to prawda? Przekonacie się o tym, gdy wyślecie sms-a na numer…
- Myślałeś o tym, że mogą nas stąd wywalić?
- Nie.
- Ja też nie.
Jedliśmy. To było okropne jedzenie. Chyba jednak szkoda, że…
- Szkoda, że nie ma Alicji – powiedział Niedziu, przeżuwając ser.
Wybuchnęłam śmiechem, było to spowodowane:
a) LSD
b) tabletkami na receptę
c) czymś dziwnym, co znajdowało się wewnątrz mojej kanapki
To tylko tyle, jeśli chodzi o moje nudne życie. Można byłoby powiedzieć „rzycie”. Zapraszamy do naszego kwiatowego busa. Mamy dużo LSD i udajemy, że jesteśmy hipisami. Częściej słuchamy The Cure i Bowiego, niż Janis Joplin, ale co z tego! Śpimy na starych fotelach i… to znaczy, ja nie mam pieniędzy… Ale Niedziowi rodzice przesyłają. Więc spokojnie możemy zjeść nawet pizzę! Ba, możemy ją nawet zamówić!
Jest trochę zimno, nie ma łazienki… nie mamy telefonu, telewizora, komputera, dostępu do Internetu, iPoda, plamptopa, laptopa, telefonu komórkowego, który ma zapalniczkę, aparatu cyfrowego, czy czegokolwiek, co jest dziwne. Mamy całodobowy smród cameli i taniego wina. Więcej rzygamy, niż mówimy. I jesteśmy flegmatyczni, pozbawieni chęci do życia i ospali. Ja odliczam dni do porodu osoby, która mnie nie znosi, a Niedziu mruczy. Nie mamy zwierząt, kwiatów, ani świńskiej grypy. Możesz wpaść, ale lepiej nie… bo tak naprawdę to wcale nie lubimy ludzi.
„Wciąż czekam na dzień siedemnasty, który jest dniem ostatecznym i już nastąpił; lecz zgubiłam gdzieś adres do tamtego wydarzenia, więc czekam znów. Śmiem twierdzić, że dziś jest, być może, dzień piąty. Czemu? Bo zwymiotowałam keczupem. Dużo rozmawiam z moim kumplem – Kurdtem przez ścianę. Hej!” – tak napisałam w pamiętniku. Nadal popieram jednak homoseksualizm i sprzeciwiam się rasizmowi. Nic się nie zmieniło.

Rozdział II
Agata, co spotyka Jezusa Chrystusa, mało mówi i dużo myśli o trzydziestym pierwszym sierpnia, co dniem ostatecznym jednak nie był.

Jakkolwiek przeszkadzałaby mi jego obecność. Kiedy w ogóle nie przeszkadza. Mogłabym nawet powiedzieć, że cieszy mnie sam fakt, że on na mnie patrzy. Przecież to musi być cudowne. Takie granie. Ja gram sukę - zimną, pewną siebie, a on... Tego nie wiem. A oboje tęsknimy do siebie i siebie pożądamy. To sobie wystarczy wmówić. Ja sobie wmówiłam, że on coś do mnie czuje, ale on nie mógłby się nawet do mnie uśmiechnąć. Przeraża mnie to, co jest w człowieku. Nawet, jak mówi prawdę - kłamie. Idealnie nieidealny i odwrotnie. Co ja mam do tego frajera? Dlaczego nazywam go frajerem? Przecież go uwielbiam.
Nie rozumiem tego całego zamieszania. Sama dobrze wiem, że jest jak najbardziej spokojnie. Nie rozumiem tego człowieka. Mogłabym kochać platonicznie i zżerać sobie móżdżek wszystkimi głupotami. (A co robię?) Że też muszę być taka nierozważna. Ale podoba mi się to. To, że jestem taka nieprzewidywalna. Nawet sama dla siebie jestem zagadką.
Cóż, co najmniej metr osiemdziesiąt, brązowe włosy, brązowe oczy. Mało sprawne ręce? Dlaczego on tak mówi? To ma podtekst czysto erotyczny albo ja czytam między wersami. Jedno jest pewne - pociąga mnie w nim jego brak zdyscyplinowania, a jednocześnie jakaś mało wyeksponowana pewność siebie. Dziwaczność. Po tysiąckroć będę mówić, że on jest nieśmiały. Sama dobrze wiesz, idiotko, że on się ciebie wstydzi. Mnie się wstydzi. Ja się go wstydzę. Można by tak bez końca. No, ale... Ale, no... ale! Czego ja od niego oczekuję? Przecież tak bardzo rajcują mnie chuderlawe chłopczyki, które nie umieją się bić. Czego ja chcę? Zmiany, tak, jak najbardziej. Ale kosztem kogo i czego? Zastanów się w końcu nad tym, co robisz! Nie można całe życie liczyć na los. (Chórek sarkastycznie: Ha! Ha!) Mam tylko krótko obcięte paznokcie, grzywkę, duże usta, pryszcz? Przecież ja jestem idealna, nawet, gdy nie muszę taką być. Ale…?
I mimo wszystko… mam sto jeden pewności siebie i nieśmiałość w kieszeni. Hej, miło mi! Po pięciu sekundach mnie znienawidzisz! Pięć!
Mam na imię Agata. To nie do końca prawda, ale zostawmy to. Mam więc na imię Agata i mam dwadzieścia osiem lat. Razem z Niedźwiadkiem mieszkam w kolorowym autobusie na końcu miasta. Śpię, przytulając się do mojej laski – Filipiny. Rzadko chodzę i jem. Wypalam tylko pół paczki dziennie. Liczba maleje z dnia na dzień. Biorę dwadzieścia dziewięć tabletek dziennie i czasami jem LSD. Często mówię o Bogu, jako o nieskończonej sile i rozmawiam z Niedziem, o książce, którą zamierzam kiedyś napisać. Biję rekordy w niemyciu się, i jest to bardzo przyjemne doświadczenie.
Czuję się po prostu jak pies, który zerwał się z łańcucha… i nie wie, gdzie biec. Dawniej byłam zmuszana przez rodziców do tego, aby nie stukać łyżeczką o szklankę mieszając herbatę i o masę nieistotnych rzeczy. Teraz? Mogę pieprzyć o gruczołach rozrodczych i o Panu Jezusie. Gdybyście mieszkali z tymi dziwakami, bylibyście w dużo gorszym stanie. Za nakruszenie lub zapomnienie o odkurzaniu musiałam spać w szopie. Dlatego teraz tak świruję. Dla nich spanie to było SPANIE. Po prostu rzecz święta. Wyspać się. Najeść. Posprzątać. Nienawidzę ich. A palenie im nie przeszkadzało. N-i-e-n-a-w-i-d-z-ę. I w takim oto stanie wewnętrznego rozdarcia i pogodzenia się z własnym imieniem i tym, że jednak nie mam rozdwojonych końcówek, spotykam się z Nim.
Z jednej strony można byłoby powiedzieć o mnie – ćpa, miała nienormalne dzieciństwo i pozuje na artystę. Ale – ile mamy stron? Nie neguję tego. Po co? Mnie wystarczy sama świadomość obecności kogoś, kto jest kimś więcej, niż my wszyscy razem wzięci. Powiedział mi o tym, że dzieciak Ewy ma już miesiąc, a że Adam pracuje w zakładzie informatyczno-komunikacyjnym. (Ciekawe, co może tam robić?) I że owy dzieciak jest dziewczynką i ma na imię Liliana. Dziewczynką! Dziewczynką?!
Tęskniłam, gdy leżałam sama w pustym busie. Bałam się zamknąć oczy, w obawie, że mogę się obudzić zimą. Niedziu spał. Całymi dniami, nocami też. Kilka razy byłam w kościele. I od dawna śledzę przebieg śledztwa, które dotyczy mojego postrzelenia. Na razie nic konkretnego. Wątpię też, czy cokolwiek robią w tym kierunku. Sama się kiedyś dowiem, ale oni też mogliby się trochę zmęczyć. Jedynie dziwne jest to, że nie czuję niesprawiedliwości świata, i że moja noga w ogóle mi nie przeszkadza. Czy to nie jest dziwne? Być może w jakimś (małym) stopniu zmieniłam swoje nastawienie, być może zapominam już o tym, że cokolwiek pamiętam, być może chcę nadal trwać w bezsensie codzienności, jednocześnie cholernie bojąc się prostych czynności. Takich jak – spanie (bo się nie obudzę), jedzenie (bo mi nie wleci, tam gdzie ma wlecieć), i tym podobnych.
Powodem jest nieodkryta miłość, której kawałek odnajduję codziennie. Widzę Go. Jego. A ja? Jestem już w mniejszym stopniu. I ubywa ze mnie – mnie. Przepełniam się niekontrolowanym chaosem, mając nadzieję, że go kontroluję. Nie muszę mówić, bo czuję, ale nie boję się już naszych spotkań. Jestem w jednym punkcie. Martwym. Minus. Minus. Minus. Odejmujmy do setki. Wiecie, co powiem? Taki jest efekt uboczny trzeźwości. Bo z zasady nie pijam na trzeźwo, ale nawet zasady są zmienne. Mam tyle do powiedzenia. Mogłabym napisać w kilkudziesięciu mało-prostych słowach jak bardzo tęsknię za alkoholem, który do końca alkoholem nie jest. Chodzi mi tylko o sam fakt braku zdolności myślenia. Braku kontroli. Chodzi tylko o PRZYJEMNOŚĆ. I co? I tonę w betonie. Jestem tak beznadziejnie wyprana z uczuć, emocji, zdolności, sensu. I miłości. Tak bardzo brakuje mi kilkunastu spojrzeń, kilku słów. To tylko tyle. Nie żądam więcej. Choć miło by było, gdyby... Ach, poczęstujesz mnie choć jednym papierosem? Tęsknię. Cóż, pewnie nie palisz. Nic nie sądzę o sądzeniu, ale… można byłoby przeprosić ode mnie kogoś, kto na to zasłużył.
BOLI MNIE PODŚWIADOMOŚĆ. Wyobrażam sobie ból, jako niebieską cienką nić oplatającą coś, co wygląda jak przezroczysta otoczka. Podświadomość to moment kluczowy, prawie jak opłucna, prawie jak sieć pęcherzyków płucnych, moment, który chroni cały umysł. Przed czym? Czy zbyt duże spożywanie posiłków zawierających cholesterol czy tłuszcze mogą być wielką i jakże mało fantazyjną metaforą? Mogą, czy nie? Wiem, co myślisz. Myślisz: „Nie”. No, cóż. Podświadomość i tak mnie boli. Jak cholera.
Jak wyobrażasz sobie cholerę? Ja, jako takiego małego szczekającego psa. Jest czarny i CHOLERNIE wkurzający. Chcesz się bawić w to, jaki kolor masz przed oczami, mówiąc cały alfabet? Widzisz barwami? Czujesz dźwiękami? Nic mnie to nie obchodzi. Jeśli jesteś na tyle nienormalny możesz iść z tym do (fałszywy uśmiech) psychologa (fałszywy uśmiech) szkolnego (fałszywy uśmiech).
Nie rozumiem, jakkolwiek ktoś mógłby mieć czelność oskarżać moją osobę o brak sensownego postępowania. Mam milion argumentów. Po pierwsze: moje postępowanie jest sensowne i ja, jako ja, jestem sensowna, zawieram sens, mam sens, nie jem sensu. Aczkolwiek, cokolwiek, kiedykolwiek, że, ponieważ, bo, aliż, zaliż, poliż, doliż… już zapomniałam… z natłoku tych wyrazów, które są zdecydowanie zbyt mało względne i fantazyjne. Można byłoby pogadać o tym, co fantazyjnego można znaleźć w sensie. Sens jest nudny i pozbawiony jakiejkolwiek tajemnicy. On ją rozjaśnia. Ja przyciemniam. Więc, gdy rozmawiasz ze mną, poświęcasz czterysta siedemdziesiąt sześć sekund na to, aby zastanowić się nad tym, co miałam na myśli, milcząc. Albo stawiając trzykropki po słowie: „hm”. Czyż to nie jest fascynujące? Nie? Dlaczego? Myśląc racjonalnie twoja wypowiedź będzie zawierać czysty nieprzemakalny sens. Irracjonalność jest więc ucieczką w deszcz. Dlaczego? Bo kocham deszcz? Nie… bo muszę wypowiedzieć się brakiem treści. I gdy czytasz przykładowe słowa: „Lubię marchewkę” – wiesz, że myślałam nad losem Jacka Soplicy. Nieprawdaż? Czyż to nie jest fascynujące? To właśnie brak sensu. Ale ja, mimo wszystko, w jakimś stopniu jestem sensowną postacią. (Srutu-tutu, majtki z drutu).
Dlaczego podświadomość boli? Mają na to wpływ czynniki zewnętrzne… Czy zauważyłeś, idioto (czyt. czytelniku), że mówię do ciebie nienormalnie nacechowanymi słowami, w dodatku o kompletnych bredniach? Zauważyłeś? Jeden zero dla ciebie. Zadanie na szóstkę: czy robię to specjalnie?
***
Spotykam go w mało odpowiednim momencie. Bo prowadząc z sobą dialogi i mówiąc do ciebie, siło-nie siło, zasypiam. I w tym cudnym półśnie, do dusznego busa, przez szpary okien dostało się słońce. Promienie jaskrawego światła. Oświetliły cały mój fotel i widziałam jak pyłki kurzu unoszą się nade mną, tańcząc. Zamknęłam oczy. Trzask. Otworzyłam je. Jeszcze więcej słońca, więcej… było go tak wiele, że oczy mimowolnie zamykały się. Krzyczałam w myślach: „Niedziu!”, kompletnie zapominając o tym, że wcale go tutaj nie ma. Zamknęłam oczy, jednak trzaśnięcie znów kazało mi je otworzyć. Spojrzałam z trudem przed siebie. To właśnie on. Połknęłam cztery tabletki na raz. To pozwoliło mi wytrzeszczyć oczy, nie bojąc się światła. Zerknęłam. Opadłam na fotel, wciąż patrząc przed siebie. Nie wierzyłam w ten brak idealności i w to, że… że… nie wyglądał jak święty. Bardziej jak typowy głodujący człowiek. Oprócz lekko siwej brody i przydługawych tłustych włosów, zobaczyłam białą szatę i pas, także biały, przewiązany na brzuchu. Zbliżał się do mnie z dość szczerym uśmiechem. Promieniowało od niego światło z tak dużą siłą, że trudno mi było utrzymać równowagę, już prawie leżąc. I wciąż przymykałam oczy. Poczułam jego rękę na mojej. Lekko przesuwała się, aby objąć szyję. W końcu, gdy postać już przestała się uśmiechać, usiadła, położyła dłonie na własnych kolanach. Szybko chwyciłam za LSD i zaczęłam je wolno i dokładnie przeżuwać. Chciałam, aby mężczyzna już zniknął, jednak pragnęłam jego obecności tak bardzo, że nawet światło, które go otaczało – nie przeszkadzało mi w ogóle. Mówiłam w myślach: „Powiedz coś”. Jednak on zdawał się w ogóle tego nie słyszeć. Bałam się, że powie mi coś w stylu: „Urodzisz syna i nadasz mu imię…” i było to tak przerażające, że gryzłam i tabletkę, i żułam LSD na raz. Nagle, po kilku minutach długiego milczenia, które zdawało się trwać wiecznie, spytałam, czy nie chciałby pożuć razem ze mną. Spojrzał przenikliwie. Zapragnęłam deszczu. Miałam przed oczami jego, jako faceta, o czystych zębach, które w ogóle mi nie przeszkadzają, jako faceta, co patrzy perwersyjnie i wygląda jak stary biznesmen. Kim on jest? Miał tłuste włosy, milczał, przywołując wspomnienie Latynosa…
- Wiem, kto cię postrzelił – odrzekł spokojnym, czułym głosem, mimo dość niemiłej treści. Głos brzmiał zupełnie, jak głos faceta-biznesmena. Więc zapragnęłam go tak bardzo, że aż moja dłoń powędrowała na jego wychudłe kolano.
- Nie chcę tego wiedzieć – uśmiechnęłam się, jak nie ja. Klęknęłam na rozkładanym fotelu, zbliżając się do mężczyzny. Przyłożyłam swoją głowę do jego i złapałam go za włosy. On, po kilku sekundach niepewności, którą czułam tak mocno, jakby to było moje własne uczucie, objął mnie w pasie i trwaliśmy tak. Tak długo i długo, aż przestałam cokolwiek pamiętać.

***
To był Jezus Chrystus. Powiedziałam to, gdy odzyskałam całkowitą świadomość. A był to już dzień siódmy. Dzień wyrzeczeń i całkowitej całkowitości. To był Jezus Chrystus. Moja podświadomość zdawała się mówić.
Otworzyłam zeszyt. Napisałam, zaraz, zaraz… chciałbyś, abym mówiła, że powoli sięgnęłam po długopis z kiosku, a strasznie swędziały mnie łydki? I że oczy przymykały mi się z zabójczym zdecydowaniem i jednak stwierdziłam, że niedobrze mi z powodu zapiekanek z serem, a nie kawy. Chciałbyś? No… Tak więc, napisałam tam:
„Moje życie jest bezpłodne. Tylko na wstępie oblane było kilkoma kroplami wody, co mogłyby równać się mleku. Budzi się we mnie arystokracja – chcę zmienić nazwisko, bo listopad wsiąkł we mnie od stóp do głów.
Czasami tylko jakąś świnią dostanę w pysk.
Ostatniego wieczora, z garścią otwartych słów, milczałam. Miałam kieszenie lepie od wstydu, a dłonie tak słodkie, że przesadzałam je wyżej i wyżej, bo śmierdziały strachem. Teogonia następuje każdego dnia. To za karę. Kara, że kara. Kara, bo kara. Kara za karę.
Na uszy głuchnę – Mozart czy Beethoven. Ja – francuska dewotka, żona modna, godnie urodzona. Ja – wstydzić się nie muszę.
Czasami tylko jakąś świnią w pysk dostanę.
*
Mam zbyt dużo osobowości. Z akcentem na zbyt, by było oczywiście i sensownie.”
Dlaczego ukrzyżowaliście mojego Jezusa? Dlaczego ukrzyżowaliście mojego Chrystusa? Dlaczego ukrzyżowaliście Jezusa Chrystusa? Oto jest pytanie. Dlaczego pytam? Widziałam je wczoraj w jakimś teleturnieju. Trzeba było wysłać sms-a z odpowiedzią. Jaka szkoda, że nie mam telefonu.
Mów! Językami ludzi! Mów! Ja – mów! Mam mówić językami ludzi! Ja! Ja? Ja! Ja, co doprowadziłam ziemię do orgazmu strumieniem wódki! (Serio, chcesz o tym pogadać?) Czyż to nie jest absorbujące doświadczenie? (Yhy-hy-hy-hy-yhy) Nie umiem mówić, ani myśleć w twoim języku, idioto-czytelniku. I całe szczęście. Mimo, że posługuję się t w o i m i literami, których nie byłbyś w stanie wymyślić, mówię inaczej. I N A C Z E J . Dlaczego? Bo, W ODRÓŻNIENIU OD NIEKTÓRYCH, ciąży, och, ciąży na mnie wina za ukrzyżowanie Pana Jezusa.
Bardzo dużo myśli na godzinę. Brak oczywistego czasu, dużo przestrzeni z akcentem na horyzont. Wczoraj bardzo źle się czułam, gdy pewna osoba spytała, co to znaczy „kontrowersja”. Ludzie są nienormalni. Powiedziałam to takiej jednej, a ona uznała to za komplement. Spójrzmy: „Nienawidzę cię! Jesteś jak pilot od telewizora!” Nie uważacie, że osoba, która użyła tej zacnej metafory powinna mi, Z CAŁYM SZACUNKIEM, myć krocze? (Mimo wszystko, nie zgodziłabym się na to z powodów higienicznych vel estetycznych). Dalej: „Skąd tak dobrze znasz kobiety?” Myślę o mężczyznach i odejmuję rozsądek?* Kocham Pana, Panie… tak, tak. Miło mi słuchać też: „Jaruzelski jest kontrowersyjny! Nie mówmy o Kaczyńskich, są kontrowersyjni! Kwaśniewski… jest taki… kontrowersyjny! Ho, ho! O sprawie krzyży nie pogadamy – to kontrowersyjna sprawa.” Cytat w przybliżeniu. Chcesz źródło? Po co? Pijąc wodę też o tym myślisz? Chciałbyś się napić ze źródła? No cóż, to przywilej tylko dla wybrańców. Kim są wybrańcy? Sięgnij do przydatnych źródeł.
Mam psią fobię. Boję się, gdy szczekają. A w tym ciasnym busie ciągle coś słychać. Boję się
_________
*Obejrzyj sobie ten film.


też: schematów, wind, łosi, ludzi, mamutów i nocy. Zazdrościsz?
Koniecznie muszę zobaczyć, co oznacza słowo: „splendor”, bo bardzo mi się podoba. Poczekajcie chwilkę. Poszukam w głowie. O, mam. Oznacza przepych, świetność (mam ochotę na zgryźliwą uwagę). Czyż nie jest to okropne? Bardziej kojarzy mi się z nożem, sznurem i nieokreślonym uczuciem pójścia stąd. (A ty?)

***
Drodzy czytelnicy! Dlaczego nie rozumiecie tego, co odczuwam w tym momencie? Dlaczego nie rozumiecie grozy nastającej każdego dnia, gdy nie mogę się obudzić z wiecznego snu? (Kurde, napisałabym tu jakieś gówno) Dlaczego nie wierzycie w spotkanie z Jezusem? Dlaczego śmiejecie się, w głębi duszy, z mojej laski Filipiny? Dlaczego zmuszacie mnie do porozmawiania z Niedziem? Bo czuję, że tego właśnie chcecie. Dlaczego nie możecie czytać tych wydumanych tekstów, poważnych i powalających swoją oczywistością, a jednak dość ciekawych? (akcent na dość) Można byłoby powiedzieć: dość fajnych. Dlaczego? Proszę odpowiedzcie mi, to mój numer gadu-gadu: 11135174. (Czasami stoję też na trasie.) Na razie go nie używam, ale gdy tylko wrócę do rodziców, to na pewno z wami porozmawiam. Dobrze, zgadzacie się, moi nieistniejący czytelnicy? Nieistniejący przyjaciele? Zawsze mogę na was liczyć. (OCH, OCH!)
Co myślę o spotkaniu z Jezusem? Wy też zadajcie sobie to pytanie. Och, chyba was polubiłam! Sama nie wiem… ostatnio potrafię nie brać przez czterdzieści cztery minuty. Potem mam tak zamulony umysł, że na pewno zazdrościcie mi tej niezależności. (Oczywiście Agatko, czy tam Aleksandrio. Pamiętacie, jak się nazywam?) Cóż, jednak nie wątpię w istnienie Jezusa. No, może rozważam nad Bogiem… czy to nie dziwne, że to SIŁA? Ciężko mi sobie wyobrazić Boga, wciąż mam przed oczami wiatr. Siła wypadkowa, siła grawitacji, a gdzieś pomiędzy tymi siłami jest Bóg. To naprawdę jest dziwne. Może zadzwonić na policję? Oszukano mnie! Co myślę o spotkaniu z Jezusem? Naprawdę chcielibyście wiedzieć? Naprawdę myślicie, że każde pytanie ma w bonusie także odpowiedź? A jeśliby nie miało? Co powiecie na to, że mój umysł jest tak głupi, że nie potrafi wyciągnąć wniosków z najprostszych wydarzeń? Szkoda, że nie umiecie mówić. Czytacie to gdzieś, w jakiejś ciasnej łazience, czy na przerwie w szkole. Myślicie: „ku**a! Ona jest zaje**sta! Muszę ubrać bluzkę z AC/DC i udawać, że jestem inna!” A wiecie, że mi się to nie podoba? To znaczy, rozważmy to. Jeśli, hm… czy AC/DC to dobry zespół? Wkurzają mnie po piętnastu minutach słuchania, ale mimo wszystko nic do nich nie mam. No i skoro oni mają kinder metali, tak jak każdy zespół ma kinder hipisów i kinder kinderów. Jakichkolwiek. Tak ja mam wymyślonych kinderowców. Bardzo mnie cieszy ten fakt. Przynajmniej ktoś mnie docenia. Ktoś nieprawdziwy, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
Teraz sobie popieprzę. Spotkanie z Jezusem Chrystusem – to brzmi dumnie! Wybaczcie, ale cholernie chce mi się śmiać i ścierpły mi obie nogi. Zimno strasznie, bo listopad. Ciekawe, ile mam lat. Spytam dziś Niedzia. Przypomnijcie mi o tym, zaraz powinien przyjść. Jezus – ja myślę, że zjawił się po to, żeby uświadomić mi kilka rzeczy. Chciał powiedzieć, że nieładne jest to, że nie gadam z rodzicami. I że martwi go moje zdrowie. Chciał się poużalać nad ojcem. Na pewno chciał powiedzieć, że tata jest dla niego zbyt surowy. A Jezus, on po prostu pragnie miłości. On kojarzy mi się z jej brakiem (co nie?). To moje pierwsze skojarzenie. Czy nie uważacie, że on jest nieszczęśliwy? Jest taki chudy, mizerny, nie bierze narkotyków. Może jest na mnie zły, że tak o nim mówię? Ja go bardzo lubię, niech się nie złości. Kocham go. Może dlatego, że go nie znam? To jest problem ludzkości. Kochają tych, których nie znają.
Zdrzemnę się. Być może była szesnasta, być może siedemnasta, być może środek nocy. W ogóle nie widać różnicy w ciemności. Dlatego śpię. Zawsze śnię o śnieniu. Czasami widzę po prostu jakiś przedmiot. Nigdy nie robię nic ciekawego. Kiedyś, gdy byłam mała, śnił mi się Jim Morrison, John Lennon… teraz mam tylko jakieś fragmenty i urywki. Postrzępione spodenki – dziś. I widok mnie, jak śpię. Czy nie jest to ciekawy sen?
Co myślicie o Niedziu? Kupił sobie taki fajny, pedalski płaszczyk. Jego broda jest taka długa, że dostaje prawie do ramion. Niedziu nie ma imienia, ani wieku. On jest niedźwiedziem, pod postacią człowieka. A jego rodzice są bogaci. Niedziu nie bierze narkotyków. Tylko LSD. Jest trochę prostacki i nudny. Czasami śpiewa „Rock is Dead”, co bardzo mi się podoba. Czasami też: „I’m King Bee”. Oboje nie znosimy piosenki „Light my fire”. I razem śpiewamy „Revolutnion”. Niedziu nie lubi piosenek o miłości, nie jest romantyczny i śpi osiemnaście godzin na dobę. Nie czyta książek i pewnie wcale nie myśli. Zachowuje się jak idiota i jest idiotą. Dlaczego nie lubię z nim rozmawiać? Wyciągnijmy wnioski! Chce wam się? Bo mi nie… Właśnie przyszedł i się na mnie bezczelnie gapi. Spytam go, ile mam lat i pomyślę sobie o Jacku Nicholsonie w jacuzzi (cudowna wizja, nieprawdaż?).
- Hej, wiesz może ile mam lat? – spytałam, chrypiącym głosem.
- Trzydzieści.
Chwila milczenia. Serce uderza: bum, tiktiktik, buuuum! Burumbum buuuuum. I nagle, nie zgadniecie… po jakiejś milisekundzie, wielkie: BUUUUUUUUUUUUUUM!
- Co, ku**a?! Przecież… - nic. – Dopiero… - nic. - Dwadzieścia osiem!
- No, trzydzieści… bo mieszkamy tu już dwa lata. – Spojrzał na moją ogłupioną minę i dodał: - Nie przejmuj się, ja mam trzydzieści siedem.
TRZYDZIEŚCI LAT!
- Niedziu, Nicholson żyje, prawda? – spytałam głosem, który miał barwę o smaku przerażenia, zaskoczenia, zdziwienia, zdenerwowania, a wszystko to połączone było z kolorem szarym.
- Y… - był zaskoczony, ciekawe, czemu. – Nie wiem.
Zaraz, zaraz… nie jestem w stanie policzyć, ile może mieć lat. Och, dlaczego nie mogę sobie poczytać pudelka, kozaczka, lansika, papilota, czy innego gówna, żeby zobaczyć, że ON NA PEWNO POWIEDZIAŁ, że… nie wiem. Ostatnio mówił, że spał z około dwoma tysiącami kobiet. Ewentualnie dziewczyn. Czyż nie jest uroczy?
To niemożliwe, żeby trwało to aż dwa lata! (No napraffffdę!) Co z moim postrzeleniem? Dlaczego nie ma żadnych informacji o śledztwie? Dlaczego… rodzice, czy oni jeszcze żyją? Tata, jeśli zachorował? Dlaczego ten Jezus musiał tak szybko zniknąć? Muszę wstać, muszę jechać do Ewy… Założę się, że Adam nadal nie ma pracy. Ha! Nawet podczas takich dziwnych momentów mam ochotę na żarty. Fajnie byłoby lecieć takim rosyjskim starym samolotem… Rozmarzyłam się. (Mam ochotę na uwagę w nawiasie).
Wstałam. Liczyłam na to, że poczuję się lepiej, ale natychmiast się przewróciłam. Niedziu pomógł mi wstać, uczesał mi włosy i kazał umyć chociaż twarz. Ani razu nie spojrzałam w lustro, za bardzo się bałam. Bałam się też kałuż… mam nadzieję, że nie zobaczę żadnej. Niedziu dał mi dwieście złotych i ucałował w czoło. Byłam tak kurewsko, za przeproszeniem, zła, że to aż nie do pomyślenia!
Pomyślałam, jaka kiedyś byłam nienormalna, że piłam zimną kawę. I pomyślałam, że nie byłam w łazience od tygodnia. I mam ochotę na tanie wino, które po wypiciu ma smak zapachu (serio) czegoś z samochodu… takiego smaru? Wiecie? Napijcie się, czy coś. Wino marki Wino jest dobre. Czy tam jakaś Sex Afera. Popieprzona nazwa. Widziałam cukierki, które nazywają się Pinda’s. Bardzo dobre. Wspominałam wam, że lubię jeździć trasą? Najlepiej nową. Lubię Kansas, chociaż mój ukochany film (Adam go nie lubi, nikczemnik) mi tego zabrania. Nie wiem, czemu. Może powinnam poczytać? Wiecie, że zbyt często mam wrażenie, że jutro muszę iść do szkoły? Ale takiej szkoły szkoły, a nie jakiegoś gówna. Nie mówcie mi, że to co mówię nie ma sensu. Serio. Tu jest dużo przemyśleń, na przykład dowiecie się, żeby pić wino marki Wino i ten… tam takie, że kałuże są straszne, i że w moim ukochanym filmie jest wzmianka o Kansas. A w innych książkach? Sherlock Holmes coś tam robi… i zjadł grzybka, czy tam w jakiejś Bridget Jones, co była w więzieniu. Czy nie lepiej poczytać o przesolonych frytkach? (Przypominam, że to zapach Polski.) (Nawias.) (Coś.) (Kukuryku!) (Ale to fajne!)
No i jak już wyszłam z busa, to spotkałam babkę w moherowym berecie i powiedziałam jej „dzień dobry!”. Nie odpowiedziała mi. No więc krzyknęłam:
- Mam trzydzieści lat! Trochę szacunku dla staruchów, co?! A pani ile ma?! Sześćdziesiąt?! I dlatego może mi pani nie odpowiadać?! Cooo?! Co?! ŁYSO PANI?! Co? Na pewno! Łysa! Łysa! Głupia krowa… Jak można mi nie odpowiedzieć! No jak?!
Pokazała na aparat na uszach. Machnęłam na nią ręką, a ta się uśmiechnęła. Włożyłam ręce do kieszeni i szłam żwawo (hi hi) chodnikiem, plując do wszystkich koszów. Spotkałam fajną babkę, która mi się spodobała. Miała takie nogi! To znaczy, ona, w porównaniu z Nicholsonem, nie podoba mi się w ogóle. Te jego brwi, och, och! Very sexy. (Prawie jak American Podkoszulek. Rozumiecie żart? Hot dog, też fajna sprawa. Jak powiedziałam w jakiejś budce, że chcę gorącego psa, to idiota nie wiedział o co mi chodzi.) Zagadałam do niej.
- Czeeśśśśśść. Pewnie masz na imię Angelika?
- Znamy się?
- Nie. Widziałam twoje zdjęcia na fotce.pl i naszej-klasie (pl, co nie?)
- Ładne?
- Oczywiście! No więc, Angelika?
- Tak. Eee, skąd wiesz, ee?
- Eee – przedrzeźniając. – Wyglądasz na taką.
- Taaak? – z podekscytowaniem.
- Taak! Jesteś lesbijką?
- Nie! Niee, ee! Nie!
- Szkoda.
- Co?!
- Gówno.
- Gówno? EEEEEE, jakie gówno? EEEE?
- Gówno gówno.
- EEEE, gówno gówno?
- ku**a mać.
Stwierdziłam, że nie powinnam rozmawiać, bo mam chrypę, i że to szkodzi. Chociaż zobaczyłam takiego fajnego dziadka, który w jakimś stopniu przypominał mi… pewnego aktora (jestem tajemnicza).
- Dzień dobry, panu! – powiedziałam, z naprawdę szerokim uśmiechem.
- Dzień, ku**a, dobry.
- Aha… w sumie, sama nie wiem.
Poszedł sobie. Ta dzisiejsza…! Zdjęłam trampki i szłam boso, omijając listopadowe liście. A była godzina dwudziesta. Punkt dwudziesta. Było ciemno. I nie było fajnych ludzi. Ale byłam ja. I było coś, co jest we mnie. I było dużo rzeczy. Ogólnie, no. Kupiłam sobie czekoladę. Lubię czekoladę. To znaczy, ogólnie nie lubię słodkich rzeczy… ostatnio. Ale co z tego? Spytam Ewę, czy kupi mi psa.
Doszłam do centrum jakieś cztery godziny później. Zostawiłam gdzieś tam trampki, no i było mi trochę zimno. W międzyczasie ktoś rzucił we mnie kamieniem, gdy śpiewałam: „I am doll eyes, doll mouth, doll legs. I am doll arms, big veins, dog bait”.*
To było całkiem fajne. Czekałam, opierając się pod drzwiami do mieszkania. Przysnęłam sobie jakoś. Przykryłam stopy wycieraczką do butów i śniłam! Śniłam o Jacku Nicholsonie, który był synem mojej babci. Tej, wiecie, lesbijki. Współczuję mojej mamie (lesbijek, nie Jacka). Szkoda, że moje dziecko nie współczuje mi. Szkoda, że nie mam dziecka. Miałoby francuskie imię i byłoby księdzem. Nie wiem czemu, ale chciałabym mieć syna księdza. Uznawałabym, że jest pedalski, i że mógłby znaleźć sobie lepszą robotę, no ale… Mimo wszystko, mógłby być rzeźbiarzem. Chociaż to też jest pedalskie. I nie byłby taki jak ja. Oczywiście córkę miałabym w dupie. Chcę tylko syna. Jedynaka, bez pucatych policzków. Najlepiej, gdyby był pisarzem homoseksualistą albo kobieciarzem. Na pewno by się nie ożenił. Wiecie co? Chyba miałby na imię Rysiek. Tadeusz? Nie, gniewam się na Tadeusza, bo kazał mi ubrać nowe spodnie do sklepu, no i tom trzynasty był obrzydliwie obrzydliwy. Co myślicie o tym, żebym zmieniła sobie nazwisko? Podobają mi się francuskie. Ogólnie Francja jest całkiem fajna. (Swoją drogą, Brad Pitt ma fajną brodę, co nie?)
Nie wiem, która była godzina, gdy się obudziałam. Jakaś ciota mnie kopnęła. Zrobiłam jej wykład, że nie wolno kląć do trzydziestoletniego człowieka, bo to nie jest etyczne. A ta mi powiedziała coś w stylu… ee, jakaś tam metafora. Ja o tym, że powinna mi myć krocze. Jakaś ciota z tej cioty. No i zapukałam. Puk, puk. Zanuciłam: „Knocking on Heavens Door”. (Yeah, yeah, yee, yeee!) Czekałam czterdzieści sekund na reakcję.
- Tak? – spytał jakiś facet. Miał niebieski szlafrok, szczoteczkę w buzi i czochrańca na głowie. Jakiś czterdziestolatek. „Seksowny” – pierwsza myśl.
- Eee, Ewa już nie jest z Adamem? – spytałam ogłupiona. – Dziwna jest… - powiedziałam do siebie.
- Ewa? W prawdzie znam jedną Ewę, ale…
- Ewaaa! – krzyknęłam, wchodząc do mieszkania. – To gdzie jest dziecko?
- Nie rozumiem.
- Jak się nazywasz? – spytałam, patrząc mu w oczy.
- Dawid Mierzejewski.
_____
Hole – „Doll Parts”


- Pedalsko. Hej! I nie masz żony? – mówiłam głośno, rozbawiona.
- Nie – uśmiechnął się z zamkniętą buzią. Potem poszedł do łazienki i wypluł jej zawartość (hi hi) do zlewu. – A kim jesteś?
- A wiesz, myślałam, że tu mieszka taka jedna Ewa.
- No, już nie mieszka. Najwidoczniej.
- Aha – mówiłam do siebie. – Aha… aha. To mogę tu mieszkać?
- Eee…
- Co, czemu nie? Nie podobam ci się?
- Nie! – odpowiedział zakłopotany. Stwierdziłam, że jest odrobinkę siwy. – Nie, skąd. Ale, czy to nie dziwne?
- Nie. To mogę? Super.
- Chcesz umyć zęby?
Uśmiechnęłam się z uznaniem.
- Lubię cię!
- Zjesz coś?
- Nie wiem – byłam zadowolona. – Z natury rzadko cokolwiek jadam. – Rozwiodłeś się?
- Nie. Gdzie twoje rzeczy?
- Nie mam „moich rzeczy”. Ona się z tobą rozwiodła?
- Nie, nigdy nie miałem żony…
- JESTEŚ GEJEM!
- Nie.
- Kobieciarz!
- Nie.
- Transseksualista.
- Eeee… eee… nie.
- Wiem, jesteś pieprzonym artystą!
Zaczął się śmiać.
- Zamknij tą mordę. – Powiedział dziwnym tonem. Zaczął smarować kanapki masłem.
- Mordę? Jak się wyrażasz do trzydziestoletniej kobiety?
- Masz trzydzieści lat? – ze zdziwieniem.
- No.
- Wyglądasz na mniej.
- To miłe.
- Ty wyglądasz na czterdzieści sześć.
Kiwnął głową.
- Suka – szepnął.
- Suuuuuka! Masz sukę? Ja lubię psy!
- Dzieciak z ciebie. Gdzie jest twój tatuś?
- Chcesz się ze mną przespać? Wiesz… też oglądałam tą komedię.
- Eee…
- Nie golę nóg.
- Ja też nie!
- Pokaż!
- Nie.
- Nicpoń. Gdzie twoja mamusia?
- Chcesz się ze mną przespać?
- Jesteś nieoriginalny.
- A ty brzydka.
- Pff. Kup mi ciastka z kremem, jak pójdziesz do sklepu. Lubisz ciastka? I może jakiś sok… pomarańczowy. Czarną herbatę, parówki, musztardę…
- Jesz parówki z musztardą?
- Pewnie. I… suszone jabłka, żółty ser, a na obiad… może łazanki jakieś? I kup mi jakąś książkę, najlepiej nudną. W porządku?
- Ta, zapisz mi, bo zapomnę.
- Sam zapisz. To idę spać. Mogę?
- Taa.
- Idziesz do pracy?
- Tak.
- Teraz?
- Za godzinę.
- Gdzie pracujesz?
- W radiu.
- Nuda.
- Czy ja wiem.
- To zrób mi jeszcze omleta z dżemem i mnie obudź.
- Dobranoc.
- Dobranoc.

________________

To jest pseudointeligentne gówno, nie wiem czemu to piszę, ale przyjemnie się to robi przynajmniej.
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2010-01-05, 14:12   

indianer napisał/a:
To jest pseudointeligentne gówno, nie wiem czemu to piszę, ale przyjemnie się to robi przynajmniej.
:) Stanowczo nie zgodzę sie z przedrostkiem 'pseudo' pewnie dla tego , że uwłaczał bym swojej inteligencji, bo również, właściwie, nie wiem czemu to czytam???? :) Też również , przyjemnie, sie mi robi, przynajmniej. Może patamu szto toże nie spotykałem się ze zrozumieniem , prosząc o gorącego, bądź wściekłego psa :) , kto dzis zwraca uwagę na znaczenie słów?
--Nadal brak w tym jakiejś ramki, celu ...... powiedział bym, że jest to wymierzone we wszystko i wszystkich czyli w nic. To nieco za durzo , lub za mało. jeśli cel jest nie znany, to trudno poważnie mówić o jakości środków.... użytych do jego osiągnięcia . :)

Jednak z narastaniem masy liter , coś się jednak kroi jakby ...
_________________
hmmmm..? :(
 
 
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2010-01-05, 14:40   

No ale, skoro to jest o życiu to jaki cel w nim może być? Taki ot, żaden. Jest kilka wątków i taka historyjka. Jest. Tak "sę".

Mam tego prawie 50 stron :lol: Nie wiem jak to możliwe, czemu, itd. Ale bardzo przyjemne, bardzo, bardzo, baaaardzo.
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2010-01-05, 14:44   

indianer napisał/a:
***
Drodzy czytelnicy! Dlaczego nie rozumiecie tego, co odczuwam w tym momencie? Dlaczego nie rozumiecie grozy nastającej każdego dnia, gdy nie mogę się obudzić z wiecznego snu?
Rozumiecie , ale do odczucia grozy potrzebna jest wieksza identyfikacja z zagrożonym podmiotem. Mam wrażenie , że nie dorysowujesz części postaci , bohaterki :) , jest jakoś niedomaterializowana. Każdy ma momenty, lekkiego, znormalnienia , jeśli nawet , krótkie, to w tych, czegoś chce , kogoś kocha , do czegoś dąży , nawet jesli zupełnie nieefektywnie, nawet jesli sam siebie oszukuje i jest to bez znaczenia w zasadzie. I te elementy są powtarzalne i jednakowe.

Można opowiedzieć o czym sco było ,co sie zdarza, takie ........-- ale wtedy już sie pisze z jakiejś pozycji ustalonej ..... Bo gdyby nie istniała , nie powstałby zapis.

--nie da sie utożsamić , z czymś, kimś bez przymiotów , albo ze zbyt mocno sie zmieniającymi przymiotami .
Hmm może źle mowie? ... Bohaterka jakby , nie lubi nikogo i niczego, do nikogo, nie przykłada wagi większej , niż do papierka po gumie do żucia. Może sie odwrócić zainteresowana przejeżdżającym tramwajem i , opuścić go i już on nim nie pamiętać wiecej.
Jako taka nie może wzbudzić sympatii , czy współczucia.... - nie jest czzłowiekiem -jest niematerialna . Podobny może byc robot , owad. ludzie się nieraz tak zachowują , ale nigdy nie sa tacy całkiem , nawet psychopaci. :)

[ Dodano: Wto Sty 05, 10 2:47 pm ]
indianer napisał/a:
jaki cel w nim może być?
Pozorny , wyimaginowany , spowodowany irracjonalną uczuciowościa , alo zadawniony marzeniem z dzieciństwa , że ktos koniecznie chce zostac , zorrem. maszynistą, kosmonautą , kimś ważnym , kimś szanowanym , komu sie beda kłaniac, modelką , świetym, wampirem :)
--To o celu postaci .

Ja w sumie mowiłem o celu pisania :) opis życia może byc na nie i moze byc niesprecyzowany , nie spójny , ale jakąs baze musi mieć , pozycje na której siedzi opisywacz. Bo inaczej wszystko jest wzgledne i bez znaczenia.

A jako takie , nie budzi emocji, jest obojętne czytającemu.
_________________
hmmmm..? :(
 
 
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2010-01-09, 11:26   

***

Jeden… Szesnaście, trzydzieści siedem… Nooo, spoko, czterdzieści dwa wystarczy. Czy ja nie jestem za stara, żeby mówić „spoko”? Wprawdzie mam, cholera jasna, psiakrew, sialala, trzydzieści lat! Cóż… porozmawiajmy o… nie wiem. Jest dziewiętnasta trzydzieści sześć, mam pustkę w głowie, leżę w wannie i jest mi gorąco. Pieprzony blok. Zawsze tak palą. Ale to jest naprawdę przyzwoite mieszkanie. I ma dużo bajerów. Nową wannę, nowe wszystko. Za czasów Ewy… He, hę. Dawid jest zdecydowanie za bogaty. I dziwny. Ciekawe, co u Latynosa. Nie lubię taty. Posłuchałabym Dody czy tam Nergala (na jedno wychodzi). Prawda, że mają fantazyjne pseudonimy? Mój jest lepszy, bo nie mam żadnego. Poczekam na Mierzejewskiego. Jest bardzo seksowny. Chociaż szesnaście lat starszy. Mam obsesję na punkcie liczb. Swoją drogą – dawno nie rzygałam. Co powiecie na mały, aksamitny RZYG, na ten cholernie czysty dywanik? Dawid albo jest pedantem, albo ma sprzątaczkę. Nie znoszę posprzątanego czegokolwiek. Śpiewam sobie stare piosenki Kasi Kowalskiej. Wiecie, że Dawid ma naprawdę dużo owoców? Dzisiaj zjadłam już cztery banany. I zrobiłam dużo nieoczywistych rzeczy. Hi, hi.

„Kochany pamiętniczku!
Data: ee?
Waga: 43 kg
Liczba papierosów: 31
Liczba tabletek: 666, ewentualnie 69
Alkohol: of course!
Mieszkanie: Dawid Mierzejewski
Wiek: 30 (z akcentem na trzy)
Liczba obejrzanych filmów: 4
Niezdrowe jedzenie: pewnie tak

Nie mogę się zdecydować – Agata czy Aleksandra? Co myślisz, mój ty pamiętniczku kochaniutki? Tęsknię za LSD. Dawid długo pracuje.
Papa!”

Nudziliście się kiedyś w ten sposób? Czy szaleniec ma czas na podsumowanie sobie czegokolwiek? Bo jeśli… może ja wcale nie jestem szaleńcem? Co prawda – potrafię myśleć sensownie przez jakieś szesnaście minut dziennie. No i mamy dzień jedenasty – dzień zastanowień. Może powinnam uświadomić sobie, że nie jestem dzieckiem?
„Ty mały sukinsynu!” – aha. Kto tak mówi do swoich dzieci? Niech podniesie rękę. Cóż… może sama powinnam mieć dzieci? „Pierdol się! Siądź na grzejniku!” – aha. Czy siedzenie na grzejniku zmusza do jakichkolwiek refleksji? Można też oglądać filmy o głuchoniemych. Mój wujek był taki! Potem się okazało, że udawał… ale to dość długa historia. Bo on chyba jakoś miał być moim tatą czy coś… kiedyś ktoś mi coś mówił, ale teraz pamiętam tylko pijane, spocone twarze. Aż chciałoby się zacytować: „Ty nieudaczniku! Ty, ty kwadratowa dupo!”. Bawi was to? Bo mnie jak cholera. Tak, wszyscy oglądają „M jak miłość”. Dlaczego wszyscy to oglądają? Nie wiem, kurwa, ja naprawdę nie wiem. A myślałam, ba, ba, ba! Spodziewałam się wręcz, że jestem taka mądra. A nie potrafię odpowiedzieć na banalne, zaraz, zaraz – to zdecydowanie za trudne pytanie.
Miałam powiedzieć, że znalazłam w szufladzie zapiski. Personalia osobowe – mówiąc ładne. Moje. Były jakieś formularze czy wyniki (śmieszne pieczątki też), pisali o mnie. O tym postrzeleniu – dwa, trzy lata temu. Postanowiłam spytać Dawida, bo w końcu to była jego szuflada, ale ten kazał mi się położyć.
Coraz częściej namawia mnie na odwyk. „Nie mogę iść na odwyk, boli mnie noga!” – mówię zawsze do tych pdeudo-dobrych popieprzeńców. Mówi, mówi, dzwoni. Ale ja mam laskę, czuję się fajna, żaden na mnie nie leci i źle skacze mi się na koncertach. A oni mówią mi: „Człowieku! Ty nie chodzisz na koncerty! Weź się, weź się! Cz-cz-człowieku! Ty się weź się zastanów – weź się!” – mniej więcej. Przecież chodzę na koncerty… byłam na, ee… Red Hot Chilli Peppers? Jak jeszcze mieli zespół. No i w końcu powiedziałam, że nie będę brać, bo mam zamulony mózg. Ten idiota przypomina mi, że kupił mi książkę, a nie zaczęłam jej czytać. Mówię: „Spoko, spoko, nie biorę”. Nie? Nie wiem, czy biorę. To odruch taki. Włosy też sobie poprawiam i o tym nie wiem. Co nie? Ale wiecie – „Spoko, spoko”.
Bo Dawid to ma bardzo dużo dziwnych znajomych. Jego szef mnie lubi. Prawda, że to dziwne, że jego szef do niego przychodzi? W ogóle oni są tacy… zżyci! Prawda? Coraz częściej myślę nad tym, że on jednak musi być gejem.
***
Jakoś tak przez trzy dni wzięłam tylko czterdzieści tabletek. Za to rzygam. I musiałam, po prostu musiałam zjeść kokosowego batona. Inaczej by mnie coś zeżarło, wżarło, pożarło od wewnątrz. A na zewnątrz to jak zwykle. Tyle, że łydki zadrapane jeszcze bardziej. W sensie – mam ten, eeeeeeeeeee… no, ten… b… bandaż! No. Dawid ogólnie jest dziwny. I ogólnie widziałam Latynosa chyba. Przez okno. Chciałam zapukać, ale skapnęłam się, że jest otwarte. No i mnie zaintrygowała ta szyba, a on zniknął. Też mi los!
Żyję bezsensem i się nim dławie. Dawid ma na mnie dziwny wpływ. Czy to możliwe, żebym mogła się w nim zakochać? Ostatnio kochałam się w Jezusie. Ale w Dawidzie? On musi być gejem. (Spytałam go, czy stanął mu kiedyś na widok jakiejś dziewczyny.) I poza tym, siwy, wykształcony, poukładany – nuda! (Obraził się.) W każdym razie mu przeszło. Mniej biorę, tak, tak. Upiłam się też whisky. To świństwo. Obrzydliwe. Obróciłam całą w piętnaście minut. Mierzejewski się złościł. Powiedział: „Powinienem ci dokopać, kosztowała ileś tam”. Tylko nie powiedział „ileś tam”, a cenę. Ale nie pamiętam. Chodzę od ściany do ściany i w obie stukam. Ciekawe czemu w jednej słychać pukanie, a w drugiej nie? Aha! Zapomniałabym! Zaczęłam pisać opowieść. Sama do końca nie wiem, jak można byłoby ją… ee, zaszufladkować? Tak, zaszufladkować. Ogólnie to stanęło na: „Miłość jest…” Oczywiście wcześniej było dużo, dużo, czterdzieści cztery strony, ale zapukał ten idiota – sąsiad! I ja mówię, że pewnie przyszedł po sól, a on, że pobili mu kogoś tam, więc zatrzasnęłam przed nim drzwi. Czuję się samotnie przez te dwanaście godzin, kiedy Dawid jest w pracy. Ma pedalskie imię, no nie? Mówiłam już, że mniej biorę? Ale teraz sobie łyknę ze dwie? Mogę?
Dawno nie byłam na dworze. Wczoraj wzięłam tylko dziewiętnaście. Robię postępy. Śnią mi się pijani indianie. To dobry czy zły znak? Skoro trzydziesty pierwszy sierpnia nie był dniem ostatecznym, to może go wcale nie będzie? Ta, ta… nadejdzie wraz ze śmiercią, ale irytuje mnie ta dosłowność. Czuję się już wystarczająco oszukana, odkąd wiem, że Pan Bóg jest siłą, a Pan Jezus dokonywał wszystkiego jako metafory czy tam… pieprzone słowa, uciekają mi z tej popieprzonej głowy! W każdym bądź razie – nie dosłownie.
„rozsądek merda ogonem
raz dwa trzy

raz - cisza
w kieszeniach się
nie mieści

dwa - po n-tym
kieliszku
już nie czuć

trzy - rozstrojone
oczy opadają
nie myślą

raz dwa trzy

dziesięć,
gdy pchłę palcami ściskam
i strząsam z koszuli”

Nie uważacie, że czasami imprezy są bardzo przydatne? Tak jak spotkania z Jezusem, chodzenie do Kościoła i wszystko, co… nie ma sensu. Tak jak życie. Przeżyj godnie, umrzyj godnie, i tak dalej. Nuda. Nuda. Swoją drogą – pieprzyłam się z francuzem, czy to nie fajne? Stwierdziłam, że jest za szybki i w ogóle tak napiernicza po swojemu, że mało co rozumiem. Uczyłam się francuskiego na studiach, ale mówię raczej wolno. Chyba nie spodobało mu się to, że gadałam o tym, że byłam kiedyś zakonnicą. I zaproponował mi – sukinsyn – rehebilitacje. Dał mi wizytówkę. Chyba był lekarzem. Nie wiem. Ale Dawid mnie gdzieś zabrał, jakieś coś, ee… międzynarodowe gówno. Nie pamiętam, nie pytajcie mnie, ja nigdy nic nie wiem. Wiersz w pamiętniku zapisałam tak ot, bo mi pasował do strony. Taką kratkę miała ciekawą i przebojową.
***
Niespodziewane miesiąc później.
Okazuje się, że biorę tylko siedem dziennie. Upijam się tylko raz w tygodniu, a palenie podwyższyło się do dwóch paczek. To tyle jeśli chodzi o głupotki. Ale jem zdrowo. I pieprzyłam się też z Dawidem, który jednak nie jest gejem. Jest za to nieśmiały. Tak, zbyt opiekuńczy, wkurzający, denerwujący, opiekuńczy, nudny, dziewczęcy, pedalski, dziwny i nie wiem, co jeszcze. W każdym razie dziwny. Napisałam sto sześćdziesiąt stron i mam zamiar skończyć moją powieść. Jest o niczym. Myślę, że powinnam poszukać mieszkania. Chodzę na rehabilitacje do francuza. Nie wiem, czy mi coś pomagają, bo jestem przymulona. Dawid szuka mi pracy… Czemu ja się na to wszystko godzę?! Byłam w Kansas przez trzy dni. Sama nie wiem czemu, ktoś mnie zabrał. Aha! Mierzejewski proponuje mi, że zawiezie mnie do Ewy. Czuję się, jakbym zaraz miała umrzeć. Albo urodzić się jeszcze raz.
Wersja pierwsza jest bardziej kusząca. Tęsknię za trzydziestoma dziennie i za laską, której już prawie nie używam. I za bólem, który był dość miły… I latynosem, Ewą, Adamem, Jezusem, Niedziem i rodzicami. Najgorsze jest to, że latynosa się nie znajdzie nigdzie – po prostu nigdzie. Pozostaje tylko to, że kiedyś zadzwoni. Do Ewy, bo do Ewy, ale ta może mu poda mój numer. Nie poda, bo on nie mówi. Ech. Może poda.
Dawid zmusza mnie do zakupu testu ciążowego. Gdy go kupię będzie mówił: „No weź, nasikaj na niego! No idź, nasikaj! No, nasikaj! MAM NASIKAĆ ZA CIEBIE?!” Jestem o tym przekonana. Przeliterować? Po prostu jestem przekonana.


EPILOG
Czyli jakieś osiem lat później.

Nie powiem, że to koniec. Nigdy nie ma końca, nawet wraz ze śmiercią. Co było dalej? Czy to ma znaczenie? To tylko miękkie czynności, proste rzeczy, a wszystkie nic nie znaczą. Tylko jedno życie – Aleksandry Polańskiej, którą też Agatą P. zwano. I nic już więcej interesującego. Żadnego artyzmu, bo? Jedno dziecko – Ryszard Tadeusz, brak męża, porządna praca. I wiecie co to oznacza?
Nie da się być stuprocentowym nienormalnym człowiekiem. Zawsze, nieważne kiedy, znormlaniejesz, znajdziesz pracę i urodzisz dzieciaka (czy ewentualnie spłodzisz). Więc co mogę powiedzieć więcej? Jestem nieszczęśliwa, niespełniona i nie mam nadziei na cokolwiek. I tak dzieje się z każdym. To nie morał, to smutny fakt.
Nie chodzę już na koncerty, a nawet nie mam świadomości tego, że kiedykolwiek chodziłam. Rysiek ma siedem lat i jest grzecznym dzieciakiem. Rzadko rozmawiamy, nie mam z nim zbyt dobrego kontaktu. Nie piję, nie palę, nie biorę, a nawet nie potrzebuję już laski. Wyprowadziłam się od Mierzejewskiego, gdy tylko nasikałam na ten popieprzony test. Znalazłam pracę, kupiłam mieszkanie… W końcu mam dość ciekawe wykształcenie (dość!). Niedługo skończę czterdzieści lat. Nie mam przyjaciół, mój szef mnie podrywa, nie pogodziłam się z rodzicami i nigdy nie zobaczyłam Ewy, Adama, ani ich córki. Jezus nie odwiedził mnie już nigdy, Robert i Niedziu też. Tylko latynos. Dwa tygodnie temu przyszedł do mojego mieszkania i POWIEDZIAŁ, że to on mnie postrzelił. Przytuliłam się do niego i rozpłakałam. On zaczął pieprzyć, że czekał na ten moment, aż weszcie się ustatkuję i będę normalną, prostą kobietą. I że on było tym przekonany.
Wkurwiłam się. Spoliczkowałam go trzy razy. I patrzyłam, jak leży przede mną na fotelu. Pocałowałam go w czoło – i był to mój drugi pocałunek w czoło. Nie pytałam, czemu do mnie strzelił, gdzie był, i dlaczego przestał udawać głuchoniemego. Nie spytałam. Poszłam do kuchni i napiłam się soku. Wróciłam, stanęłam w progu. Latynos pokazał mi tebletki. „Chcesz?” spytał. „Powtórka z rozrywki?” odpowiedziałam złośliwie. Uśmiechnął się i wsypał sobie kilka do buzi, a potem chodził po pokoju i oglądał każdy przedmiot. Ja usiadłam. Pokazałam na puste miejsce obok mnie. „Siadaj!” – głupi uśmiech. „Nic ci z głowy nie spadnie!” I pocałował mnie. Ten popierdolony ćpun mnie pocałował.
- Byłeś w więzieniu?
- Byłem.
- Ile lat?
- Nieważne. Tęskniłaś?
- Nieważne.
Poszedł, wcześniej narzygał też do wanny. Rysiek pytał kto to, powiedziałam, żeby odrobił lekcje. No, cóż… przeszłam przez te wszystkie rozdziały i spróbowałam wszystkiego. Teraz mogę umrzeć w samotności. Czekam jednak na czwartek.

„mijamy się już w drugiej połowie dnia
żadnych reakcji; szorstki czwartek -
najdłuższy dzień tygodnia. dziewczynka
ma ość w gardle, doniczkę bez kwiatu niesie;
ja znam wszystkie rekwizyty, przeczuwam radość,
nie huśtam.

czy nie powinnaś powiesić już prania?
kot mógłby się wynieść; te wszystkie miękkie czynności
zamykanie oczu - otwieranie powiek
kurtka przeważyłaby już kilka schodków;
a senne Macondo mogłoby istnieć

czemu więc przybywasz do mnie tej nocy -
i jaką oschłą czułość włożyłaś do doniczki?”


***

PS. Latynos umarł z przedawkowania 18 listopada. W czwartek.
PS2. Mimo wszystko – dnia siedemnastego wcale nie było albo o nim zapomniałam. Liczenie już mnie nie satysfakcjonuje.


______________

konieeeeeeeeeeeeeec.
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2010-01-17, 18:27   

Mareczek napisał/a:
ile ty naprawde masz lat?


--Chyba jednak ma 13 :) część z tego co jest fajne, to bardzo świeże spojrzenie, jeszcze nie wygładzone opiniami innych :) .
--Ale fakt trudno uwierzyć :) świetne to w sumie .
_________________
hmmmm..? :(
 
 
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2010-01-17, 19:34   

Jak nie wygładzone?

I już 14... i rocznikowo to już 15 :(
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2010-01-17, 21:02   

indianer napisał/a:
I już 14... i rocznikowo to już 15

-Kuna starzejesz się :) --Ale ja tez, calkiem skleroza mi mąci, nawiązałem do jakiegos postu z przed czort wi ile , nawet go nie moge znalezc teraz... Zupełnie 'z dupy' i bez sensu :)

Hyba 'wogle ' bredzę..... A wygładzone....?....--- z czasem czlowiek swoje opinie porownuje z otoczeniem , i jakby je ociosuje , zaokragla zeby mnej odstawały, w sumie to dobre i sensowne , ale w krancowych wypadkach doprowadza do 'gdakania' :) szczególnie kobiety :)

--I wszystkie gdaczą to samo, potwierdzajac nawzajem idiotyzmy i banały i to ze, 'ta Kowalska to K.. prosz pani ' :) Corazbardzij zadowolone , no bo jak wszystkie to samo to na bank maja rację . :)
_________________
hmmmm..? :(
 
 
 
Nieznany 
Rektor
(czyt.: sprzątaczka)


Wiek: 44
Dołączył: 09 Lis 2006
Posty: 10506
Skąd: wiesz?
Wysłany: 2010-01-18, 15:18   

Uff.. skończyłem.

Proza pneumatczna.
Zabija na śmierć.

Bardzo dobre!!
_________________
"Masz styl i masz klasę, zostań moim przydupasem".
Stephen King "Ręka mistrza"

 
  Zaproszone osoby: 1
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2010-01-22, 14:36   

A macie początek takiego opowiadanka:

_____________________________

CLARK

Moja żona ma na imię Kristen. Ożeniliśmy się dwudziestego lutego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku. Wiecie jaki to był dzień? To dzień, w którym popełniłem największy błąd mojego życia. Nic tego nie przeważy – praca, studia. Nic! Nie mam odwagi rozwieść się z nią. Już taki jestem – tchórzliwy i naiwny. Nie ukrywajmy, że po prostu zbyt dobry, żeby od niej odejść. Ona tego nie docenia! Nie docenia dni, które spędzam w pracy, aby ona mogła sobie kupić buty za trzy stówy! Trzy stówy – ile to godzin napieprzania? Ile? Co ją to obchodzi? Jestem zbyt dobry! Zbyt dobry!
- Kochanie, masz ochotę na śniadanie? – pyta mnie rankiem. – Co? Parówki? – nachyla się nade mną, leżąc w łóżku. Pewnie myśli, że mam ochotę patrzeć na jej brzydką twarz i zropiałe oczy, no… i wąchać ten smród nocnej koszuli. – Co, kochany? Tosty? – skrzeczy mi nad uchem. Zerkam na zegarek, jest siódma trzydzieści. – Hm? Chcesz to śniadanie?
- Po co się głupio pytasz?! Co?! Może mam je sobie sam zrobić? Tak? Tak myślisz? – pytam, starając się opanować gniew. Gdy tylko spojrzę na tą jej popieprzoną mordę, zalewa mnie krew. – Tak, chcę śniadanie. Zrób śniadanie. – Mówię spokojnie, żeby od rana nie wyskakiwała z tekstami, że ją obrażam. Suka.
Już takie jest moje życie, bo po prostu połknąłem za dużo idiotyzmu. Za bardzo się wpasowałem do rzeczywistości, stając się jednym z wielu. Pamiętam jeszcze opowiadania, które pisałem będąc dzieckiem, czy później – nastolatkiem. Myślałem, że to złe, że mnie wyśmieją i takie tam pierdoły… no i przestałem. Mogę powiedzieć „nigdy sobie tego nie wybaczę” i byłoby w tym może choć trochę prawdy… Cóż, w jakimś stopniu pogodziłem się z sobą, swoim nudnym życiem, wspomnieniami, przeszłością i przyszłością. Jedynie teraźniejszość mnie wkurza. A nawet bardzo. Budzenie się przy trzydziestosześcioletniej Kristen, patrzenie na jej śmierdzącego psa, zapieprzanie do szesnastej i oglądanie tego gówna w telewizji. To mnie martwi. Przyszłość? Nie, bo jutro może być lepiej, dużo lepiej. Zawsze tak jest. Czyżbym był optymistą? Oho!
Dziś niedziela. W każdym pokoju, a nawet łazience, mam zegarek. To moje przyzwyczajenie. Nie mogę nosić zegarków na ręce, bo gdy tylko wrócę z roboty, rozbieram się niemalże do naga. A godzina – rzecz święta. Jest taka przerażająca, pociągająca, kusząca, wyjątkowa. Godzina. Myślę – GODZINA! Nieprzewidywalna, nie dająca się zaplanować, inna, cudowna… i czasami straszna. Kristen mówi mi, że mam hopla na swoim punkcie, no wiecie, sen, czas i te sprawy. No, może bardziej jej chodzi o te „zwykłe” czynności, niż o mnie samego. W każdym razie – to głupia nic nierozumiejąca baba. Jest siódma pięćdziesiąt sześć. Rozbieram się i wchodzę do wanny. Kąpiel powinna zająć mi jedenaście minut. Zawsze dbam o to, aby nie stracić ani sekundki. Milisekundki. Milisekundeczki. Żadna przede mną nie umknie.
„Wtulam” się w wodę i relaksuję. Nie wiem jaka jest definicja tego, co zrobię za trzydzieści minut. Bo już, mniej więcej, to przewiduję. Ona powie mi, że jestem czterdziestoletnim, starym dziadem i przeżywam kryzys wieku średniego. Wiem o tym. Będzie otwierać tą wielką, ciężką mordę w zadziwiającym tempie, o tak. Pies będzie na mnie warczał, ale już wiem co z tym zrobię – zamknę kundla w kotłowni. Och! Muszę dziś przekroczyć granicę, a wcześniej ją trochę popieścić. Granica, to brzmi świetnie. Robię tak kilka razy dziennie.
- Cześć – mówię zgryźliwie. Łapię kundla za nogi i otwieram drzwi do kotłowni. Rzucam nim i szybko za sobą zamykam, żeby mi nie wybiegł. Wkurza mnie ta szczekająca kupa, ale przynajmniej nigdy mnie nie gryzie. To dlatego, że kiedyś dostała ode mnie kijem w pysk. – Tosty? – pytam z udawanym zaciekawieniem.
- Tak – odpowiada szybko i milczy. Zaraz będzie pieprzyć coś o Hipisie. – Naprawdę musisz nim tak rzucać?! – Tak! Wybuchnęła!
- Oczywiście – odpowiadam elegancko, przeżuwając tosta. – Nie uważasz, że pies jest zbyt głupi, żeby spędzać ze mną czas?
- TAK! – wrzeszczy. – TAK! – piszczy. – Nie mam ochoty… naprawdę… - plączę słowa. – Ech! – wzdycha i rzuca tostem na talerz. Keczup przykleja się do białego obrusu. Uśmiecham się sarkastycznie, mając nadzieję, że to zobaczy.
Zauważyła i patrzy na mnie gorzej niż na psa. To oczywiste – na psa patrzy z uwielbieniem. Na mnie? No cóż. Gapi się teraz z wściekłością, wytrzeszczyła oczy tak mocno, że to aż zabawne. Uśmiecham się do niej, mrużąc oczy z zadowoleniem.
- Ty czterdziestoletni stary dziadzie!
- O co ci chodzi? – pytam, wyciągając colę z lodówki. – Tylko zjadłem… tosta. Wiesz, był okropny – mówię akcentując zabawnie słowa. – Obrzydliwy, wiesz? Mogłabyś się bardziej starać, bo to tylko zwykłe śniadanie. – Uśmiecham się i piję colę.
- Wiesz – mówi, nie mogąc nad sobą zapanować. – Ty po prostu przeżywasz kryzys – plącze palce, stojąc przede mną w samym szlafroku i rozczochranych włosach. – Kryzys! Kryzys wieku średniego! O! Tak ci powiem! – Odchodzi i siada przy stole. Nerwowo uklepuje swoje włosy i nie może zapanować nad łzami w oczach. Biedna, zdenerwowana kobieta.
- Nie, kochanie. Ja tylko idę do pracy.
- Do pracy? – wybucha śmiechem, jakby było w tym cokolwiek śmiesznego. – Do pracy! – śmieje się żałośnie. – W niedziele! Zabawne… - Czuje przewagę, bo to ja się pomyliłem, nie ona. A to zdarza się rzadko, szczerze mówiąc prawie wcale.
- Można tak powiedzieć, bo idę pracować na komputerze. – Mówię, jak zwykle, wolno. Myślę, że zacznie gadać coś o stronach pornograficznych, jednak nie sądzę, żeby miała na tyle odwagi. To tylko znerwicowana baba.
- Taak! – trudno jej złapać powietrze. – Taaak! Pracą nazywasz oglądanie gołych bab! W końcu to też jest takie męczące! OCZYWIŚCIE!
Staję w progu. Odwracam się na pięcie i spoglądam przenikliwie. Zastanawiam się, co teraz zrobić. Podchodzę wolno do kredensu. Ta popieprzona baba się mnie boi i ucieka wzrokiem do swoich stóp, odsuwając się od stołu. Ja opieram się o kuchenkę i stoję tak kilka sekund, budując napięcie. Widzę, że jest już na tyle przestraszona, żeby ją zaskoczyć. Więc… co robię? Chwytam za patelnię, która przepełniona jest mięsem na obiad i oglądam ją. Patrzy na mnie i już prawie się uśmiecha – wtedy rzucam patelnią w ścianę. Pies warczy z przestraszenia w kotłowni. Porypaniec. Cały obiad jest na włosach Kristen. O, tak.
- Wyglądasz lepiej, niż wcześniej – mówię, uśmiechając się. – Lepiej niż wczoraj… i przedwczoraj. – Hm… obiad o czternastej, w porządku?
Kristen siedziała bez ruchu na krześle. Zalana łzami i z surowym mięsem na głowie i ramionach. Szlochała i patrzyła bezradnie na mnie, gdy wchodziłem na drugie piętro. Nie wiem, co robiła dalej. Ja włączyłem sobie komputer. Dziesiąta szesnaście. Bez najmniejszej ochoty oglądam te nudne pornosy. Już dawno przestały mnie rajcować. Ale to część mojego dnia. Powtarzająca się. Taka sama, jak spanie, jedzenie i takie tam. Zauważyłem, że rzadko myślę o Kristen. Nie wspominam nigdy naszego ślubu, nie obchodzę jej urodzin, ani żadnych pieprzonych rocznic. Sam nie wiem. Mam tylko czterdzieści lat. Jestem tylko facetem w średnim wieku.
Jedenasta czterdzieści dziewięć. Wstałem i patrzyłem tępo na ścianę. Przecież gdzieś w garażu są moje stare płyty Stonesów! Powinny też być zdjęcia Dakoty i kilka starych skrętów. O, cholera. Zbiegłem na dół, prawie jak dziecko, które czeka na prezenty pod choinką. Jest! Jest! Wyciągam całą szufladę z szafki. Klnę do siebie z zadowolenia. Niosę ją na górę. Dawno nie byłem tak nienormalnie ucieszony. Do nowej wieży wkładam jakąś płytę.
- „Brown Sugar” – krzyknąłem. A potem zacząłem się do siebie śmiać. Jak dziecko. Jak małe, popieprzone dziecko. Usiadłem na łóżku i wyjmowałem wszystko po kolei. Siedemnaście zdjęć Grażyny. Jeden ciężarek. Kilka pamiątkowych skrętów. Paczka po pierwszych papierosach. Tu jest wszystko!
Siedziałem tak bardzo długo, bo prawie trzy godziny. Nie przejął mnie fakt, że powinienem zjeść obiad. Pomyślałem, że zamknę drzwi na klucz, a potem nazwę Kristen egoistyczną świnią, która nie chce przystosować się do moich norm. Jednak ona nawet mnie nie zawołała. Może to i dobrze. Jednak to nie ona była w centrum moich zainteresowań. Myślałem tylko o Dakocie i o najcudowniejszym roku mojego życia. Zaczął się konkretnie w lato tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku… Długie czarne loki, piwne oczy i niezmienny szeroki uśmiech na twarzy. I potem Kristen. Ta gruba, bogata świnia. Kasa była ważniejsza. Poświęcenie stuprocentowe, równe stuprocentowemu oszustwu. To cudowny zbieg okoliczności, proszę pani mamy – dobrodziejki! Dlaczego mi nie powiedzieliście, że jesteście parszywymi grubymi nędznymi świniami? Dlaczego ja mam świnić z wami? To nieetyczne, psze-pani. Nieetyczne, mamo dobrodziejko, kurwa mać. Ja jestem tylko czterdziestoletnim facetem. Trochę wyrozumiałości… i szacunku?
Pamiętam, jak gdyby to było wczoraj, gdy zabrałem Kristen na koncert Stonesów. Powiedziała, że wokalista to „niehigieniczna, niewychowana ciota”. Sam nie wiem, dlaczego ciota. I było mi, kurwa, żal, bo Dakota uwielbiała Stonesów. I Pink Floyd i każdy inny dobry zespół. I była piękna… i szczupła. To istotny fakt. „Rzuć fałszywe filozofie (…) Rzuć fałszywe ideologie…” – tak zawsze mi śpiewała. Dakota.
Kristen? Kochała się w Polańskim. Wiecie o co chodzi? „Och! Gdybyś potrafił myśleć jak on!” czy „Co za film! Co za ujęcie! Cudowny…” i takie tam inne sztywniackie westchnięcia. Nie wierzę. Nie wierzę. No i tam jakoś po ślubie, na pierwszą rocznicę kupiłem jej psa. Niech ma. Wiecie, miało być coś oryginalnego, coś takiego och, żeby mogła powiedzieć, że jest podobny do Polańskiego, czy coś w ten deseń. W każdym bądź razie – nie była do końca zadowolona. Nazwała go Hipis, cóż za pardon! Nie wiem, czy wiedziała co znaczy to słowo… Jak ja jej nienawidzę! Ech… mówiłem już, że ten kundel mnie nie znosi? Zakochał się w niej. Często zajmuje mi miejsce w łóżku, wymiotuje do butów, czy robi inne jakże „ekstrawaganckie!” (według żoneczki, oczywiście) czynności. Pieprzony kundel. To maltańczyk. Ale i tak kundel, i szczekająca kupa.










TIMMY

- Pomyśl o jutrze – zaczęła mówić do mnie spokojnie – pomyśl o jutrze, jako o dniu ostatecznym. Dniu najlepszym ze wszystkich. Wiesz jaki będzie to dzień? – lekko podniosła brwi i spojrzała czule.
- Nie wiem – odpowiedziałem, jak zwykle, łagodnie.
Westchnęła.
- Timmy, pomyśl sobie po prostu, że jutro umrzesz! – szepnęła, siląc się na tajemniczość i sięgnęła po lampkę wina. Dakota bez wątpienia była piękną kobietą. Ciemnoczerwone włosy związywała w kok, a usta miała pomalowane na mocno czerwony kolor. Długa szyja i niewyobrażalnie szczupła sylwetka. Tak, to Dakota. Kobieta, którą kocham.
- Nie wiem, czy śmierć mogłaby mnie zadowolić…
- Jak to nie?! – krzyknęła, co spowodowało mój uśmiech. – Nie myślisz wyższymi?
- Co?
- Pytam, czy nie myślisz wyższymi uczuciami – burknęła od niechcenia i nalała sobie kolejną lampkę wina. Zastanowiłem się, co może mieć na myśli. Powoli zsuwałem się z fotela, podczas gdy Dakota siedziała dumnie, kładąc jedną nogę na drugą. Zerknąłem nieśmiało i powiedziałem:
- Myśleć uczuciami? To chyba nielogiczne – wysiliłem się jednak na odrobinę racjonalności. To najlepsze rozwiązanie.
- Oj, Timmy… Ty nic nie rozumiesz! – krzyknęła, żałowałem, że mówi do mnie jak do dziecka, a nie jak do mężczyzny. Przecież czuję się jak prawdziwy, stuprocentowy facet… tyle, że wiek nie idzie z tym w parze. Kurczowo trzymałem się spodni, czasem wkładałem dłonie do kieszeń, a czasem po prostu nic z nimi nie robiłem. Ale dłonie były nieposłuszne i chyba chciały zrobić coś niedobrego.
- Ile masz lat? – zapytałem nagle i poczułem jak się czerwienię.
- A czemu pytasz? – spojrzała na moją zakłopotaną minę, a potem poklepała mnie po kolanie. – No dobrze, powiem ci, jeśli zgadniesz.
- Trzydzieści? – szepnąłem. Potrząsnęła głową przecząco. – Trzydzieści dwa?
- Nie, Timmy. Czterdzieści cztery.

***

To naprawdę dziwne, że ludzie ciągle piszą pamiętniki. Przykładem jest moja siostra. Moja siedemnastoletnia niedojrzała siostra. Ma na imię Kate. Nie znoszę tego prostackiego imienia. W każdym razie to, co zobaczyłem w jej pamiętniku… było dziwne. Nie za bardzo za nią przepadam, ale to siostra. Ale!
„Czy coś może mnie usatysfakcjonować? Nie, ale czy chodzi o satysfakcje? O przyjemność, tak. I mówienie: „Nienawidzę tej pierdolonej kurwy”, za przeproszeniem, oczywiście. Te, no wiecie, różne osobowości – raz w tę stronę, raz w inną. Brak równowagi, heej! To bardzo przyjemne! No sama nie wiem. Bo to już jakoś z pokolenia na pokolenie, prawda? To i tak bez sensu. Nie lubię sensu. Kurwa, nienawidzę sensu. A wiecie, że nigdy nie klnę? Tylko tak jakoś, kurwa, czasami. Źle się, kurwa, z tym czuję. Serio. Potem nie śpię, zrywam się z łóżka na każdy przejeżdżający samochód i ogólnie dużo się modlę. Wiecie o co chodzi? I tak jakoś sobie uświadamiam, powoli, że jestem nieinteligentnym człowiekiem. Ale mi to chyba, kurwa, w ogóle nie przeszkadza.
Mniej się boję piekła, bo chyba się starzeje. Czy to ma jakikolwiek sens? I po co się pytam ciągle o ten pieprzony sens? ON NIE ISTNIEJE. Ale za to istnieje coś takiego jak alkohol. I wiele innych całkiem fajnych rzeczy. TAAAK! Jestem niemoralnym i niedojrzałym człowiekiem. Wiem, ale po co? Ja tam lubię… mieć jakąś laskę z prawej, a jakąś inną z lewej i ogólnie miejskie czy wiejskie dyskoteki… Kurwa, co ja pieprzę. No tak – kurwa.
Ogólnie rzecz biorąc – nie mam imienia i zamierzam być alkoholikiem. Z wyboru, no nie? Nie zamierzam zrobić w życiu nic wielkiego, słusznego i żadnego innego. Lubicie mnie? No spójrzcie na mnie. Uśmiechnijcie się do mnie. Tak! No dalej, dalej.
Hę, no więc było to mniej więcej tak, że on… no, mój ojciec. Jest paskudną dyktatorską świnią. I uczucie, którym go otaczam nazywa się nienawiścią córowską. Nie wiem dlaczego, ale tak to się nazywa. No i mój ojciec, kurwa, moralizatorska świnia, jest alkoholikiem. A właściwie już go nie ma. Bo umarł. Ale go nienawidzę. Ale umarł. Noooo, dużo sobie wypiłam.”
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
Ostatnio zmieniony przez indianer 2010-01-22, 15:58, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Nieznany 
Rektor
(czyt.: sprzątaczka)


Wiek: 44
Dołączył: 09 Lis 2006
Posty: 10506
Skąd: wiesz?
Wysłany: 2010-01-22, 15:50   

Hmm.. jest... jakby łagodniej. Ale trzymasz poziom. Coś w tym jest. Nowa jakość. Zero rzygania :lol: ale za to trochę porąbanego kochania (a jest jakieś inne?). Taa... pisz, dziewczyno, masz we mnie czytelnika. :)
_________________
"Masz styl i masz klasę, zostań moim przydupasem".
Stephen King "Ręka mistrza"

 
  Zaproszone osoby: 1
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2010-01-22, 15:53   

No, o rzyganiu pisze się najlepiej :D Ale muszę przestać. Ogólnie mam dużo pomysłów, ale i tak zawsze piszę sobie takie bzdury, jak fragment pamiętnika tej dziewczyny. No, okropna jestem.
I dziękuję za ocenę. :D

[ Dodano: 2010-02-27, 19:56 ]
www.kozmic.blog.pl

[ Dodano: 2010-04-01, 14:49 ]
Gorzkie gody.

Obsypywałam się ćmami i stało się to najlepszym urozmaiceniem wieczorów. Owady pod kołdrą obijały się o nasze nogi, które były położone obok siebie w idealnej odległości. Dźwięki gitary elektrycznej wprawiały w drżenie wszystkie zakończenia naszych nerwów. „Czego ci jeszcze brakuje?” Już niczego – mogłabym odpowiedzieć. Myślę jednak o niskim głosie afro-murzyna, siedzącego gdzieś na żyrandolu. To i tak nieprawda. Szokujące odpowiedzi są tylko po to byleby zapełnić pustkę. Pustkę; ona chyba pływa. Całe moje ciało to próżnia. Duszy nie mam.
Symfonia nieadekwatna była zupełnie do godziny, w której oboje się rozpływaliśmy. Przywykłam już do tego, że on gra w łóżku. Jak gdyby tylko gitara była jego jedyną kobietą. Ale nie słuchałam już muzyki, a orgii odbywającej się w mojej głowie. Miliony spoconych ciał krzyczały „LSD!”. Och, moje wyobrażenia idealnego życia zmieniają się wraz z godziną. Chociaż Jezus śpiewający „Hare Krishna” to już dawno przeszłość.
Noc rozlatywała się nad nami i chyba naprawdę mogłabym się rozzłościć, gdyby dzień nadszedł zbyt szybko. Ty przestajesz grać i po omacku uklepujesz kołdrę swoimi wielkimi dłońmi. Ja zwijam się w kłębek i przesuwam na sam koniec łóżka. Nie znajdziesz mnie, gdy zamknę oczy. I znów przypominam sobie chwile, które kiedyś mogłam wymyślić. Najważniejsze to żyć jak najmniej.
I co zrobisz? Teraz gdy noc wypełniła całe nasze sumienie i nie pożądamy już siebie wcale. Telefon nie dzwoni; nigdy nie dzwonił. Budzik zasypia pod kloszem. A my? W idealnej, wręcz symetrycznej odległości od siebie spoglądamy z utęsknieniem na sufit. Gdybym tylko chciała choć dotknąć jakiejkolwiek części jego ciała. „Zaparzę herbatę” – mówi , zupełnie tak jakby nie czuł już nic poza ukłuciami ćmy.
I to właśnie my – wyciągnięci poza całą wszechogarniającą dziką przeszłość. My oglądający telewizje. On, któremu nigdy nie odpowiedziałam na żadne pytanie. Oto małżeństwo bez słów. Ze szczytu spadające w dół, prosto na niziny, aby w końcu polec w całkowitych depresjach, zabijając w sobie całą miłość. Oto niepotrzebne przywiązanie.
„Byliśmy zbyt chciwi, dziecinko” powie kiedyś mój latynoski mężczyzna. Jeszcze kilka godzin.
Teraz czas na herbatę.
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Wersja forum PDA/GSM

Template NoseBleed v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne

Forum administrowane przez: Grimlock, Nieznany