Forum KGB
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Proces stworzenia
Autor Wiadomość
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2012-05-25, 20:02   Proces stworzenia

Czy mogłam utracić świadomość?
Tak się chyba stało. I oto zostałam niedźwiedziem z fioletowymi dziąsłami. Każdą radość i słowo odrzucam z największą pogardą. A dławię się własnym szaleństwem. Polując na zwierzynę urojeniową, zapominam, że uczestniczę w tym świecie i posiadam imię. Gdy nie biorę, czuję, że nie robię nic ważnego. Na Boga, co jest ważniejszego od nieustannych odlotów w kosmos, rozszczepiania się świadomości i wkraczania w nieistniejącą przestrzeń?
Tak się stało, to jest fakt. Po prostu obudziłam się z fioletowymi dziąsłami. Spojrzałam w lustro i wykrzyczałam do siebie milion przekleństw, chociaż na pewno tylu nie znałam. Jak to możliwe, że nagle dostałam zsinienia? Czy biały ładnie komponuje się z fioletowym? O co chodzi?
Nie wiem, czy zawsze byłam niedźwiedziem. Ale faktem jest, że nim zostałam. Przecież musiałam się urodzić, i kurwa, zostać. Tutaj. Musiałam polować. Moją ofiarą był kawałek niebiańskiego uniesienia. Czytałam o sobie w gazetach, o niedźwiedziu, który odlatuje w kosmos, który zamilkł na wieki i zachorował na autyzm schizofreniczny.
Moja nora była tak mała, że nie mieściła nawet książek. Moi rodzice zawsze przyjmowali takie nieokreślone kształty, że nigdy nie mogłam znaleźć odpowiedniego słowa na to, kim oni są. Nie mam żadnego pojęcia o ich gatunku. Któregoś dnia stało się tak, że zabolał mnie niedźwiedzi światek i zapragnęłam pozbyć się ciała. Broń Boże, zmienić płeć, gatunek czy cokolwiek. Chciałam żyć nienamacalnie. Seks był tylko dla niedźwiedzi, a fizjologia przerażała. Więc obgryzałam paznokcie małymi ząbkami, a fioletowe dziąsła świeciły niedźwiedziom w oczy.
Gdy nałykałam się kolejnych tabletek zapragnęłam wiedzieć, dlaczego się tutaj znalazłam. Język i komunikacja przerażała mnie. Nie umiałam zrozumieć żadnego słowa, a co dopiero odnaleźć w nim sens. Czy moje IQ już tak zmalało, że mogło słuchać tylko rytmicznych dźwięków? Rytm i symetria zaczęły sprawiać mi, temu nieogarniętemu niedźwiedziowi, niesamowitą radość! Jak to możliwe, że stałam się zwierzęciem?
I wkładałam jedzenie do ust. I jadłam. I wychodziłam. I szłam. Im głębiej moje nogi wbijały się w ziemię, tym bardziej nienawidziłam i chciałam uciec w nieskończoność. Nie ma przestrzeni nigdzie. A moja głowa jest zbyt mała, zbyt mała, zbyt mała… Nigdy nie zrozumiem Boga.
Zrozumieć Boga! Pardon! Oszalały zdziczały niedźwiedź z wścieklizną. Powinni mnie wywieźć, jeszcze matka mnie zagryzie. Powinna mnie zjeść albo zostawić to chore dziecko. Sama sobie pierdolę życie, a moje dziąsła kwitną… Jak dobrze byłoby zakwitnąć dla Boga na wiosnę. I znaleźć więź.
Mijałam i mijałam. Aż uciekłam od siebie.
Obudziłam się nie istniejąc. Spojrzałam na siebie i nie było mnie we mnie. Zaczęłam siebie wołać po imieniu, którego nie miałam. Pozostawałam w wrażeniu, że stoję obok siebie. I okazało się, że jestem. I że zostałam tam… daleko. Ale ja nadal nie wiem gdzie. Myślę, że w kącie tej nory siedzę i na siebie patrzę. Nagle przyszło mi do głowy, że rozszczepiłam się jak Voldemort. Ona (czy to ja?) patrzy tam na mnie, w mojej głowie i widzę ją, jak chodzi i śmieje się do mnie w przeciwsłonecznych okularach. Nie rozumiem, dlaczego ode mnie uciekła. A mi… mi zostało już tylko ciało do spróchnienia.
Nie, nie. To nie może być prawda. Jak oszalała biegałam po swojej norze. Łapy mi drżały, a byłam głodna jak wilk. Więc wyszłam i szłam. Jadłam. Krzyczałam i milczałam. A milcząc piłam. W końcu, w oszalałej rozpaczy, zapomniałam jak mam na imię.
To się musiało stać. Imię przeszkadzało. Zwłaszcza gdy mówią do mnie, mówią do mnie, mówią do mnie, te świnio-niedźwiedzie, i gdy czegoś ode mnie chcą… A ja? Ja jestem tylko wiecznie przyćpana. Tak sobie tylko mówię.
Brałam i łykałam.
Czułam się piękną lalko-niedźwiedzicą. Siedziałam z takim wdziękiem, a każde moje spojrzenie porażało mnie swoją delikatnością. Zachwyciłam się sobą i dotykałam każdej części swojego ciała. Mówiłam do siebie piękna, piękna, piękna, jeszcze nigdy nie byłaś taka piękna, idealna… Leżałam i powtarzałam. Zamknęłam oczy.
W śnie postanowiłam wrócić do brzucha mamy i naprawić wszystkie swoje grzechy. To znaczy nie urodzić się nigdy. Rozpłynąć się gdzieś w brzuchu. Jak to możliwe, że w ogóle pamiętałam swoją obecność w jej brzuchu? Widok czegoś nieokreślonego, bardziej czucie, coś… jakby narkoza. Pomyślałam, że wtedy mogłabym być wiecznie naćpana i sprawiło mi to przeogromną radość! Zaprzestanie polowań na pieniądze i zaprzestanie zagryzania aptekarek! Faktem jest, że chciałabym żyć inaczej – mówiło do mnie coś w śnie, a może mówiłam to ja. Co zrobić, gdy ciało odmawia posłuszeństwa? Serce boli, brzuch boli, niestrawności, bóle żołądka, woreczka i mózgu. W dodatku drżenie rąk i nieumiejętność patrzenia w oczy. Jak dobrze byłoby być gwiazdą.
I jedno marzenie tylko: być gwiazdą dla Boga.
Moja służba Bogu była moją obsesją. Dla niego straciłam orientację seksualną i wyrzekłam się swojego ciała i imienia. Kim byłam? Chyba tylko nieistniejącym punktem, który się udławił. Tak bardzo chciałam dowiedzieć się tego, kim się stałam. I gdzie się znalazłam. Co to za wymiar? Co to za wymiar? Co to za wymiar?!
Bawił mnie fakt istnienia ludzi i zwierząt, a potem znów przerażał. Każdego dnia stawałam się coraz bardziej przerażona. W końcu zaczęłam myśleć, że jestem już tylko przerażeniem. A może to byłoby dobre rozwiązanie? Któregoś dnia stać się tylko uczuciem?
Czytałam o ascetach z otwartym pyskiem, choć zapominałam o tym, że nie potrafię czytać. Tak bliskie mi było leżenie pod schodami i śmierć dla Boga. Jednak nie musiałam tego robić, w końcu poczułam się jak święta, skoro mam możliwość tworzenia własnych myśli!
Mam stuprocentową pewność, że tylko ja posiadam umiejętność myślenia.
Czemu więc miałam przejmować się światkiem niedźwiedzi? Skoro mogłam ćpać i rozmawiać z Bogiem? Mój Bóg dał mi na imię Jezus Chrystus, a ja klaskałam łapkami i zjadałam każdego idiotę, który był idiotą.
Aż zaczęłam wierzyć w reinkarnację. Przecież to niemożliwe, że ja nie jestem Jezusem, a niedźwiedziem z fioletowymi dziąsłami. Jestem Jezusem, tylko ciało mam inne. Taka prawda, nie przyjmuję odmowy i cieszę się, że jestem lalko-niedźwiedzio-Jezusem. I kaktuska sobie zjem.
Latałam po świecie, jak gdybym dopiero teraz uzyskała tę umiejętność. Próbowałam przypomnieć sobie, co robiłam wcześniej. Jednak nie pamiętałam ani jednego uczucia. Przeszłość nie istniała i była tylko urojeniem, które raz stawało się dobre, a raz złe. Wciąż było tylko teraz i teraz nie chciało odejść. A że byłam przyćpana (nie naćpana) bardzo lubiłam teraz.
Jak to możliwe, że teraz minie zaraz? A co to jest zaraz?
A gdy minie teraz, odzyskam smutną twarz. To chyba jestem ja. Kurwa, tak strasznie chciałabym sobie odgryźć stopę, ale nie potrafię.
Najczęściej ćpałam i żyłam w samotności. A moja dziewczyna zdawała się być moją wymyśloną dziewczyną. Naprawdę nie mogłam znaleźć żadnego punktu oparcia, czegokolwiek, na czym mogłabym położyć ten fakt. Nigdy nie dowiem się, czy ona istnieje. Fakt, że ona teraz jedzie autobusem do mnie sprawia, że żołądek podchodzi do gardła. Ach! Ach! Jaki zachwyt mnie teraz ogarnął nad autobusami! Autobusy! Jak to dobrze, że umiem czasem zatrzymać się i zachwycić! Jak to możliwe, że istnieje takie idealne stworzenie jak autobus… Moja przyszywana dziewczyna także nie ma imienia, bo chyba je straciła. Jest moją przyszywaną dziewczyną, bo łączy nas głównie spaczenie umysłów i łykanie do mózgu.
Nie wiem, czy ona zmartwychwstaje w ból. Bo ja tak.
Zastanawiam się teraz, jak bardzo niemożliwe jest to, że wszystko jest możliwe. Kiedy nic nie jest możliwe, a ja jestem możliwa tylko dlatego, że biorę. A wczoraj bolał mnie brzuch i chorowałam ciężko w mózgu, co sprawiło, że obraziłam się na świat. Skąd się wziął ból? Ból się wziął od brania… Ale jak to jest, że za moje jednoczenie się z Bogiem muszę płacić bólem! Albo to była niestrawność, nie wiem.
A potem znowu nadchodzi zima. I niedźwiedź zapada w sen zimowy. I śnią się koszmary o wielkich, grubych księżach z raną na twarzy i pedofile, pedofile, pedofile… Choć już dzieckiem nie jestem, to fakt obcowania i miłości odwzajemnionej, na Boga, odwzajemnionej przeraża mnie do szpiku kości. Ale potem mówię do siebie, że przeszłości już nie ma. I liczy się już tylko mój móżdżek.
Życie niedźwiedzia było nudne, więc obudziłam się po raz kolejny.
Stałam się bezbarwną gąsienicą. Nie dość, że byłam gąsienicą (co dawało mi możliwość uwalenia się jak dzika gąsienica) i wiłam się w ten okropny sposób, to w ogóle nie miałam barwy. Sama nie wiem, czy byłam zauważalna. Ale znów moje życie zdawało się być tylko trwaniem w kokonie.
Sama nie wiem, na co czekam. Bycie motylem jest tak nieprawdopodobne dla tak bezbarwnej postaci bez imienia jak ja, że porównuję to aż do śmierci.




CDN :)
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
Nieznany 
Rektor
(czyt.: sprzątaczka)


Wiek: 44
Dołączył: 09 Lis 2006
Posty: 10506
Skąd: wiesz?
Wysłany: 2012-05-25, 21:15   

Agatka! Świetnie, że wróciłaś. :)
_________________
"Masz styl i masz klasę, zostań moim przydupasem".
Stephen King "Ręka mistrza"

 
  Zaproszone osoby: 1
 
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2012-05-25, 22:49   

I tu sie zgadzam z Nenkim Aczkolwiek nie bede sie tak spoufalał....jak on

:)


Miło cie zobaczyć Indi ... Kope lat !!! :) :) :*

no i ten CDN ...?
Na razie jestem średnio zachwycony..
zacpana , niedoćpana, przycpana ..... Zapis objawów klinicznych niezbyt mnie ...

Hm jakbym tak miał do bochatera.... tego kawałka , zdajsie ze to ON? zresztą obojętne. To byłbym niemiły .
'-Jak ćpasz, to, to, powino ci wystarczyć do licha i za transcendencje też , ale kogo obchodza zaburzenia trawienne, czy umysłowe?
Jak nie wystarczą to zwieksz dawkę .
Nie ćpasz , to co sie tym podpierasz ? Ciekawyś ? Spróbuj , na głupote i tak nima rady.

Moze by ten pan/pani? coś zjadł kunkretniego ,kartofle z koperkiem, kopnoł kamień? ....wykopał kartofle?...- przejechał 35 km na rowerze i obtarł sede ?

Ja też chwilami jestem gąsienicą ....metalową .
Od autobusu na gąsienicach z podwójnymi szybami , ale leże osobno , zamietli mnie na oddzielną kupę, dzieki bogu i 'psom' (obsesja oddzielnej kupy! ) i zasypali kasetami , dyskietkami ....pedofilami . Kogo to obchodzi?
-- nawet gdybym sie z zapiekłej złości rozgrzał , przekuł w jakis Iron butterfly i jebnoł .......
Bez sensu.....!....- Iron butter fly ...żelazko zalatujące masłem...
Ale bym jebnoł , gdyby było w co.
A tera
'jeee-stem, drzewem'
po kij nie wiem
sikają na mnie dzieci
...-jakoś zielono leci ... :)
-mi
-mam sny!
-i niedopowiedzenia
A ci z huston mi...że ziemia...?
_________________
hmmmm..? :(
 
 
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2012-05-26, 09:55   

Cytat:
Agatka!

Cytat:
Miło cie zobaczyć Indi

Hej, miło mi :) :*


Cytat:
Kogo to obchodzi?

Ale o czym pisać? Mnie na przykład zupełnie nie interesuje większość książek, nie chcę czytać kryminałów, jakichś historii czy horrorów. A chcę przeczytać zapis czyjegoś mózgu. Nie wiem, dla mnie piszę o czymś bardzo interesującym. Może postaram się dodać do tego jakąś akcję, ale to i tak będzie opierało się na moich przemyśleniach. Po prostu wyrzucam wszystko z mózgu.


Cytat:
Nie ćpasz , to co sie tym podpierasz?

Skąd taka pewność?
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2012-05-28, 00:02   

Nima pewności - jest wybór, miedzy dwoma NIEJEDNAKOWO kijowymi możliwościami.



Jednak tak czy inaczej .....
:D
To po prostu podpieranie sie tandetą , chwyt który rajcuje małolaty sam w sobie.

Filmy są pełne cieżarnych kobiet , dzieci z astmą , krwi , narkotyków, przemocy, gówna , nindrzów, czarów , finfcych milion dolarsow .

Nic nie kosztuje w filmie rozjechanie baby w ciąży czołgiem, przez satanistcznego antyfeministę :) ani napisanie 50 i 000 000 $ , ani słowo na 'ć' a widz co durniejszy sie podnieca jak nimfomanka.



to podwyższa oglądalność .
Uzywając wyrazów na 'ć' podwyższasz oglądalność w pewnej grupie wiekowej.
Tyle.

Nie powiesz nic orginalnego o narkotykach , już to zrobiono , a to dziwne, ale dość prymitywne i powtarzalne doznanie i totalnie nic z niego nie wynika, oprucz pogorszenia stanu zdrowia.

Hmm jak nima o czym poisać , to nie pisac :) poza drobnymi zabawnymi, glupotami .

....-Cóż ten zapis jest nieciekawy, bo lipny ... da sie go czytać bo umiesz dobierać słowa, ale to za mało, na wiecej , to lipa , kit , zabawa .
Żeby nabrał życia musialabyś pisać o sobie , nawet jak niby o innych, to i tak o sobie , bo znasz tylko swój muzg!

O tym co ci sie roi , ale i czemu........
- i o prawdziwym świecie , sam zapis strumienia świadomości to bełkot , dla kogos innego .
Ruszy kogoś, jesli bedzie deko zmanipulowany żeczywistością , pozwoli sie do mysleć co na prawde sie dzieje itp. Dopasować to do siebie , zrozumieć.

Ale to oznacza że trzeba sprzedać, odsłonić trochę siebie ......................
Pisać jakąś prawdę.
Jakąś ilość prawdy .... - Ile?
Najczaściej za dużo , potrzeba! ....
-dla tego, jest masa grafomanów.
Piszą, piszą i już prawie są genialni , ale tam gdzie coś waznego moze by było, cofaja się , wstawiają kit . Brak im odwagi, pewności siebie.

Pisanie to ekshibicjonizm.
Miarę problemu , trzeba dobrać do tego ile sie ma odwagę pokazać. Ile siebie na widok publiczny.
Jak napiszesz o sobie i tak , zagmatwasz , że nikt Ciebie sie tam nie domaca , to ochronisz siebie, ale to bedzie do bani , takie sobie , nikt nie zrozumie , nie wczuje się.

Jakoś trza wybalansować , swoje chwilowe mozliwości ekshibicjonistyczne , z tym, by chcoia, ze 2 osoby załapały .
Napisalas pare takich ...o sobie i byly ekstra :) wiec umiesz. Teraz ci trudniej , no tak jestm, tak byc musi , jest wiecej do stracenia :)
_________________
hmmmm..? :(
 
 
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2012-05-28, 13:03   

Cytat:
To po prostu podpieranie sie tandetą , chwyt który rajcuje małolaty sam w sobie.

Wiem, ale nigdy o tandetnych rzeczach nie pisalam, nie liczac teraz. Zreszta nie traktuje tego tak i caly czas piszę o sobie. To ja każdego dnia budzę się jako inna postać. Chcę utrwalić stan mojego mózgu, wiem, że może być nieciekawy, dlatego będę wplatać do tego jakąś akcję. Nie chcę powiedzieć nic oryginalnego o narkotykach, tylko chcę powiedzieć coś o sobie. Glownie sobie, ale czasem lubie dowiedzieć się co inni myślą o moim pisaniu.

Cytat:
Hmm jak nima o czym poisać , to nie pisac

Ale jest o czym pisać. Zwlaszcza teraz, gdy w mózgu dzieją się różne niestworzone rzeczy, od śmierci klinicznej do brania.

Cytat:
Pisać jakąś prawdę.
Jakąś ilość prawdy .... - Ile?
Najczaściej za dużo , potrzeba! ....

No ja wiem, jest 100% prawdy, ale rozumiem, że może się nie podobać. Nie wymagam tego, ale na pewno postaram się coś pozmieniać i zobaczę, co z tego wyjdzie :)

Dzięki za odpowiedź (:
 
 
 
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2012-05-28, 19:32   

indianer napisał/a:
Glownie sobie, ale czasem lubie dowiedzieć się co inni myślą o moim pisaniu.


myślą o:
O pisaniu ?
O 'utworze' ?
O Tobie ? Piszesz ładnie.... utworu nima, o tobie nic nie mowi ciekawego.
indianer napisał/a:
No ja wiem, jest 100% prawdy, ale rozumiem.....


Nie rozumiesz :)

---'na podłodze klei sie do stóp baner, bez sensu sens, seks dziki i wbijaj gwoździki ' :)
Tu masz 100% prawdy . Prawda, tylko prawda, ale nie cała prawda , brak kontekstu, osadzenia.
-A i tak jest w tym o 45% procent wecej prawdy niż w twoim tekscie :) coś można wywnioskować , sa tu rzeczy materialne , znane.

Ty bujasz w obłokach i bredzisz i wołasz podziwiajcie jak pieknie bredzę bo sie przyzwyczaiłam :) O cos chodzi , ale gowno sie dowiecie , sprawa moja i gajowego, barany.

Takie cuś to w całości ozdobnik , szlaczek, kwiatek na filiżance .
Na filiżance może być ładny , jak namalujesz jeden ekstra też, ale jeśli zapełnisz zeszyt
szlaczkami i kwiatkami takimi jak bywaja na filiżance i każesz oglądać to to bedzie katorga po 3 stronach.
Taki katalog kwiatków na filiżanki zainteresuje tylko może szefa działu wzornictwa przemysłowego , w dziale porcelany.
Jak piszesz publicznie , to nie dla siebie głownie !!! Głownie to jest dopiero razem z reakcją czytającego , wiec nie pitol że sobie a muzom. :)

Dawaj filiżankę!
Sory ale prawie kazdy potrafi wyrysowac kwietek jakiś i se może ..... po samym kwiatku wzorkowym się nie pozna czy to dzieło artysty , czy wnuczki pani z zespoło co śpiewa że koko Euro spoko.
_________________
hmmmm..? :(
 
 
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2012-06-15, 23:39   

Sama nie wiem, na co czekam. Bycie motylem jest tak nieprawdopodobne dla tak bezbarwnej postaci bez imienia jak ja, że porównuję to aż do śmierci. Czasem myślę o tym, jak to byłoby być człowiekiem i przejmować się takimi rzeczami. Nie potrafię sobie wyobrazić przejmowania się czymkolwiek.
Zaczęło się, jak można przypuszczać, dnia pierwszego. Zapragnęłam urządzić ucztę, a wręcz wieczerzę. I to Ostatnią Wieczerzę.
Gdy już tam dotarłam… Zaprawdę powiadam wam, nie mam pojęcia, gdzie znajduje się miejsce Ostatniej Wieczerzy. Byłam w takim szoku, że poruszam się tak wolno! Dopełzałam tam w jakieś trzy dni, a byłam Jezusem z zakrwawionymi ustami wyglądającym niemal jak Hannibal Lecter.
Usiadłam i siedziałam. Zaczęłam mówić, jednak nie miałam głosu. Zapłakał nade mną Bóg.
Położyłam się na brzuchu całkowicie bezbarwna i na ostrej fazie. Całe gówno wróciło mi do gardła. Zaczęłam rzygać i rzygałam z największą świętością świętość największą. Żaden z apostołów nie był w stanie mnie zobaczyć ani głosu mego usłyszeć. Więc zwątpili.
Zająłem honorowe miejsce by dumnie zapozować Leonardowi da Vinci.
Gdy czekałem na cud, próbując zamienić moje nieistniejące ciało w chleb, moje rzygi zaczęły kwitnąć. Byłem świadomy swojego szczęścia. Na moich oczach wyrastało niewidzialne drzewo. Zrozumiałam, że samotność jest moim wybawieniem. A płeć? Płeć oznacza tylko sposób mówienia! Pokochałam obecność na świecie, a widok motyli sprawiał, że czułam się jak osioł z kostką cukru. I zaprawdę powiadam, moje ciało, moje ciało…
- Cześć – powiedział do mnie facet ubrany w czarny płaszcz. Miałam wrażenie, że nie miał on twarzy, przynajmniej jej nie widziałam. Skupiłam się na butach, których także nie pamiętam. Postać ta wprawiła mnie w osłupienie. Klimat grozy i groteski przeszywający mózg.
- Cześć – odpowiedziałam mu, a nie byłam już Jezusem, a kokieteryjnym Jezusem. – Kim jesteś? – zabrzmiałam śmiertelnie sztywno.
- Jestem schizofrenią.
Czy to miał być żart? Myśli o schizofrenii towarzyszyły mi każdego dnia. Śmiech przeszył mi umysł i schyliłam się, dotykając językiem czubków palców u nóg.
- Cześć – powtarzał chyba milion razy. – Cześć, cześć, cześć, cześć, cześć, cześć…
- Cześć! Cześć! – wrzasnęłam. – Jestem Agata, a ty?
„Cześć” będę pamiętać do końca życia.
- Nie wiem – uśmiechnął się. – Jacek, a Ty?
- Agata, a co? – myślałam, że to przybłęda, który chce okraść mnie z moich ostatnich pieniędzy, których przecież nie mam. Kim innym mógł być mężczyzna w płaszczu?
- Nic, nie lubisz poznawać ludzi?
- Nie wiem.
Czy zawsze musiałam odpowiadać „nie wiem”? Czy miałam zniszczony mózg braniem? A przecież mama mówiła mi, że jestem gadułą. Wtedy, gdy byłam jeszcze niedźwiedziem.
Gość czytał gazetę i wyglądał jak tajny agent z filmów. Bardzo mi to przeszkadzało, więc postanowiłam, że zacznę mrugać. Mrugałam i mrugałam, aż zobaczyłam. Czym jest świat, jeżeli nie zakrzywieniem?
Za każdym moim mrugnięciem Jacek zmieniał postać.
Tak działo się zapewne i ze mną. Kim mogłam być w oczach innych? Borsukiem? Psem? Wystraszonym, oczywiście, że wystraszonym, zwierzęciem! Nigdy nie potrzebowałam rozmów, każde słowo i kontakt z żywym człowiekiem wywołuje u mnie przerażenie. Mowa jest obrzydliwa.
I zostałam niemową.
Choć w oczach mojej mamy wciąż byłam Agatką gadułą, której buzia się nie zamyka i ma wilczy apetyt.
Nigdy nie chciałam się od siebie odwracać, ale czułam, że nadejdzie odpowiedni moment, w którym będę musiała to zrobić. Czy znajdę siebie, gdy odstawię branie? Byłam zawieszona między martwymi i nieistniejącymi punktami w przestrzeni. Wciąż próbowałam dowiedzieć się, czym są owe punkty. Nigdy nie czułam siebie bardziej, niż w tej chwili. W tej chwili? Czym jest chwila wobec czasoprzestrzeni? Teraz naprawdę zostałam Agatą. Każdy mój trzeźwy dzień przyprawia mnie o mdłości.
Nie zauważyłam, że siedzę obok Jacka.
Dotknęłam jego kolana, tym, co można nazwać dłonią. Trwałam tak przez chwilę, aż w końcu spaliłam się ze wstydu. Dotknęłam nieznajomej postaci. To było jak leczenie się z aspołeczności i choroby duszy (od kiedy wiem, czym jest dusza?). Dotknąć nieznajomego!
- Co pani robi? – spytał, wytrzeszczając oczy.
- Jacek, nie wygłupiaj się – powiedziałam perfekcyjnie. Jacek, który umiał zmieniać postać zdawał się być mniej Jackiem, niż ostatnio.
- To pomyłka – powiedział. Czy perfekcyjnie?
Nie wiem, co czułam. Rzadko cokolwiek czułam. Pozostał mi wytrzeszcz oczu. Bardzo chciałam wyzdrowieć na duszy, rozebrać się na części i móc kontrolować każdą swoją część.
Znajdowałam się na częstochowskim dworcu. Rozpoznałam po aptekach (moja ostoja, moja oaza, moja świątynia), to już coś. Myślałam i myślałam. Chyba wracam i się odradzam. Nie przyjmowałam żadnych dziwnych kształtów, wyglądałam jak Agata i byłam mniej Żydem, niż zwykle.
Zatrzymałam się.
Jak mogłam rozpoznać dworzec po aptekach?
To była oznaka choroby.
Wróciłam i szłam. Za wszelką cenę chciałam dojść do tego wyśnionego punktu. Ale przecież nie ma żadnego bólu, który chcę usunąć. Zaczęłam wyobrażać sobie Jacka, który wciąż nie miał twarzy. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że ludzie w moich głowach nie posiadają nic, prócz szyi i ramion.
Nigdy nie patrzyłam w oczy, choć to oczy uważałam za najważniejszą część ludzkiego ciała. Teraz w głowie mam tylko jakieś head and shoudelrs, co za paranoja. Już nie mogę być grzesznikiem.
Jacek, Jacek, Jacek… Kim był Jacek, którego nie chciałam poznać?
Miałam milion uśmiechów na twarzy, gdy szłam ulicą. O mój Boże, znów idę i się poruszam. Nie mogłam uwierzyć w to, że znajduję się w kosmosie. W czasoprzestrzeni. Nie umiałam uwierzyć w życie, przeszłość i przyszłość. A teraźniejszość? Jakim kosmosem jest teraźniejszość…
Czy kiedykolwiek będę umiała odezwać się do Jacka?
Postanowiłam go szukać. Wyszłam z Ostatniej Wieczerzy, ja, wymyślony Chrystus z laską z dłoni. Chrystus maszerujący… I nie chciałam wątpić. Nigdy, nigdy, nigdy nie zwątpić w życie. Załamię się kiedyś w połowie zdania, zegnę na pół, a laskę włożę do gardła. Czy przyszłość musi przychodzić do mnie tak szybko?
Powiedziałam na głos: Jacek. W tej chwili straciłam już całą swoją ludzką nadzieję, która przypisana była mi od urodzenia. Jacek nigdy nie zaistnieje specjalnie dla mnie. Co, jeśli jestem tylko potworem? Nie pamiętam dnia, w którym stałam się człowiekiem! Jak Boga kocham! Umarłam, nim się urodziłam! Uczesałam włosy, zanim mi urosły… Przecież to tylko żyłka, mała żyłka, nie mogę jej przerwać…
Ludzie, których kiedyś znałam i przyjaciele, których nie miałam. Czy istnieli? Kiedykolwiek? Próbując wyobrazić sobie Weronikę, nie czuję nic. Czasami przestaję wierzyć w człowieczeństwo, mam dość widzenia ubrań na ludziach. Fuga mundi.
Poszukiwania zawsze trwają całe życie. Wmawiam sobie, że moje nazwisko oznacza „poszukiwacza”, jak można doszukiwać się sensu w literach. Bóg to litery. No przecież! Nie powiesz bez liter, bez urazy.
Minęło kilka godzin, ona zasnęła w pokoju, a ja wyszłam. Na ulicy Dąbrowskiego spotkałam Jacka z tektury. Nie wiem, czy to mój wzrok zawinił czy ktoś po prostu wkleił Jacka do mojego świata. (To nigdy nie był mój świat!)
- Jacek!
Odwrócił się do mnie. I jak Boga kocham… co się stało z biednym Jackiem… jak mogłam krzyczeć do chłopca z tektury! Potargał się! Sam! Urwała mu się głowa, gdy obejrzał się do tyłu. Jakże mnie zabolał korzeń! Natychmiast wytrzeźwiałam i ucałowałam go na dobranoc.
Więc to tak… Co, jeśli imię Jacka brzmi inaczej?
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2012-07-01, 11:15   

Więc to tak… Co, jeśli imię Jacka brzmi inaczej? Równie dobrze mógłby imienia nie mieć lub je stracić. Od kiedy mężowie nie kochają swoich żon, piję święconą wodę. Czy Jacek ma żonę? Szukam zbawienia. Wszędzie, tylko nie w kościele. Warto byłoby zacząć od początku i wszystko sobie poukładać.
Początku nie ma i nigdy nie było. Nie istnieje nic takiego jak „zacząć”, od kiedy wszystko płynie. Ja płynę, chcę, nie chcę. Skoro nigdy nie zacznę, to nigdy nie skończę. Załamałam się tym faktem i włożyłam głowę w piasek. Ostatnio nie myślałam o niczym innym, jak o tym, żeby odnaleźć Jacka i utrwalić każdy mój zawrót głowy. Zastanawiałam się nad prawdziwością istnienia istnienia. Nie, nie, tak nie można. Skoro się urodziłaś, to żyj! Mówiłam tak do siebie, powtarzałam i mówiłam. Powtarzałam, powtarzałam, jak Kochanowski, do zrzygania.
Gdy obudziłam się po raz kolejny nie wiedziałam, kim jestem. Czy to możliwe, że mogłabym być sobą? Włożyłam mały palec do buzi i ssałam do zsinienia. Mózg mnie bolał i zwijał się w przeróżne kształty. Czułam, że żyję, bo ćpałam i czytałam. Nigdy nie kochałam.
Czy człowiek rodzi się, żeby kochać? Natychmiast odrzuciłam od siebie te myśli. Przecież nigdy nie byłam człowiekiem. Nigdy nie wiadomo, czy nim zostanę. Kocham branie. A rodziców nigdy nie umiałam poznać. Mam tyle możliwości! Mogę zmarnować sobie życie w miliard najróżniejszych sposobów. Na Boga, nigdy nie mogę wybrać nudy.
Czy już dokonałam wyboru? Czy jest już za późno? Stacja do stacji.
Bez przesady. Nie mam żadnych problemów z braniem. Im więcej biorę, tym bardziej normalniejsza się staję. Normalna i zwykła. Chyba cała ja. Nie, niemożliwe. Obudził się we mnie niedźwiedź.

II

Czy ja zachorowałam? Czy szaleństwo może pomóc mi stworzyć samą siebie?
Musiałam wrócić do pokoju, w którym ona spała. Gdy spała, widziałam tylko jej piękny umysł. Leżała na podłodze, na kocu, a ja dotykałam jej włosów, które były jak autoportret prawdy. Urodziłam się prawdą. Chciałam poznać ją bliżej z każdej strony, jednak ciało mi to uniemożliwiało. Każde zbliżenie sprawiało, że myślami uciekałam od niej i chowałam się w sobie. Oglądałam ją, wspominając Jacka bez wyglądu. Po co szukam, skoro znalazłam. Czy Jacek może mieć na imię Weronika?
Nie, chyba nie. Położyłam się obok niej i zastanawiałam nad tym, jak blisko mogą być z sobą ludzie (nie-ludzie!), kto? Kim jest ktoś, kto leży obok mnie? Nie umiałam odpowiedzieć. To umysł i ciało. Kiedy, Boże, Boże, nie mogłam zrozumieć! Jak! Nie potrafiłam zrozumieć i bałam się, że znów wyjdę z ciała.
Rzucałam się na kocu i nie mogłam się opamiętać. Kim byłam? Kim była ona? Czy obie byłyśmy sobą, czy pomieszałyśmy się kiedyś w braniu? A może utraciłyśmy już siebie i straciłyśmy możliwość kontaktu i ze sobą, i ze światem. Bolała mnie każda moja ludzka myśl.
Musiałam odrzucić od siebie ciało i ludzkość. Musiałam robić to ostentacyjnie, bo wciąż czułam bezwarunkowe fizjologiczne potrzeby. I zagłębiałam się w jedzeniu, karmiąc każdy chory zmysł ciała. Bolało, bolało, świadomość ciała bolała najbardziej.
Postanowiłam zapytać jej, o ile istnieje, czy może pomogłaby poszukać mi mojego Jacka. Czy mogła zrozumieć obecność osoby trzeciej w naszym życiu? W jakim naszym życiu, kiedy nasze spotkania trwały, co prawda długie i narkotyczne godziny, ale wciąż były niewystarczające. Jak każda moja chora myśl. Jacek towarzyszył mi od zawsze.
Wystraszyłam się i rozejrzałam po pokoju. Ile było już w moim życiu prześladujących mnie Jacków? W moim ludzkim nieprzeżytym życiu. Codziennie do siebie powtarzałam: Agata. Potem: Jacek. (Jacek i Agatka siedzą na kominie i całują świnie, Jacek i Agatka…) Próbowałam wyciągnąć z tych liter jakikolwiek sens, który był tak dla mnie zamknięty. Odległy… W pewnym momencie zaczęłam myśleć, że to ja oddaliłam się od życia, a nie życie ode mnie.
To była prawda.
Musiałam zacząć żyć.
Jednak nie mogłam zostawić Jacka w niebycie. Jacek powoli stawał się moim Bogiem. Jednak tęskniłam za Weroniką, która była na granicy między rzeczywistością, a moim światem. Nie wiedziałam, którą drogę wybierze. Bardzo bałam się wkroczyć w ludzki świat. Musiałam ją odrzucać, jak każdego. Chciałam, żeby zrozumiała Jacka. Ale czy możliwym jest włączyć kogoś do swojego umysłu? Żyć w niebycie? To piękne słowo, jak niebyt, znajdowało się w moim pokoju. W miejscu, na którym ona leżała. Była w moim niebycie, choć wciąż pozostawała ludzka.
Bardzo chciałam przeciągnąć ją na swoją stronę. Złapać ją za jej nieistniejący krawat i przyciągnąć do siebie, wyrzucając z jej mózgu każdą ludzką myśl. Czy możliwym jest posiadanie kogokolwiek w całości? Chciałam, aby stała w moim mózgu i aby moim mózgiem się stała.
Nie mogłam zawisnąć na krzyżu bez spotkania z Weroniką. Czekałam na pierwszy upadek.
Skąd wiem, czy nie upadłam już milion razy? Czy nie ocierała mojej twarzy chustą miliardy razy? Czy nie przeżyłam już wszystkiego? Krążyłam po rondzie. I rondem byłam. Wzniosła mowa weszła mi pod skórę. Czy Jezus mógł MÓWIĆ?
Mówienie jest tak prymitywne, że nie wyobrażam sobie, aby Jezus potrafił zniżyć się tak bardzo, żeby czuć potrzebę komunikacji. Mój świat runął. Wiedziałam, że mówił. Nie wiedziałam po co. Co za upokorzenie! Urodzić się człowiekiem! Biedny Chrystus!
Mój mózg zaczął mnie prześladować.
Chciałam zyskać Weronikę i zatrzymać mojego Jacka. Obudziłam się. Budziłam się i budziłam. Czy Jezus znał Jacka? NIE! Nie było żadnego Jacka w życiu Jezusa, więc kogo ja znam? Czy Jezus miał na imię Agata? Nie, nie, nie. Nie może tak być. Straciłam kolejny punkt oparcia.
W tym momencie każde moje słowo wydaje się być płytkie i prostackie. A umysł zniszczony i niewystarczający. Tarzam się we własnym błocie, myśląc, że jestem kimś więcej, a jestem tylko podludziem. Picie wody doprowadza mnie do porządku.
Jak było z Jackiem, który towarzyszył mi od zawsze, a nie mogłam go poznać? Czułam przewagę znając nieistniejących i nieludzkich. Być samotnym znaczy mieć najbogatsze życie wewnętrzne. Czy jutro będę miała kaca po wyrzuceniu z siebie tylu słów w niebyt? Czyli w Jacka.
Próbując siebie stworzyć, zaczynam mieć większą świadomość siebie. Czy jestem bufonem? Czy byłabym zdolna zjeść twarz jakiegoś człowieka? Czy jestem skłonna wpaść w obłęd? Czy umiem kochać? Nie ma nic głupszego, niż zadawać sobie pytania, na które nie ma odpowiedzi. Jak to jest z tymi dziećmi, które wciąż pytają. Czy „stworzyć” znaczy urodzić dziecko? A co z moim umysłem? Samowolny, dziki i niedorobiony.
Zaczęłam myśleć, że do życia trzeba wyjść. W końcu ono jest i trzeba je dobrze skonsumować.
Więc wyszłam z pokoju, znów zostawiając ją samą i śpiącą. Wzięłam walizkę i mówiłam, że chcę wyjechać, tak jak w piosence Maleńczuka, chodziłam, chodziłam… „Bierze walizkę lub plecak.” Jak dobrze, że uwzględniono plecak, kiedy nie mam walizki. „Zawsze jeszcze może przestać, ale jeszcze nie dzisiaj.” Była noc, jadąc pociągiem, zastanawiałam się nad ciemnością.
Wyjechałam w nic.
Częstochowa znów była moim Nic. Chodziłam po niej i oglądałam każdego człowieka z osobna. Ulotki starałam się zgniatać jednym palcem. Po co te głupoty w głowie? Znów próbowałam zacząć żyć i znów na próżno. Nie wiedziałam, co z sobą zrobić. Chodziłam, szłam, jadłam, stałam i siedziałam. Byłam wszystkim, czym tylko mogłam być. Istnieniem i nieistnieniem. Przeraźliwie samotnym Jezusem.
Najpierw poszłam do Zielonej Apteki, potem do Bursztynowej i do kilku innych. Na przejściu dla pieszych upadłam po raz pierwszy.


III

Pierwszy upadek był dla mnie odzyskaniem świadomości. Zrozumiałam, co robię ze swoim życiem. Zamykałam się w stagnacji po to, aby zmieniać postać i dążyć do śmierci. „Ja, Panie, stoję słaby i drętwy. Boję się krzyża, omijam go. Szymonie, naucz mnie dźwigać mój krzyż”.
Czy dobrze interpretowałam swoje czyny? Czy jako Jezus byłam pewna swojej świętości? Musiałam być i byłam. Czułam się tylko brzydka i zatruta. Brudny Jezus dźwigający krzyż. To tylko ja i moje branie na plecach. Branie, jako męka i zbawienie. Jezus był narkomanem.
Głupio się usprawiedliwiam. Trzeźwa zupełnie inaczej podchodzę do wszystkiego. Drżą mi ręce i boję się kląć. Chciałabym wyobrażać sobie Niebo jako rzeczywistą krainę. Niebyty i bezcielesności zaczęły mnie męczyć. Piękna rzeczywistość mogłaby mi pomóc.
Mam świadomość tego, że żyję i to mnie bardzo boli.
Co teraz powinno wydarzyć się w życiu Jezusa?
Na swojej drodze spotkałam chłopca o idealnej wręcz urodzie greckiego boga. Nie mam pojęcia, ile mógł mieć lat. Pomógł mi wstać, a ja poczęstowałam go moim Bogiem. Wtedy, zupełnie wystraszona, zostałam ptakiem bez gatunku.
Czy wszystko jest mi przeznaczone? Kto kazał mi poznać nieznajomego?
- Jak masz na imię? – spytał mnie, jakby imię było czymś najistotniejszym na świecie.
- Nie wiem – odpowiedziałam cicho i nieśmiało. Jak zawsze.
- Kamil – powiedział.
Kamil! Jak mogłam znać Kamila!
- Co robisz? Co robisz? – powtórzyłam się. Nie wiem.
- Pomagam ci. Kazali mi.
- Kto ci kazał? – wytrzeszcz oczu osiągnął swoje apogeum.
- Oni – powiedział.
Bezczelny Bóg zmusił go do ćpania! Niektórzy to mają szczęście!
- Czy ja jestem gruba?
Nie odpowiedział mi. Nagle poczułam się jak wielka, gruba kulka. Toczyłam się po ulicy i wszyscy się na mnie gapili. Kiedy ćpuny są chude, ja jestem gruba!
Postanowiłam, że zacznę żyć i stworzę swoją ćpuńską paczkę jak w książkach o ćpunach. Kamil, Jacek, ja i Weronika. Do nas mogliby dołączyć jeszcze inni, naprawdę dużo ćpania! To mogłoby być to! Zafascynowałam się przypadkowym Kamilem i latałam wokół jego głowy oszołomiona jego wyglądem zewnętrznym.
Czy mamy coś wspólnego z kosmitami i greckimi bogami? My, ludzie?
Tak więc, stało się. Kamil złapał mnie w swoje sidła i zostałam jego osobistym kanarkiem. Patrzyłam na jego mieszkanie, oczy kręciły się w orbitach prawie jak u kameleona. Zaczynały mnie boleć od tego nieustannego ćpaństwa-draństwa.
Zatrzymałam się w sobie i oglądałam moje nowe mieszkanie. Co, jeśli pewnego dnia obudzę się jako żona Burroughsa ze szklanką na głowie? Miałam żółte oczojebne piórka, na które nie mogłam patrzeć. Tęskniłam za Weroniką i Jackiem, ale nie było ich tutaj. Był tylko przypadkowy Kamil, którego ofiarą zostałam.
Dziobałam dziobem w klatkę. Gryzłam i tupałam małymi nóżkami. Wszystko na nic. Muzyka grała coraz szybciej, a ja wpadałam w coraz większy szał. Nie dam rady pokonać mojego Boga. Bóg mnie pogrążył i zamknął mi drzwi. Będę klęczeć, będę klęczeć i modlić modlitwy do Boga z tabletkami w dziobie!
Czekałam aż zmuszony Kamil przyjdzie do mnie i poda mi moje lekarstwo. Jednak nigdzie nie było go widać. Upadłam, teraz widzę, że upadłam. Ja, głodna i zużyta. Ile jeszcze będę nieść ten krzyż? Mój ptasi kręgosłup łamie się i łamie, w końcu złamie się na amen!
W tym ćpuńskim ogłupieniu zapomniałam o spotkaniu z Matką Boską.
Gdzie ona była, kiedy ja naćpana latałam po całym mieszkaniu? Czy nie widziała? Umarłam wewnątrz, uwaliłam się na podłodze. Policzyłam do dziesięciu. „Matko Bolesna, wiedziałem, że przyjdziesz. Matko, pomóż mi, bo ja nie mam siły, boję się.”
Mama mi wcale nie mówiła o tym, że każdy ma swojego anioła.
Gdyby tylko wiedziała o moim nieistnieniu, znienawidziłaby mnie. Czy mogę ją dotknąć? To nie wystarcza. Kiedy mama jest mamą? Czy można określić kogoś mamą? Mama, co to znaczy? Zaczynam się gubić w słowach i literach. Litery to podstępne stworzenia. Jak głośno będzie płakać na moim pogrzebie? Czy mogę jej to zrobić? Zawsze byłam jej najgorszym synem. Od ćpania wypadają włosy, obie rozpaczamy. Mama kiedyś powiedziała mi, że jestem wyjątkowa.
Mama nie neguje tego, że jestem Jezusem. Bardzo się denerwuje, gdy mówię o chorobach psychicznych. Zawsze mam wrażenie, że coś przede mną ukrywa. Moją schizofrenię lub autyzm. Na pewno. Dlatego pozwala mi palić w domu. Mama, mam mamę.
Ćpanie.
Ćpanie pozwala mi zbliżyć się do Ryśka. Najjedyniejszego. Muszę go wreszcie przeprosić. To kolejna postać w moim życiu.
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
jacek 
Przyjaciel forum


Wiek: 53
Dołączył: 16 Lut 2007
Posty: 8818
Skąd: Puławy
Wysłany: 2012-07-01, 17:48   

India - świetne :) :*
 
 
 
pajk 
Przyjaciel forum


Dołączył: 07 Lip 2004
Posty: 4818
Skąd: AboCo:)
Wysłany: 2012-07-01, 23:08   

niewiem ..
dla mnie uporczywie.......
- na ćpanie - jest tylko detox
wszystko z ć jest ...... -czy masz objawinia czy sraczke permanetną?... to nieciekawe

banalne , już było .

'Ć' zasłania i unieważniea reszte.
Jesli coś zawiera ć nie jest istotnym poza statystyką medyczną.
Ćpun to była istota , jak moja babcia nieboszczka ... lubie ją ale juz jest przedmiotem , nie podmiotem.

Ćpun nie myśli nie czuje , wydala tylko odchody fizyczne, psychiczne i emocjoalne na ogół szkodliwe dla otoczenia.
Jedyny powód by sie w nich grzebać jest natury medycznej , a i to watpliwe....?
- paskudstwo moze być toksyczne , zakaźne , a rokowanie pacjeta i tak kijowe .

To chyba sie przestane wypowiadac w tym temacie :(

albo ja jestem za stary , albo tobie zdałby sie poteżny kop w dupe ... albo co innego...... w
zeby ci wew-każdym razie szarą substancją potrząsnoł , bo tam sie , mdła zupka robi, błe.
_________________
hmmmm..? :(
 
 
 
tobe 
Towarzysz
dziad borowy


Wiek: 38
Dołączył: 16 Gru 2005
Posty: 893
Skąd: z lasu
Wysłany: 2012-07-03, 18:23   

zgodzę się z przedmówcą zaczynasz używać słowa ćpanie
i... moja głowa się wyłącza (myśle sobie co jakieś wypociny ćpuna czy co)
i przechodzę do kolejnego postu
narkotyki to bagno

a tak na marginesie masz imponującą wyobraźnię
i zdaje się próbujesz pisać strumieniem swiadomości po ...speedzie
szybkość skojarzeń w każdym razie zdaje się być odpowiednia
podejmujesz ciekawe próby ale jw za dużo słowa na ć
saluto tobe
_________________
cheers
 
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2012-07-25, 01:02   

Rysiek był kolejną postacią w moim życiu.
Jego nieistnienie nie mogło mi się zmieścić w głowie. Żaden z moich przyjaciół nie był widzialny w świecie ludzi. Nie wiedziałam, co robić. Uwięzłam w sobie i zawiązałam się na supełek.
Naprawdę nie mogłam mówić.

IV
Krótki to był rozdział. Nagle zachciałam siebie stworzyć.
Przecież cały czas próbowałam to zrobić, tyle że mój mózg trochę na tym cierpiał. Na mojej drodze musiałam spotkać Weronikę z chustką od swoich okularów. Czyści ona nią wszystko, prawie jak detektyw Monk. Jezus też musi czuć się kochanym. Dwunastego lipca jest wspomnienie świętej Weroniki. To wiele wyjaśnia.
Dotyk Weroniki pomógł mi stworzyć siebie. Zadziałał na mnie zbawiennie, a porozumienie naszych umysłów stało się pełniejsze. W takiej sytuacji pozostaje tylko spytać, gdzie byli sąsiedzi. No halo, chyba nie pod kołdrą! A Jezus wtedy mówił, mówił: „jaram się tą chwilą”. Nie było nic prostszego, a świat nam sprzyjał w mojej wędrówce.
Przedstawiła mi się po raz kolejny i zaczęłyśmy od nowa. Uścisnęła mi dłoń i powiedziała „Weronika”. Byłam zmuszona odpowiedzieć jej „Agata”, bo Bóg mnie o to poprosił. Spotkałyśmy się i było to najlepszym snem mojego życia. Bardzo chciałam, żeby ona potraktowała mnie jak prawdziwego Jezusa, a nie dziwną dziewczynę.
Chciałam, żeby dalej wydarzyło się coś przełomowego. Nie wyobrażałam sobie rozstania, a czekałam na kolejny dotyk. Wiedziałam, że będę musiała upaść po raz drugi i to przez nią. Kiedyś przybiją mnie do krzyża. Może wtedy będę bardziej Agatą, niż teraz. Wtedy zrozumiem Ryśka.
Zrozumieć niezrozumiałe.
Tylko o to chodziło w całym moim życiu. I pewnie będzie chodzić nadal. Ludzie się zmieniają, a ja wciąż jestem tą samą Agatą, którą byłam kiedyś. Chyba już nie potrafię oceniać trzeźwo sytuacji. Nie wiem, może zgłupiałam. Chociaż wszystko wydaje się tak odległe. Moje życie już dawno zgubiło fabułę. A ja się połknęłam.
Widzę sztuczność w każdej czynności i w każdym sposobie życia. Zniewalam i uwalniam swój umysł. Dręczę się i nie potrafię się z sobą pogodzić.
Połknęłam siebie wieczorem, gdy straciłam już całą chęć do życia. Przypomniał mi się jakiś grubas, w którym kiedyś się kochałam. A potem znów mówiłam do siebie, co ty, głupia, w każdym, ale nie w nim. Tak to było, że tak kochałam, że mi jego grubość, siwość i głupota nie przeszkadzały. Jak można tak kochać śmiertelnego człowieka. To powinno być zabronione. Chyba już nie ma dla mnie nadziei i nigdy nikogo nie pokocham. Będę sobie włączać „Tobie wybaczam” Ciechowskiego i płakać w nieskończoność. Agata, pamiętasz? Świat się jeszcze nie zaczął! Ile razy tak mówiłaś, modląc się nad łóżkiem. Niech świat się zacznie, niech on mnie kocha, w imię ojca i syna… Byłaś najdzielniejszym i najwytrwalszym synem. Cholera, polubiłam nazywać siebie synem. Czy mogę podzielić się sobą z Agatą? Można kochać. Czasem naprawdę kocham, ale jestem wtedy taka ludzka i jakby grubsza. Zupełnie nieswoja. A jak bardzo swoja jestem siedząc z głową opartą na kolanach, zwinięta i zgarbiona.
- Agata, jesteś specyficzną osobą…
- Wszyscy uważają cię za osobę naprawdę dziwną!
- Popełniasz ten sam błąd, co ja kiedyś: myślisz, że ludzie myślą logicznie…
- Tylko żebyś nigdy nie brała narkotyków…

Pamiętasz to wszystko, prawda? Kiedy to było? Czy potrafisz jeszcze przyznać się przed sobą? Nigdy nie wyjdziesz sobie naprzeciw. Kiedyś płakałaś, bo Rysiek. Dużo płakałaś, „bo Rysiek”. A teraz co? Siedzisz tutaj przede mną (nie daj Boże, żeby prowadzić rozmowę z monitorem), jesteś trochę nawalona, a obiecywałaś Ryśkowi, nie byle komu, Ryśkowi, AŻ jemu, że brać nie będziesz. Nie, duchy się nie ukazują ludziom, nie wierzę w duchy, jak to, Agata, nie wierzysz, przecież mu obiecałaś, a teraz siedzisz tu sama i się boisz, bo co zrobiłaś, to twoja wina, jak mogłaś się naćpać, kilka dni po obietnicy, obiecałaś, rysowałaś, razem z Ryśkiem rysowałaś, przecież nie sama. Dlaczego nigdy nie dotrzymujesz obietnic?
Przecież nie chciałam, ale czytałam na forum, że, na forum o narkotykach, że duchów nie ma, chyba, że to w mózgu jakieś fale i myślałam, że to prawda („że Mickiewicz i że trąbka na wodę…”) tak było naprawdę i w dodatku te pomarańczowe otoczki wokół braku ludzi, które widzę. Właściwie widzę same otoczki, tylko otoczki, myślałam, że mogę, dlaczego mnie straszysz, nie chciałam, wstydzę się.
Uważaj na serce.
- Nie bierz tego. Bo umrzesz.
Dokładnie tak do mnie powiedział! I to on! Do mnie! A przecież nigdy aż tak namacalnego kontaktu nie doznałam… Agata, dlaczego wszystko psujesz? Ciągle jesz, wiesz? Ile można wpychać żarła do mordy? Masz z tego jakąś satysfakcję?
Ale dlaczego tak do mnie mówisz?
HAHAHA. Wiesz co byś teraz odpowiedziała? NIE WIEM! Zawsze: NIE WIEM! Wystraszone oczka, smutna minka: NIE WIEM! Agatka NIE WIE! Nigdy! Nic! Nic nie wie! Co wiesz? NIE WIEM! Co jadłaś? Nie wiem! Nie wiesz, nie wiesz, nie wiesz, nie wiesz… wiesz co? Nadal z ciebie ta Agatka, co kilkanaście lat temu, wiesz? Wiesz? Aleś się postarzała!
Spuchłeś, zgrubłeś, posiwiałeś.
Tak do ciebie niedługo powiem, stara. Będziesz się przejmować jak Świetlicki, aż książkę napiszesz. Ale wiesz jaką? Słabą. Ty słabo piszesz. A po co chcesz dobrze pisać? No tak, powiedziałaś sobie, że skoro się urodziłaś, to chcesz coś z tym zrobić.
Ja widzę przez ściany.
Nie mogę się pogodzić z tym, że mam tak wredną mordę. Mam coś strasznego w moim spojrzeniu i nie mogę określić, co to jest. W tym spojrzeniu jest wszystko. Ale strasznie boli. I wkurza. Rano, patrzysz na swoją mordę i masz przed swoimi oczami swoje własne oczy. I patrzysz z czymś dziwnym. Co to, do cholery, jest i skąd wzięłam coś tak dziwnego w sobie, że teraz mam czelność gapić się tym na siebie? No dziwne, są różne, różne problemy.
Jakoś ten tost z serem nie chce mi wyjść dzisiaj z głowy. I z szynką. Powiedziałam mała czarna, a dostałam cappuccino, tak to jest. Było tak zawsze. Chyba. Jakoś cicho mówiłam? Nie wiem, myślałam, że głośno.
Powinnam wyleczyć się ze wszystkiego.
Ostatnio znienawidziłam do kości! Udało się! Niespecjalnie! No, trochę się starałam, trochę mną szargały nerwy. Nie no, poważka, latałam na prawo i lewo, tak mnie rozpierdalało, nie pamiętam czemu. Coraz ciężej mi się żyje. Znowu się zdenerwowałam.
A może coś się we mnie urodziło?
Substancje nie rodzą dzieci. Myślisz? Kurde, coś w tym jest, nie no, czemu, może rodzą. Dobra, można coś ustalić. Wymyślić. Zawsze można się doszukać sensu. Mogę powiedzieć, że pewnego dnia okazało się, że zostałam strupem. HAHAHA. Strupem! To dobre! Ja jestem strupem, ktoś dzwoni na policję, ale jak to, nikt tego nie dopilnował, jak to strupem, gdzie byli wtedy sąsiedzi?! No chyba nie pod kołdrą! Hahaha! A ja taki strup pod kołdrą… Leży sobie, kurwa. Nie wytrzymam… Jak to nie ma Agaty, jest, ale strupem, to podać? Strupa do telefonu… Nie no, akurat do mnie nikt nie dzwoni. Ciężko się dogadać, no nie? A o czym można rozmawiać? I po co?
Dobra. Proszę sobie wyobrazić kiełbasę.
Tak mi przyszło do głowy. Dzisiaj dużo jadłam i nie mogę pozbyć się tej myśli, że mam w brzuchu tyle dziwnych rzeczy! Że to się jakoś trawi, coś robi tam w środku, może nawet uczyłam się, co robi, ale gówno mnie to obchodzi. Hahaha, gówno!
No, dobra! Ja nie dam rady! Wypisuję się! To się wypisałam… Nie no, już mówię, bo mam na końcu języka. Prawda jest taka, że obudziłam się z łbem Piotra między nogami. Złe rzeczy się zdarzają i nic na to nie poradzę.
- Ty się mnie boisz?
Nie! Skąd! Proszę! Niech pan robi, co miał robić! To znaczy ksiądz! Proszę bardzo! Ja czekam!
- Piotr?
- Agata?
Odkłada słuchawkę. Odchodzi.
Nie, bez jaj, wymyśliłam sobie Piotra, taka prawda i amen. Piotr do mnie nie dzwonił, wtedy nie miałam telefonu. Teraz mam telefon w szafie. Dzwonię nim do kosmitów i milczymy razem. (Wcale nie wolę kosmitów od Boga, to jedno i to samo, może! Ja nie wiem!) Co? Ale co ty powiedziałaś?
Piotr nie dzwonił?
Wydzwaniał jak szalony. A te uśmieszki pedofila… Na wspomnienie tego imienia mam wszędzie dreszcze. Piotr, piękne połączenie liter. Słyszałeś? Piękne! Powiedziałam to! „No to pięknie”! A pamiętasz „niezmiennie”. A ja wtedy chciałam wyrwać sobie serce, serce, serce, serce, serce. Chciałam wyrwać sobie to serce. Dla niego. Dać mu do ręki. A on był stary.
- Zwyciężył rozsądek i dojrzałość.
Nieprawda.
A ja mu składałam życzenia urodzinowe, chciałam uciec z nim do Hiszpanii i rodzić mu grube dzieci. Ja chciałam. Wyrzec się imienia i zapomnieć o sobie. Byleby tylko te dzieci… dla niego… bo on nie ma… i taki smutny! I JA TAK KUREWSKO CHCIAŁAM MU TE JEBANE DZIECI RODZIĆ!
W Hiszpanii! Albo nawet w Częstochowie! Wszędzie! I teraz! I planowałam jak zdać maturę, będąc w ciąży! Piotr, jakie podoba ci się imię dla dziecka? Daniel? DOBRZE! Rysiek okropne, tak?
TEŻ TAK MYŚLĘ.
Powiedziałam tak. Co za śmierdzące gówno ze mnie. Rysiek! Rysiek! Jak mogłam. Nie mogłam tego zrobić. Powinnam się siebie wyrzec i siebie wydziedziczyć. Zawiodłam się na tobie, Agata, wyrwę ci zaraz to okropne imię. Mam dość słyszenia: Agata, Agata, Agata…
A on tak pięknie do mnie mówił, może miał nawet australijski akcent, pierdolony Stasio Dudkiewicz! I mówił: „Agataaaaa, popraw się”. Ależ oczywiście! Do kościoła? Dla Piotra? Zawsze. Na szpilkach. Karteczkę wkładałam do tylnej kieszeni. Puszczałam mu oczka. A teraz mi powiedz jak miał na imię Piotr?
Jaki, kurwa, Piotr? Dlaczego mnie straszysz?!
Co za zaślepienie, co za zaślepienie. Najgorsze. A miał takie piękne plecy, duże i tłuste. Taki niedźwiedzio-podobny… Takie plecy mogłabym znienawidzić i polać wrzątkiem. Teraz. I uderzyć go z rozmachem w te jebane plecy kijkiem do golfa. Marzę o tym!
Ale Piotr? Kocha życie! Nad życie!
Nie. Powiedziałam: nie. Wtedy zwątpiłam. To przez niego pomyliłam wszystkie uczucia. Nie jestem w stanie patrzeć na faceta. Na człowieka. Brzydzę się tymi świniami. Chudsze świnie. Grubsze świnie. Żrą i patrzą małymi świńskimi oczkami! Ale gdyby tylko Piotr… moglibyśmy jeździć samochodem i słuchać razem muzyki… Daj spokój, zabiłabyś go. Co? Czemu? Kochałam go. Chyba.
Ty oczu nie masz, zaćpana kozo.
Kiedyś mogłam całować ślady stóp. Teraz? Kodeina.
Ja już nie wiem. Myślę, jak się nie zmęczyć. To także męczące. Dużo sobie obiecałam. Ale mam to wszystko w dupie. Wysypiam się. I czuję się chorobliwie dobrze. Piotr mi się roztył w głowie. Zapchał mi wszystko. I co teraz dziecko zrobi?
Nie, ja nie chcę, dlaczego to robisz, obiecałeś, nic nie mówiłeś, no dobrze, nawet nie wiesz jak trafiam, widzę że już jesteś ululana, dlaczego się ze mną kłócisz, oglądałem, widziałem, słyszałem, pewnie, oczywiście, tylko raz ci nie odpisałem, może koleżanka? a jak twoje maleństwo? Agata?
Najśmieszniejsze jest to, że Piotra przewidziałam.
A potem to już tylko chciałam poznać Zbigniewa - heroinistę i przyśnił mi się chyba jakiś Leszek czy coś tam, jakiś Artur przy mnie sikał i chyba nie miałam nic przeciwko. Artur? Rimbaud? A Piotr? Widziałaś? To nie szafa! To on nas obserwuje! Zachorowałam na paranoję. I się obraziłam!
Życie?
Co to w ogóle za słowo?
Wszystko to było kiedyś ważne. Dla kogo? Chyba dla mnie. Jeśli kiedykolwiek czułam siebie bardziej, bo teraz jestem tylko brakiem siebie. Strasznie mi siebie brak… I ja już nie wiem, bo zaszyłam dziury w mojej dwudziestoletniej koszuli i ją nosiłam i było lepiej… ale szukam. Czy powinnam jeść czekoladę, kiedyś chyba lubiłam czekoladę, może bym się poczuła jak ja, nie wiem co kiedyś jeszcze lubiłam, chyba „Lśnienie”, ale nie dam rady. Pamiętam, że grałam na gitarze… Teraz mam gitarę bez strun.
Ale co się dziwić, wszystko się miało zmienić. A ja w życiu nie przypuszczałabym, że będę znać wszystkie apteki i aptekarki w mieście. Że będę wyglądać jak chłopak. Na własne żądanie. Bo mnie ksiądz nie wyruchał.
Kto tu jest prosty, Agata? Irytujący uśmiech kogoś. Co? No kto? Irytujący uśmiech.
Przyznałam się do winy. Jestem Jezusem. Spotkałam Weronikę, zjadłyśmy razem sushi, a potem tak mocno ją znienawidziłam, że aż mnie bolały kości. A o co w żarcie chodzi? Nie pamiętam czemu znienawidziłam.
Więc co się stało? Coś się musiało stać. Ot tak to krzyża nie niosę.
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
indianer 
Towarzysz

Wiek: 24
Dołączyła: 06 Lut 2008
Posty: 188
Skąd: Arizona
Wysłany: 2012-08-02, 12:37   

Wklejam, jeśli w ogóle ktoś czyta.


___________________________

V

Czasami myślę o ludziach, których poznałam bez potrzeby i właściwie nie wiadomo po co. Tak było z Kamilem Cyrenejczykiem, któremu pomogłam zniszczyć życie. Możliwe, że kiedyś spotkam kogoś takiego, a ten ktoś uzna, że go zbawiłam. Samej siebie zbawić nie potrafię.
Tak się stało, że teraźniejszość zaczynała być przeszłością. A ja ze strachu obudziłam się jako żyrafa. Stałam na uboczu i patrzyłam na wszystko z góry. Musiałam się zastanowić i wszystko przemyśleć. Gdybym poddała się bezmyślnym rozmowom, przegrałabym. Usadowiłam się więc w kącie i dzięki ogromnej szyi byłam najlepszym obserwatorem świata. Nie mówiłam, przecież żyrafy milczą. Zresztą nie miałam o czym mówić. Co mogłabym powiedzieć? Tworzę siebie i jestem Mesjaszem? Proszę pani, ja nie mogę dzisiaj odpowiadać! Bo jestem Mesjaszem, ja myślę o zbawieniu i nie mogę zajmować się głupstwami!
Śmieszne. Zaczynałam przypuszczać, że urodzi się we mnie potwór. Wszystko, co złe, rodzi się z milczenia.
Upadłam po raz drugi, gdy, głupia, potknęłam się o swoją szyję. Zrozumiałam, że muszę kochać. Świat zbawi się tylko wtedy, gdy ciała astralne zaczną łączyć się w jedność. Mentalnie naprawdę jestem hipisem. Ujednolicenie świata i natury. Stworzenie niezaprzeczalnej materii i całości. Doznawanie oświecenia w łączeniu się z naturą. Symbioza człowieka z planetą. Odrzucenie cielesności. Wypłynięcie na wielką wodę swojego umysłu.
Upadłam, gdy łódka się wywróciła. Walnęłam łbem o dno.
Zrozumiałam, że jest to fragment z Arki Noego. Ja, mała – duża, żyrafa na łodzi. Dosięgałam dna, gdy patrzyłam i nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa, gapiłam się tylko tymi dziwnymi plamami swoich oczu. Zmieniałam fabułę Biblii i świata. Zaczynałam od początku i tworzyłam cuda.
Upadłam, bo byłam ogłupiona szczęściem nicnierobienia. Zarosłam w ciszy. Trwałam i nie widziałam nic piękniejszego. Nic nie mogło równać się z trwaniem. Siedziałam i trwałam. Czy ważniejsze jest tworzenie od trwania? Zbyt mocno czułam obecność na świecie, by zajmować się innymi czynnościami. Mój potencjał mózgu urósł do ogromnych rozmiarów i byłam w stanie zrobić wszystko tymi małymi rączkami. Na wszystkie siły świata, tak chciałam żyć! Dlatego upadłam! Bo nie ma nic gorszego, niż bezsensowna radość. Ile w niej ran i drzazg.
Zapatrzona w siebie, widziałam tylko jak mój mózg rozrasta się na cały wszechświat. Nie chciałam wstawać, ani się poruszać. Wystarczał sam fakt tego, że jestem i żyję. Nie mogłam zakłócać umysłu bezsensownymi czynnościami.
W końcu uznałam, że nie istnieje nic takiego jak cel życia. Trwanie i istnienie jest zbyt abstrakcyjne, by mogło być prawdziwe. Jestem najpiękniejszym niczym świata, mimo to pod krzyżem upadam, nie mogąc znieść tej pięknej udręki rutyny. Wywracam się i leżę. A ludzie na mnie patrzą i mnie słuchają. A ja siebie spisuję na straty i przylepiam naklejkę na czoło. Naklejkę bez napisu.
Upadam, bo nie mam siły wierzyć w sens bezsensu.
Przy życiu trzymają mnie skurcze i bóle brzucha. Zwijam się pod krzyżem i wyrywam. Czekam na śmierć. Chcę umrzeć jak prawdziwy bohater, prawdziwy Jezus na krzyżu, który sam sobie ten krzyż wybudował. I siebie samego na nim umieścił. Z miłości do Boga.
Czy jest coś piękniejszego od śmierci za ideę? Nie ma wątpliwości – muszę być Jezusem. Przecież wyglądam na pomyleńca, a każde słowo w moich ustach brzmi jak skowyt. Zapatrzona w siebie. Weszłam do swojego umysłu i w nim ugrzęzłam. Nie mogę wyjąć stóp z tego błota.

Czy potrafię jeszcze siebie stworzyć?
Wykreować siebie w narkotycznym amoku? Zmienić kod DNA i zaprogramować psychikę od początku? Z mózgu wygrzebałam już przecież przeróżne świństwa z mojego życia. Jestem tak ludzka, o ile w ogóle istnieje coś takiego, jak bycie ludzkim. Tyle niepotrzebnych lęków gromadzi się w mojej głowie, a za zbawienie uznać mogę tylko chęć prostoty.
Nieskomplikowane życie zwierzęcia. O niczym innym nie marzę.
Podnoszenie mojego umysłu do rangi uświęconego staje się coraz bardziej śmieszne. Boję się dnia, w którym okaże się, że zrobiłam błąd. Muszę tylko poznać smak, zapach i zobaczyć niezauważalne. Wyrwać się z prostych rytmów i przestać zmieniać postać. Zostać arcyniczym.
Arcynic.
Nadwrażliwe i naduczuciowe. Arcynic, które ma rozprężone wszystkie zmysły. Arcynic, które rodzi myśli i pieści je. Pedofil i kazirodca, stworzyciel myśli, który uprawia seks z własnymi dziećmi. Arcynic, który nauczył się swojej duszy na pamięć. Arcynic uprawiający swoją duszę. Arcynic będące kobietą.
Arcynic pracujące nad tym, żeby zostać jasnowidzem. Po drugim upadku, dusza rozłączyła się od ciała. Pochłonęła je całe, sprawiając, że zewnętrzność stała się nieważną i umierającą. Umarło ciało, dusza rozdarta. Duszę Jezusowi zszyły płaczące niewiasty, które w odpowiedni sposób pocieszył. On, który już płakać nie potrafił.
A gdy pytały, dlaczego, ja nie wiedziałam. Szłam ślepo do śmierci, jakby mnie miała zbawić. Ludzie, jeśli ludzie, to tylko jedna łza. Jedna masa. Nigdy nie widziałam inaczej. Nie mogłam otworzyć się tak bardzo, choć miałam rozbudowaną empatię i widziałam duchy, nigdy jednak nie zrozumiałam ludzi. Przeżywanie życia było ponad wszystkim, a ludzie to uniemożliwiali.
A ja siedziałam.
Myślałam.
Myślałam.
I mały krzyż niosłam.

Chciałam umrzeć, jeśli kiedyś miałaby mnie czekać ta piękna przestrzeń. Gdy zobaczyłam białe światło pogrążające mój mózg, uwierzyłam w śmierć. Jeśli żyć, to wśród pięknych widoków i zapachów, myślałam sobie, a za chwilę znów wracałam do myśli, w których życie poświęcałam tworzeniu. W największym oświeceniu stworzyłam najpiękniejsze i istniejące już słowa:
Wszystko jedno.
W tamtej chwili chciałam zaśmiać się sobie w twarz. Najpiękniejsza chwila świata działa się właśnie teraz, choć czułam w ciele, że miała minąć już niebawem… W końcu Arcynic, którym byłam, zrozumiało, że jego ciało umarło podczas drugiego upadku, więc pogrążyłam się w dzikiej euforii, patrząc na siebie z punktu widzenia osoby trzeciej.
A osobą trzecią był Jacek.
Idealnie równe koło w moim umyśle.

Zapomniałam o sobie. Przypomniała mi się tylko klatka, w której niegdyś zamknął mnie Kamil Cyrenejczyk. Najmniej ciekawa postać świata. Gdyby nie to, że tak głośno uderzałam dziobem o pręty, zupełnie zapomniałabym o Agacie. Po raz kolejny umierałam, a nieświadomy niczego Kamil nadal nie przychodził z pomocą.
Jadłam już swoje zęby, wyrywałam piórka i gniłam. Siniałam i gniłam. Gniłam. Tylko chwila i zejdę, gdy nie dostanę choć ziarenka tego boskiego uwalenia. Zaczynałam śmierdzieć zgniłym jajem trupa. Mózg wciąż był niewystarczający i nie mogłam się z nim pogodzić, kiedy zawędrował tak daleko i ode mnie uciekł.
Oddaliłam się od siebie i to jedyna prawda o mnie.
Za kawałek pradawnego niebiańskiego połączenia z Plutonem można byłoby oddać duszę. Ja czekałam, a język wyszedł mi na wierzch. Sekundy zmieniały się w doby, a doby w lata. Nie mogłam zrozumieć, że minęła zaledwie godzina. Mój prześladujący mnie mózg próbował mnie zabić swoją nieobliczalnością. Byłam mentalnym trupem.
Ale przecież upadłam po raz drugi, to powinno być odwrotnie! Wstałam. Otrzepałam piórka z kurzu. Pomyślałam, że w klatce nie jest mi najgorzej. Źle jest wtedy, kiedy nie chce się już żyć.
Na widok tych płaczących niewiast wszystkiego mi się odechciało.
_________________
www.agatapruciak.bloog.pl
 
 
 
geralt 
Prorektor


Dołączył: 28 Cze 2009
Posty: 3050
Wysłany: 2012-08-08, 22:51   

Ja czytam, choć powoli, bo trudne :) W motywach ćpuńskich i religijnych nie widzę niczego wartego zainteresowania, ale niedźwiedź jest urzekający, a kanarek wymiata nawet przy modlitwach z tabletkami w dziobie :lol: :D
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Wersja forum PDA/GSM

Template NoseBleed v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne

Forum administrowane przez: Grimlock, Nieznany


ebook.najlepsze.net
Darmowe Statystyki cjc!
Katalog stron www
katalog stron
Katalog stron internetowych Sznurkownia.pl