Forum KGB
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
[Czytelnia] Orkan Rafał W. "Głową w mur"
Autor Wiadomość
Nieznany 
Rektor
(czyt.: sprzątaczka)


Wiek: 44
Dołączył: 09 Lis 2006
Posty: 10506
Skąd: wiesz?
Wysłany: 2009-03-01, 17:22   [Czytelnia] Orkan Rafał W. "Głową w mur"

Jeżeli ktoś szlaja się ;) po różnorakich forach, zwłaszcza po Zaginionej Bibliotece, lub na forach periodyków Fahrenheit, Nowa Fantastyka i in. może znać autora tej książki, ma On tam nick Dabliu. :) Jak najbardziej polecam tę kniżkę, jest pierwszą z trzech w powstającym cyklu. :D

Cytat:
Co zrobimy? Łamanko?

Mów, dziwko, bo tracę nerwa!
Kułak bandyty okazał się twardy niczym głaz; Aksa upadła na klepisko. Z jej rozkwaszonych ust wydobył się krwawy bulgot westchnienia, który zaraz przerodził się w niemal bezgłośny szloch.
– Gadaj. No, co jest z tobą? Nie chcesz ty żyć?
Aksa spojrzała spod opuchniętych powiek na swych oprawców. Para największych chyba osiłków, jakich w życiu widziała. Przypominali odarte z futra człekokształtne bestie o spłaszczonych, nieludzkich pyskach i małych oczkach.
Skąd mogli się dowiedzieć? – pomyślała i zaraz otrzymała potężne kopnięcie w brzuch. Przed oczami eksplodowała jej ciemność i Aksa poczuła, jak mocarne ramię ujmuje ją za warkocz, po czym z ogromną siłą podnosi do chwiejnego pionu. Zatoczyła się, lecz trzymający ją mężczyzna nie pozwolił na ponowny upadek.
– Mój kamrat – usłyszała za sobą niski szept i poczuła gorący oddech na karku – opogadał, że straszna z ciebie pepla, jak wychylisz. Czasem jak człek pochleje, to umie wygadywać najgłupsze dyrdymały. Na przykład chwali się, że ma jeden taki kamyk. Drogi kamyczek.
Aksa rozpłakała się na dobre. Nie potrafiła już dłużej powstrzymywać łez napierających na obrzmiałe powieki. Trzymający ją za włosy osiłek z twarzą czerwoną jak miąższ arbuza pchnął bezwładne ciało na ścianę i splunął. Cuchnąca flegma zawisła zielonkawym soplem u nasady jej warkocza, leniwie ściekając za ucho.
– Płacą ci za obciąganie, a nie za gadanie. Widzisz tera jak to jest, kiedy gębą robisz nie to, co trza? Jesteś kokotą, obmierzłą bladzią. A myślałaś ty, żeś jaka gawędziara? Zrypałaś sprawę i tera musisz nam całe wygadać albo ci te długie kulaski poobrywamy.
Bandyci „szczekali” pyskówką – uliczną gwarą Psiego Dołka. Ten, który dotąd ani razu nie zwrócił się bezpośrednio do Aksy, kopnięciem przewrócił krzesło i, ułamawszy jedną z drewnianych nóg, zbliżył się do dziewczyny. Na półzwierzęcej twarzy wykwitł paskudny grymas.
– Wetknę ci to w dupsko, jak nic nie piśniesz. I będę gmerał tak długo, aż zrobię ci marmoladę w brzuszysku.
– Ja jej zara połamię grzbiet – powiedział pierwszy. – I tak nam nic nie wygada. Ani chybi pękłem jej buźkę. Popatrzmy po chałupie jeszcze raz, a nuż sami zniuchamy tego kamyka...
Aksa osunęła się po spękanej ścianie niczym żaba rzucona o kamień. Czuła, że koniec jest bliski i przez moment naszła ją zbrodnicza myśl, żeby jednak wydać kochanka, wyznając całą prawdę. Wiedziała jednak, że w tej chwili nie miało to już znaczenia. Oprawcy i tak ją zabiją, choćby dla zabawy. Właściwie już nie żyła.
Wtedy usłyszała cichutki płacz.
– Grevo – wyrwało się jej z opuchniętych warg.
– Co ona gada? – Czerwonogęby bandyta szturchnął kolegę, po czym zwrócił się do Aksy. – A więc buźka jeszcze cała, co?
– Czekaj, Torkeh – uciszył go towarzysz. – Słyszysz?
Obaj zamilkli. Skamlący szloch dobywał się spod podłogi, od strony łóżka. Torkeh kopnął leżącą pod ścianą kobietę i, rozjuszony, odsunął skrzypiący mebel, po czym zabrał się za zrywanie obluzowanych desek w podłodze.
Aksa zaś legła na plecach i nie mogąc znieść myśli o tym, co się za chwilę wydarzy, zapadła w czarną jak smoła otchłań rozpaczy.
– Tuś mi, chłystku! – zakrzyknął mężczyzna i z niewielkiej wnęki wyciągnął za koszulę drobnego, kilkuletniego chłopca. – Tera mały wygada nam, gdzie mamunia schowała kamyczek.
Chłopiec trząsł się ze strachu. Łzy malowały mu brudne szlaczki na policzkach. Malec siąkał nosem, drżał, i wydawało się, że zaraz wyskoczy mu serce.
– No, gadajże, maleńki. Widziałeś ty, gdzie mamunia kładła kamyk? Bo jak nie wygadasz, to będzie cię przemocno bolało. Tak przemocno, że umrzesz i wrzucą cię do Krematorium.
– Czekaj – przerwał mu drugi. – Tak nic z niego nie wykręcisz.
Odsunął towarzysza od malca, przyklęknął na jednym kolanie i spojrzał dziecku głęboko w oczy.
– Opogadaj nam, mały, gdzie jest kamyk, który chowa mamunia, a damy tobie worek słodkości i małego kundla i... i nic złego nie zrobimy mamuni.
– On nic wam nie powie – wykrztusiła z trudem Aksa. – Jest niemy.
Uniosła się z trudem na łokciach i niezdarnie poczołgała w stronę mężczyzn. Przypominało to niezręczny chód okaleczonej gąsienicy z trudem pełznącej w paszczę drapieżnika. W zdegenerowanym umyśle jednego z oprawców powstała myśl, by wykorzystać chłopca jako kartę przetargową. Pochwycił więc głowę malca w kleszcze swych potężnych dłoni i wyszczerzył się w złośliwym uśmiechu.
– No, mamuniu, gadaj, co trza, albo tobie bachora ubezgłowimy.
– Nie jestem jego matką – bardziej wykasłała, niż powiedziała Aksa.
Wściekły Torkeh puścił malca i zbliżył się do pełznącej klepiskiem kobiety, by przygnieść ją brutalnie ciężkim buciorem. Aksa opadła twarzą w pył. Opuszczały ją resztki sił. Czuła to. Wiedziała, że nie zostało jej wiele czasu.
– Nastaw słuchy, złotko – wysapał mężczyzna charkotliwym pomrukiem dobywającym się z głębi potężnej gardzieli – nie rusza mnie to ani trochę. Mam w dupsku waszą pokrewność. Możesz być siostrą, córką tego szczyla albo nawet hodowaną przez niego świnią. Nic to dla mnie nie znaczy, bo ja chcę kamyk. I dostanę go, choćbym miał rozpruć i wywlec na drugą stronę ciebie i tego bachora. Bardziej mnie obchodzą szczyny, którem zostawił wczoraj na ścianie bajzlu, gdzieżeś rozkraczała giry. Więc – ściszył nieco głos – kochanieńka... dawaj... pierdolony... kamyk! – Ostatnie słowo wykrzyczał jej wprost do ucha.
Aksa przestała płakać. Zabrakło łez; zdawało się jej, że już wszystkie wyciekły ze zmaltretowanego ciała.
Wycieńczona ciągłymi szarpnięciami szlochu przepona padła niczym zatłuczony pies. Kobieta zdołała jedynie unieść dłoń i wysunąć środkowy palec w górę.
– Wsadź to sobie... w dupę.
Zirytowany Torkeh uniósł stopę, którą przygniatał Aksę do podłogi, przymierzając się do potężnego ciosu w kręgosłup.
– Jesteś tylko suchą gałązką – powiedział, lecz zanim zdążył kopnąć, zawiasy w drzwiach skrzypnęły i w izbie stanął osobliwie odziany młody mężczyzna.
– A co to? – powiedział z uśmiechem. – Ktoś zabawia się z tą niewiastą przede mną? To zdecydowanie koliduje z moimi planami.
Aksa, przydeptana przez wielkoluda, nie mogła dostrzec jasnej, pozbawionej zmarszczek twarzy nieznajomego.
Przybysz odziany był w modną skórzaną kurtkę zdobioną czerwonymi aplikacjami udającymi rybią łuskę. Spod płaskiego kapelusika spływały blond włosy ujęte w drobne warkoczyki zakończone srebrnymi skuwkami.
Wesołe oblicze zdawało się aż tryskać beztroską i fałszywą życzliwością.
– Panowie już kończą, jak mniemam? Mam tu do załatwienia sprawę wielkiej wagi – oznajmił, wydobywając spod kurtki złoconą strzykawkę. Z końca igły wypłynęła samotna kropla jakiejś cieczy i mężczyzna raźnym krokiem zbliżył się do powalonej Aksy. – Panowie pozwolą... To nie może czekać. Pragnąłbym zostać z tą panią sam na sam.
Potężnie zbudowani bandyci, pod względem postury rażąco przewyższający nowo przybyłego, spojrzeli po sobie w zdumieniu.
– Patrzaj no, Torkeh – powiedział jeden – ten fircyk to jakiś pomyleniec.
– Ani chybi, Dyrdo, ani chybi...
– Co z nim zrobimy? Łamanko?
– Za pozwoleniem – przerwał nieznajomy. – Zależy mi na czasie i na prywatności. Więc gdyby mogli panowie pokonwersować sobie na klatce schodowej, moja wdzięczność nie miałaby granic.
Bandyci szeroko rozwarli półzwierzęce pyski, wpatrując się w dziwacznego gościa i zastanawiając, czy jest on na tyle głupi lub szalony, by bez strachu wchodzić im w paradę, czy może ma w zanadrzu jakąś niezwykłą broń, dzięki której był tak dalece pewny siebie. On sam zaś sprawiał wrażenie osoby zupełnie ślepej na groteskę zaistniałej sytuacji.
I tylko Aksa, spoglądając na zapłakanego, skulonego w rogu pokoju przerażonego chłopca, dysponowała niezłomną pewnością co do własnej przyszłości. Wiedziała, że jej niegdyś piękne, a teraz doszczętnie zgruchotane ciało umiera.


Cytat:
Spłoniesz, spłoniesz, spłoniesz...

Stała na rozległym polu, którego bezmiar utkany był z szarego pyłu. Pod jej bosymi stopami ścielił się popiół, nad głową zaś wisiały stalowoszare chmury. Nie istniał tu horyzont, widnokrąg czy jakikolwiek krajobraz; jedynie ściana nieruchomej, nieprzeniknionej szarości.
Nie była sama.
Wraz z nią stali w równym szeregu inni; nadzy mężczyźni i kobiety o skórze poznaczonej licznymi bliznami i śladami poparzeń. Na wyprężonych jak struny ciałach lśnił pot. Wzrok, utkwiony w oddali, porażał wyrazem skrajnej, niemal chorej determinacji. Znała ich, znała też powód, dla którego wspólnie czekali na tej popielnej pustyni z płonącymi mieczami w dłoniach, lecz zacierał się on w pamięci niemal natychmiast, gdy próbowała go świadomie przywołać. Po chwili zaczął ogarniać ją przejmujący strach.
Ruszyli.
Kroczyli naprzód, kawałek po kawałeczku, krok po kroku, aż mięśnie nóg poczęły zmieniać się w rozgrzaną do czerwoności stal. W oczach płonęły im krwawe łzy, lecz brnęli w szarym pyle bez chwili wytchnienia. Dobiegł ich, niosący się gromkim echem, jednostajny grzmot, który narastał miarowo, zdając się miażdżyć powietrze przed nimi.
Przybyły.
Wyłoniły się z szarej mgły. Potworne maszyny, tocząc swe monstrualne cielska na żelaznych gąsienicach, rozpętały pandemonium. Wyrzygiwały w kierunku maszerujących hektolitry roztopionego, niewiarygodnie gorącego ołowiu. Wojownicy z płonącymi mieczami topili się w tych wymiocinach, płonęli w ogniu wypluwanym z rozgrzanych do białości luf, dławili się czarnym, tłustym dymem wydalanym przez odwłoki-kominy, starając się za wszelką cenę przetrwać.
U nasady czaszki zaatakował ją pulsujący, potworny ból. Coś kazało jej przeć wraz z innymi przed siebie, nie bacząc na brodzących we krwi towarzyszy, tarzających się we własnych zmiażdżonych trzewiach, płonących i trawionych kwasem pośród ogłuszającego ryku silników i wplecionej weń kakofonii rozedrganych, agonalnych jęków.
Ból odbierał zmysły, wypełniał każdy mięsień i gwałcił umysł, tętniąc w żyłach, jak gdyby miast krwi wpompowano jej płynny, żywy ogień. Wokół widziała wyjące twarze, strzaskane, beznogie korpusy i strumienie krzepnącej w locie posoki. Lecz wciąż żyła, nadal parła przed siebie, nadal oddychała. W oparach wyrzucanych przez gargantuiczne rury wydechowe widziała bliskie sylwetki maszyn. Skoczyła do ataku. Unikając wirujących ostrzy, dopadła do mechanicznego serca i cięła mieczem bez opamiętania, aż płomienie jęły łapczywie pożerać stalowo-mięsny organ. Ogłuszył ją jęk zawodzącej potwornym zgrzytem maszyny, oślepił nagły błysk.
Zmierzchało.
W ogarniających wszystko ciemnościach, zdających się łapczywie pożerać światło, usłyszała ni to męski, ni kobiecy głos. Dobywał się z jej własnych trzewi jak z żywej membrany, by rozbrzmieć wprost w popadającym w obłęd umyśle.
„Spłoniesz we własnym ogniu. Spłoniesz i osuniesz się w otchłań. Jesteś zbyt słaba. Zbyt słaba. Niedostrojona”. W mroku pojawił się drobny, świecący punkt. Zapatrzyła się weń, a on rósł lub zbliżał się jak spadająca gwiazda.
„Spłoniesz, spłoniesz, spłoniesz...”
Głos wirował w całym udręczonym ciele, doprowadzając ją do graniczącego z bólem orgazmu. Świetlisty punkt eksplodował ogniem. Płomienie pochłonęły wijące się w bolesnej rozkoszy ciało, hartując je w gorącym podmuchu i w chłodzie głosu, wciąż rozbrzmiewającego wewnątrz strzępów umysłu.
Runęła w czarną jak smoła czeluść.


* * *


Otworzyła oczy. Z mroku wyłoniła się niezgrabna sylwetka Havry dzierżącego w dłoni ołowianą czarkę. Zaklinacz zamachał jej dłonią przed twarzą.
– Co z tobą? Dychasz?
– Słabo – odparła, rozprostowując ramiona. – Długo leżałam?
– Małą chwilę. Wygięło cię w łuk, potem chwyciły cię jakieś drgawy, aż żem się wystrachał. A zara patrzę, a ty rozwierasz gały i siadasz jakby nic. Eyra przypomniała sobie teraz, jak przed zapadnięciem w ten dziwny stan obserwowała zaklinacza. Havra uruchomił aparaturę, później roztopił na łyżce onyks, który przeobraził się w czarną breję, a ona tę breję wypiła.
Później chyba straciła przytomność, bo dalej pamiętała już tylko osobliwe i przerażające obrazy ze snu.
Wspomnienie tego, co przed chwilą przeżyła, ogarnęło ją lękiem. Pamiętała wszystko, szczegół po szczególe, lecz, mimo wysiłku, nie potrafiła nic z tego zrozumieć.
Dziwna wojna rozgrywała się w jej wyobraźni na nowo.
– Eyra? – zaniepokoił się. – Nie odpływaj mi tutaj.
Nagle dotarło do niej, że czuje się zgwałcona. Przechyliwszy się nad krawędzią łóżka, rzygnęła żółcią wprost na zakurzone deski podłogi. Havra jęknął i pobiegł po miskę z wodą, po czym zabrał się do zmywania wymiocin. Później zaparzył wzmacniające zioła, które miały pomóc dziewczynie zminimalizować efekt osłabienia po zaklinaniu.
– Eyra, a co ty tam masz? – Wskazał po jakimś czasie na jej dłonie.
– O co ci chodzi? – zapytała, nie rozumiejąc.
– Pokaż te graby. Zasmolone jakieś...
Spojrzała na dłonie. W miejscu, gdzie powinny widnieć linie życia, głowy, serca, losu, gwiazdy i wody, ciągnęły się czarne, jakby wypełnione smarem, bruzdy.
– Takem zaklęta – odrzekła i dodała po chwili: – To gdzie jest dom tego agenta, coś mi o nim nagadał?
Havra podał jej adres Vessira. Eyra dopiła napar, po czym, obiecawszy zaklinaczowi rychły powrót z odtrutką, opuściła przepełniony stęchlizną warsztat, wyszła ze „Studni” i udała się w drogę do Węzła.


* * *


Eyra pragnęła gorąco wierzyć, że Grevo został porwany właśnie przez człowieka Vessira. Inaczej nie miałaby bodaj żadnego punktu zaczepienia i jedna myśl o tym kosztowała ją kolejną falę mdłości. Nie musiała jednak długo trwać w niepewności, gdyż zjawił się oto na jej drodze – nieopodal mieszkania, do którego udała się, by zabrać ze sobą kilka drobiazgów – pryszczaty chłopak o aparycji zbitego kundla, twierdząc, że ma wieści dotyczące jej dziecka.
– Mój szef, pan Pakabero – oznajmił wyrostek – kazał mi powiedzieć, że masz coś, co do niego należy. A on ma coś twojego, więc czeka na wymianę.
Adres, pod jakim miało dojść do wymiany, okazał się jednocześnie adresem domu Vessira, toteż Eyra kazała młodzieńcowi przekazać swemu pracodawcy, iż dziś jeszcze stawi się na miejscu. Odezwała się w niej rychło nadzieja, że być może nikt nie będzie sprawiać jej kłopotów i cała rzecz rozwiąże się bezkrwawo. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że już pozbawiła się tej możliwości, pozwalając na zaklęcie w sobie onyksu.
Nie było już czego wymieniać. Pozostawało wydrzeć synka z rąk porywaczy siłą. A krew buzująca w żyłach z nową energią dodawała jej pewności i wiary w to, że posiada wystarczającą do tego moc.
Prawdę powiedziawszy, Eyra nie mogła doczekać się, by jej użyć.


* * *


Winda powoli wjeżdżała coraz wyżej i wyżej. Eyra jeszcze nigdy nie widziała Domeny Pierza z tak wysoka. Kamienne bloki, niczym słupy postawione u zarania dziejów przez niewyobrażalnie gigantyczne istoty, pięły się wysoko, ku niebu zaciągniętemu popielatą kołdrą ciężkich chmur. Powietrze pachniało kwaśnym deszczem. Dzielnica Jadeitowa była jak wielka termitiera.
Mieli tu swoje rezydencje Złotoręcy średniego szczebla – urzędnicy, matemaci, hedonedukatorzy i członkowie tajemniczego konklawe geografów. Zamieszkiwali wydrążone w kamiennych wysokościowcach rozległe apartamenty, do których można się było dostać jedynie zewnętrznymi windami. Rando Vessir zajmował trzydziesty szósty poziom – dostatecznie wysoko, by zmusić Eyrę, aby kurczowo przywarła do stalowej ramy chroniącej przed wypadnięciem. Czym innym zdawało się jej podróżowanie równie wysokimi estakadami Domeny Dzbana, gdzie przestrzeń ograniczały ciemność i odległe ściany gigantycznej jaskini, czym innym zaś droga, która na pozór wiodła w chmury. Tutaj wiatr szarpał klatką windy jak niecierpliwe dziecko próbujące poruszyć pająka zamkniętego w słoiku.
Jednak widnokrąg był tutaj również ograniczony; wysokie mury miasta pięły się aż pod samo niebo. Jadąc w górę, Eyra zastanawiała się, jak wygląda to miejsce, o którym opowiadają przybysze spoza murów, gdzie ziemia ponoć łączy się z niebem.
Choć na tej wysokości powinno być zimno, Eyra zaczęła pocić się z gorąca. Przyprawił ją o zdumienie żar, jaki poczuła głęboko w trzewiach, a który za moment przemienił się w gorejącą zgagę. Spojrzała na dłonie dręczone coraz wyraźniejszym, piekącym bólem; po wewnętrznej stronie spływały czarną, parującą mazią.
Eyra odniosła wrażenie, że wraz z rosnącymi emocjami rosła też temperatura jej ciała i osobliwie zmieniała się jej percepcja. Im większy strach i gniew, im silniej wzmagała się w niej determinacja, tym gorętszy stawał się oddech. W ustach zbierała się ślina o konsystencji błota. Eyra splunęła i ze zdumieniem przyjęła fakt, że flegma zapłonęła w locie i wypaliła smolisty ślad w metalowej podłodze.
Winda zatrzęsła, zatrzymując się na trzydziestym szóstym piętrze. Wiatr przemocą wciskał wydychane powietrze z powrotem w płuca. Cisza zagrała w nienawykłych do spokoju uszach Eyry.
Zapadał mokry, skisły wieczór.


Źródło: katedra.nast.pl

Więcej informacji o książce: na KGB lub na blogu Autora.
_________________
"Masz styl i masz klasę, zostań moim przydupasem".
Stephen King "Ręka mistrza"

 
  Zaproszone osoby: 1
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Wersja forum PDA/GSM

Template NoseBleed v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne

Forum administrowane przez: Grimlock, Nieznany