Fragment powiesci Elwiry Watały Życie królów w Filimonowce
Odpowiedz do tematu

: Fragment powiesci Elwiry Watały Życie królów w Filimonowce
CE

Żyliśmy bosko, jak świnie!
Uf, nareszcie i na naszej ulicy święto! Zaszumiało! Senna , zapomniana przez Boga Filimonowka obudziła się z zimowej śpiączki, rozprostała skrzydełka, pociągnęła się, podrapała się, popierdnęła sobie, zadrżała, zaszumiała, zaszeptała wiekuistymi plotkami, ożyła! I u nas nareszcie CZEPE- nadzwyczajne zdarzenie! I u nas zabito człowieka! Tu bodajże od Drugiej Wojny Światowej nikogo nie zabijano. Wszędzie, w innych miastach i wsiach jak u ludzi, zabijają , gwałca, kradną, życie szumi jak gaj majowy a u nas cicho, sza! Senne carstwo! Ani jednego zabójstwa, ani jednego gwałtu! Nudno!
Filimonowka,zapomniana przez Boga wioska, znajdująca się w stu trzydziestu kilometrach od Moskwy wzdłuż Kałużskiej szosy, jest słynna z tego, że w roku Jej Wysokość, rosyjska caryca Katarzyna II, jadąc w 1787 roku z Potiomkinem na Krym , zatrzymała się tu, żeby posikać. Nie nasza to sprawa, Drogi Czytelniku, roztrząsanie dylematu dlaczego wielka rosyjska caryca, podróżująca w ogromnej rozkosznej karecie, wyposażonej w niebywały luksus, nawet w biblioteczkę z książkami francuskiego filozofa Woltera, z którym caryca prowadziła ożywioną korespondencję przy okazji nie zapominając mu wysłać pięć tysięcy rubli zapomogi, nie mówiąc już o szklanej szafce z trunkami dla gości i o ogromnym stole dla nich również przeznaczonym i w improwizowaną toaletę z sedesem zrobionym z tronu Jana Sobieskiego z pozłacanym nocniczkiem pod nim wolała akurat posikać na łonie natury pod rosyjską brzózką i akurat w naszej Filimonowce. Kaprys carycy, który skąd inąd jest prawem naszej wiosce opłacił się sowicie. Odtąd Filimonowka rosła w sławie i chwale, a brzózkę troskliwie pielęgnowano i nawet podlewano w suche lata. Gdy podczas Drugiej Wojny Światowej w tę mającą historyczne znaczenie brzózkę trafiła niemiecka bomba i roztrzepiła pień na setki małych kawałków, jej nie pozwolono tragicznie zginąć. Pień brzózki kołchoznicy starannie podcięli i na wiosnę za dwa lata ono, nasze ukochane owiane sławą drzewko puścilo nowe świeże gałązki i rozkwitło drugą młodością niczym Ałła Pugaczowa z młodym piątym mężem Maksimem.
I chwała Bogu. Od tej pory nie słabnie sława naszej Filimonowki. Od tej pory sława Filimonowki rosła w siłę i z zabitego deskami sioła, ona przeobraziła się w bogatą wioskę z porządnymi izbami i solidną cerkwią o złoconej kopuli. No naturalnie jak zwykle bywa po rewolucji październikowej podupadła trochę wioska, wyludniła się trochę, kułacy, /średnia klasa chłopstwa,/ mająca dwie i więcej krów, powędrowała jako wredni wyzyskiwacze na Kołymę, do stalinowskich obozów pracy, trafiły także biedniacy- wrogowie ludu” z różnymi przewinieniami: jeden nieopacznie śledzia zawinął w gazetę z portretem Stalina, drugi anegdotkę politycznie nie słuszną opowiedział sąsiadowi, a ten doniósł, a kto poprostu za to, że wiadro marchwi na kołchozowym polu ukradł. Lecz lud rosyjski żywotny jak i rosyjskie karaluchy. Wyżył, mimo tępienia go przez Stalina, Berię i Hitlera a nawet rozmnożył się. Filimonowka wyżyła i nawet za Chruszczowa nieco zaludniła się nowym konglomeratem: byli to ludzie z miast, którym Chruszczow przydzielił po 600 metrów kwadratowych bezpłatnej ziemi, na których mogli by budować dacze i spędzać weekendy na świeżym powietrzu w zdrowej atmosferze pracy na ogródkach, bo troska o ludzi jest pierwszorzędnym zadaniem partii bolszewików.
Podczas kolektywizacji z filimonowskiej cerkwi uczyniono magazyn ziarna i nafty. I tak już pozostało do gorbaczowskich czasów. Kołchoznicy nie wybrzydzali i nie narzekali, że wypieczony z tego ziarna chleb nieco zalatuje naftą. Bo partia lepiej wie, czym ma pachniać chleb sowiecki. Co prawda politycznie nieuświadomiony element taki, jak na przykład filimonowska kurwa Wierka Ptasznikowa kręciła nosem, uważając, że nafta i pszenica jakoś nie bardzo ze sobą współharmonizują w zgodnej symbiozie i trzeba z tą anarchią skończyć, bo daje zły przykład ekspedientkom w sklepie i już jedna z nich zmieszała cukier z ryżem, możliwie, że przez przypadek. Wierka Ptasznikowa, nie patriotyczna kurwa, bo dawała waszym i naszym, a raczej innym, bo tylko przyjezdnym, swy protest wyraziła w niewybrednych epitetach pod adresem ekspedientki, ironicznie mówiąc i co to ona ma robić z ryżem z cukrem zmieszanym? Ta jej żywo gębę zamknęła, filozoficzną sentencją, iż , dobra gospodyni wie, co z tym zrobić. Wierka umilkła, słodki ryż kupiła , bo nie chciała być uważana za złą gospodynią, wystarczy, że fili monowscy chłopi uważają ją za złą kurwę.
Podczas Drugiej Wojny Światowej w filimonowskich lasach ukrywali się partyzanci i nawet teraz ten czy ów dacznik obok grzybów znajdował tam wojskową amunicję z czasów wojny i nawet nierozerwane granaty . A Tola Kupczyk nawet znalazł partyzancką menaszkę. Od tego czasu jadąc do Miasta sprzedawać grzyby , nie zapominał umocować u pasa to drogocenne wojenne trofeum: patrzcie ludzi, ja niby były partyzant i towar u mnie solidniejszy niż u innych dorobkiewiczów. Reklama dźwignią handlu, czyż nie tak?
Filimonowka, to senne carstwo, lecz piękne. Tu jeszcze pozostało dużo lasów w pobliżu, sosnowych, jodłowych i brzozowych nie całkiem jeszcze zanieczyszczonych foliowymi torebkami i plastikowymi i szklanymi butelkami po wódce. Tu hodowali ogórki na sześciu setkach ziemi, którą łaskawie przydzielił ludziom radzieckim Nikita Chruszczow, w imię zdrowego wypoczynku weekendowego radzieckich obywateli, odwykłych w Mieście od ziemi i trudu chłopskiego.
Lud z radością połknął haczyk i dacznicy miast radzieckich rojem zapełnili wioski i ugory nieużyte, żeby zgodnie z linią partii uprawiać swoje darmowe sześć setek ziemi i czerpać z nich maksymalny urodzaj, wzbogacać się umiarkowanie, sprzedawając zbytki swych rzodkiewek w Mieście. Towarzysz Chruszczow pod ścisłym nadzorem partii pozwalał ludziom trochę się wzbogacić, w myśl znanego aksjomatu; im bogatszy lud, tym bogatsze państwo. Zupełnie jak Kararzyna Wielka, której zasadnicze hasło było: sam żyj i innym daj żyć, pozwalając swym urzędnikom trochę kraść z państwowego skarbca. A gdy jakiś zbyt nachalny urzędzina zaczynał kraść bezpardonowo, bez umiaru, Katarzyzna Wielka delikatną aluzją stawiała go na miejsce, no na przykład łapuwkowiczowi posyłając na urodziny ogromną portmonetkę wielkości metra. Urzędzina aluzję rozumował prawidłowo: odtąd zaczynał kraść lub brać łapówki mniej azartnie.
Filimonowsy dacznicy uprawiali spokojnie swe , przydzielone im na rodzinę sześć setek, a tym czasem rdzenni Filimonoscy nudzili się przeogromnie. Z nimi było jak w buduarze królowej Polki, Marii Leszczyńskiej, żony Ludwika XV. O Maryśce mówiono: ” W jej buduarze tylko muchy są wesołe”. I oto nareszcie wybił gwiezdny czas: i na naszej ulicy święto. I u nas CZEPE. Zabito człowieka!
Lud wypełznął ze swych nor, ożył, ludowi stało ciekawiej żyć i jak jeden mąż lud polazł ku brzózce , uwieńczonej ongiś sikaniem pod niej samej rosyjskiej carycy Katarzyny Wielkiej, w miejsce , które stało się ikoną, swoistym ratuszem, tu odbywały się wiece bywalców Filimonowki. Nazywało się to miejsce „schodki”.
Lud był rozmaity: bezzębni staruszkowi, którym państwo skąpiło na bezpłatne protezy od tego czasu jak nastąpił w Rosji kapitalizm, podstarzałe damulki z Miasta, które przyjeżdżały do Filimonowki tylko latem. Ich nazywano „dacznicami, naturalnie młodzież, dziewczyny i chłopcy, wszyscy jak jeden mąż pozbawieni personifikacji, bo w jednakowych dżinsach i podkoszulkach, krótko ostrzyżonych / minęły czasy hippisiowskego długowłosia/,ozdobionych pirsingami we wszystkich możliwych i niemożliwych częściach ciała. Żuli nowoczesną gumę palili tanie papierosy „Prima”, a zajebiste” kurwy” i inny slang młodzieżo- kulturowy leciał fontanną z ich ust w powietrze, strasząc wron z szybkością salwy karabinu maszynowego Wasyla Czapajewa. Każdy chciał się stać Erculem Puarro czy Szrerlockiem Chołmsem i wnieść swój wkład w sprawę wyjaśnienia zagadkowego zabójstwa mieszkanki Filimonowki Nelli Gołoszczapowej, dwudziestoletniej skromnej prostytutki, o wyglądzie upadłego anioła , czy kającej się Magdaleny, w miarę pięknej, w miarę grubej o imponującym biuście i wcale nie merkantylnych inklinacjach: ładnym chłopakom dawała zadarmo.
Cicho pojękując zlazła ze swego ogromnego, na pół izby pieca babka Musia, stuletnia starucha, ostatni Mohikanin w tej wiosce i poczlapała w walonkach filcowych wprawionych w gumowe kalosze ku schodkowi, podpierając się pałką, za nią biegł jak pies za gospodarzem jej kogut, jedyna żywocina na dworze baby Musi, jeśli nie liczyć karaluchów i szczurów, których w Filimonowsce w bród. Potaszczył się staruszek Kuzmicz, też prawie stuletni w znoszonym wyrudziałym waciaku i z dwoma dyndającymi wojennymi medalami na nim. Żeby było śmieszniej prowadził na sznurku jak psa małego prosiaka, w odróżnieniu od tych pokazywanych w telewizorze nie różowiutko czystego, a brudnego jak sam czart, z przyschniętymi do zadu kawałkami gówna.
Zjawił się Loszka Cygan, pięćdziesięcioletni chłop o sławie Casanovy, który jak radziecki pionier był zawsze gotów na seks gdzie ugodno i skolko ugodno, o krzywych nogach i połyskujących chciwym ogienkiem cygańskich oczach, zawadziadzki uśmiech którego psuł ubytek dwóch przednich zębów, ubrany w swy odwieczny uniform, kwiecistą koszulę , stare zniszczone dżinsy zaprawione w gumowiaki.
Przybiegła piękna Wierka, Ptasznikowa, o mianie kurwy Afrodyty, główna wiejska seksualna atrakcja, uwodzicielka, do której mężczyźni lgnęli jak psy do suczki podczas cieczki, mająca męża, lecz skromnie dorabiająca swym ciałem, gdy mąż był w Mieście.
Przyszła Lidia Iwanowna, arystokratyczna dama o manierach niedobitej przez rewolucję inteligencji i sprawującej wrażenie niewyżytej seksualnie, co było widać po jej niespokojnym wzroku rozmarzonej krowy. Jej męża dwa lata temu zbił samochód.
Przytaszczył się Gennadij Iwanowicz, okoła sześcdziesiącioletni, chudy jak szczapa, ofiara solitera, czy też złej żony, za którym ukrzepiło się niechlubne przezwisko GIENA IMPOTENT.
Przyszedł Kola- Student, ofiara seksualnej przygody, który nieopatrznie, niezabezpieczony prezerwatywem nabył w Mieście od przypadkowej prostytutki syfilisu, o czym z żalem doniósł władzom radzieckim i teraz po kuracji siedzi w Filimonowce strzeżony przez srogą mamusię, która woli zdrową masturbację syna od niezdrowych prostytutek.
Przybiegła zadyszana Lenka bizneswoman, spekulantka wedlug socjalistycznego określenia, która wzbogaca się tym, że sprzedaje w Mieście mieszkania, korzystając z lików niedoskonałego prawa.
Nawet zajadły chuligan Paweł- pastuch o niebiskich jak u Jesienina oczach i wiecznie półpijanym uśmiechem, ostatni kochanek diwy schow biznesu, która mieszka w rozkosznym Zamku, jak carewna Wasilisa, szósta zona Iwana Grożnego przytaszczył się, nawet Kędzierzawka- damulka z kultowym kotem Barsikiem , nawet … ale stop!
Słowem wszyscy letniacy, czy też rdzenni mieszkańcy Filimonowki zebrali się w ten pogodny słoneczny czerwcowy dzień 20… roku przy słynnej brzozie, pod której i t.d. żeby wysłuchać oficjalne oświadczenie milicjanta Fiedzi Szapocznikowa, który za te trzy miesiące co prowadził śledztwo stał się swoim fili monowskim chłopem, bliskim jak ojciec czy brat rodzony. Słowem wszyscy zebrali się, żeby omówić gremialnie CZEPE , przyczynę zabójstwa Nelli Gołoszczapowej na dodatek jeszcze i zgwałconej i wyrazić swe zdanie w ogólnej kwestii mordowania na ulicach i wioskach ludzi radzieckich, a ściśle wyrazić swe zdanie w kwestii konkretnego zabójstwa Nelli Gołoszczapowej , czyli gorący protest przeciwko panoszącym się morderstwom na ulicach i wsiach wielkiego ZSRR. Nie stalinowskie to przecież czasy, żeby mordować ludzi bez przyczyny!

„Ile głów, tyle rodzajów miłości’,- powiedział Lew Tołstoj. Ile mieszkańców Filimonowki, tyle wersji odnośnie śmierci Nelli Goloszczapowej. Wielcy Rosyjcy Klasycy! Śpijcie w swych mogiłach spokojnie! Wasze odwieczne pytania „Co robić?” i „Kto winien?”odeszły w przeszłość. Obecnie wysunęły się na porządek dzienny inne pytania:Kto, dlaczego? Za ile?’ Na te pytania Filimonowka odpowiedziała niezgodnym chórem głosów, gubiąc się w setkach wersji i wariantach, tak że milicjantowi Fiedzi Szaposznikowi zakręciło się w głowie od tej mnogości sugestii detektywów-amatorów i pod koniec wiecu on osowiały już niczego nie rozumiał, i tylko tępo spoglądał na Wierkę Afrodytę, raczej na jej gołe ramię, z którego roztropnie ciągle spadało ramiączko sarafanu i ona z gracją bogini greckiej go poprawiała uwodzicielsko zerkając na śledczego milicjanta. Czy da się tym razem złapać rybkę na haczyk?
XXX


Milicja w jednoosobowym składzie, czyli w osobie Fiedzi Szapocznikowa żwawo maszeruje po zakurzonych bezdrożach Filimonowki. Milicja jest ruda, o młodzieńczym zdrowym rumieńcu na policzkach, z nikłymi śladami młodzieńczego trądziku, świadczącego o niewyżytości seksualnej indiwiduum, o perkatym jak u Kościuszki nosem i z wiecznie zdziwionymi niebieskimi jak niebo w jasny dzień oczami, które z ciekawością, ufnością, a także i z pewną dozą ironii czy też sarkazmu , czy też rezerwy spoglądają na nasz niedoskonały świat z odwiecznym pytaniem: czemu fantazja stwórcy była tak uboga? W każdym razie ze wścibskością świeżo upieczonego absolwenta oficerskiej szkoły śledczej. Fedzia widzi siebie drugim Cherlockiem Chołmsem czy Erkulem Puarro, i jest gotów rychło rozstrzygnąć zagadkę śmierci miejscowej prostytutki Nelli Gołoszczapowej, w podbitej deskami wiosce Filimonowsce, pardon- w tym miejscu naszej narracji oburzy się rdzenny obywatel tej wioski- jak tak zabitej deskami, kiedy u nas w roku… i tak dalej i wskaże na wyżej upomnianą brzózkę. No i cóż z tego, że Fiedzia teraz stoi nad tą brzózką i nawet świętokradczo obmachuje się zerwaną z tej brzózki gałązką od dokuczliwych komarów-- rozgadkę zabójstwa Nelli Goloszczapowej brzózka nie dawała…
Fedzia zawrócił z powrotem. Było upalnie.. Słońce postanowiło do reszty upiec obywateli w tej łaźni parowej bez tlenu i nawet bez najmniejszego podmuchu powietrza, grzało na grylu ludzkie ciała bezlitośnie do potoków potu na czole , do nieprzyzwoitej mokrości pod pachami, do bólu głowy, do mirażu na Sacharze. Miraż Sachary wkrótce Fiedzia ujrzy. Czy to niby na jawie? No, te dopotopne walący się chatki pod strzechą obok rozkosznych zamków, wcale nie piaskowych, tylko z solidnej cegły i z żeliwnymi litymi ogrodzeniami, z rasowymi żywymi złymi biegającymi na podwórku psami, z fontanną i skulpturami dłuta Michała Anioła, z… lecz stop. Najpierw była chatka…

Po obie strony Bolszaka / głównej ulicy Filimonowki/ usadowiły się domy. Różne. Biedne i bogate, rozwalające się chałupki o kurzych nóżkach, żywcem wzięte z bajki o Babie Jadze i solidne z nieociosanego drzewa i bez jednego nawet gwoździa domy epoki po Drugiej Wojnie Światowej, bądź bardziej nowoczesne, z cegły epoki Gorbaczowa, gdy można było kraść ile wlezie wykorzystując niezupełnie czytelne prawo o prywatyzacji. A nawet na tym Bolszaku był zamek, zbudowany przez diwę z szow biznesu współczesnej epoki wchodzenia Rosji w stan kapitalizmu, gdy śmiało można było wykorzystać nagrabione podczas prywatyzacji i realizować w zamkach czy brylantach.
Chatka rozwalucha’ pokrzywiona na jeden bok, jak nałoznica Ludwika XIV La Wallier, dla której budowano Wersal, należała do baby Musi.
BABA MUSIA
Ma sto lat. Żartujemy, zaledwie dziewięćdziesiąt osiem. Jest dowcipna i wesoła. Radość życia prze z niej, jak pakuła z jej starej chatki .Rozpiera ją dosłownie, mimo reumatyzmu, prosperującej ślepoty, bólu w stawach i małej emeryturki byłej kołchoznicy. A jeśli szczególnych przyczyn do radości nie ma, to baba Musia ją wymyśli, raduje się jak filozof Demosten z byle czego, po prostu ze słoneczka na niebie i swymi słonecznikami, samoistnie rosnącymi na ogrodzie i nawet żukom koloradzkim na swych kartoflach, raduje się baba Musia, bo ona ma rzadki dar wiecznego optymizmu i widzenia świata w różowych barwach.
Baba Musia mimo wieku jeszcze całkiem rześka staruszka z rosnącą kędzierzawą bródką i krzaczastymi brwiami a la Leonid Breżniew. Jest ona tak samo życiodajna, jak jej wszy i’ tarakany „czyli karaluchy. Z karaluchami walczyć nie sposób, te stworzenia są nieśmiertelne, jak bolszewicy, wytrzymają nawet eksplozje nuklearną, jak dowiedli naukowcy, nie daj boże, żeby to nastąpiło. Ze wszami zaś ona systematycznie walczy. Tępi je bezlitośnie i regularnie, bo uważa że te stworzenia nie od boga, a od diabła i chociaż w jej mniemaniu diabeł nie koniecznie jest zły, a nawet wiele dobrego uczynił dla ludzkości w tym wypadku źle postąpił, wypuszczając te bestie na wolność ze swej puszki Pandory, których żadne szampony o zapachu lawendy nie biorą. I baba Musia siedząc na rozwalonym garbatym ganku swej chatki wyczesuje gęstym grzebieniem wszy na idealnie czystą rozłożoną na kolanach białą serwetkę, a potem starannie zebrawszy insektów do kupy wysypuje do rynsztoku mówiąc:”Kysz kysz, milutcy! Baba Musia jeszcze nie umiera. Grzech wam jej śmierć przepowiadać.” Według rosyjskich starych przypowiedni wszy odwiedzają umierających ludzi, tak przecież było z iwanem Groźnym.
Dacznicy i rdzenni mieszkańcy Filimonowki przechodząc obok i ujrzawszy nieapetyczny widok z obrzydzeniem odwracają się, a na ich twarzach maluje się zdziwienie: ”Jak to? Czyżby w epokę różnych szamponów i arielów te dynozaury jeszcze nie wymarły?” Baba Musia nie reaguje na powszechne oburzenie, ma go w nosie, dla niej prawda matka jest droższa. Poraża nas, Drogi Czytelniku, baba Musia swą żywotnością. Ona jest niezwyciężona. W niej wcielił się niezłomny duch ruskiej baby, zahartowanej z epoki Drugiej Wojny Światowej, gdy o kobiecie rosyjskiej mówiono:”Jest i babą jest i bykiem, jest i krową i mużykiem”. Kobiety, mężowie i synowie których byli na froncie zamiast konia czy krowy wprzęgały się w pług i orały ziemie w kołchozach. Och, wy nie pamiętacie tych czasów, a baba Musia je pamięta.Ciężkie były czasy, to prawda, ale naród rosyjski wyżył.
Mieszka baba Musia w starej izdebce, rozwaluszce, która nie wiadomo jakim cudem, naruszając wszelkie prawa fizyki jeszcze trzyma się „na nogach” choć już na wpół schyliła się na bok. Skoro baba Musia ma małą emeryturkę i duży reumatyzm, to ta dysproporcja zmusza ją do chodzenia latem i zimą w tych samych walonkach i do jedzenia dzień w dzień tych samych makaronów, przyprawionych słonecznikowym olejem, czasami, na święta olej zostaje zastąpiony „tuszonką’, konserwami z mięsa wołowego.
Baba Musia ma zwierzynę w postaci rudego o obgryzionym przez psów grzebieniu koguta Piećkę, bojowy i płciowy zapał którego od inwalidztwa wcale nie zmalał, a nawet wzmocnił się. Z braku własnego kurzego haremu, kogut Piećka łazi na sąsiedzki dwór i kopuluje tam czyli trzepie obcych kur. Baba Musia oburza się serdecznie na Piećkę za brak lokalnego patriotyzmu, często zamyka go, przywiązując jak psa na sznurek , lecz Piećka zawsze ze sznura wyślizguje się akrobatycznym manewrem kręceniem głowy i znowu ucieka za miłosnymi igraszkami na sąsiedzki dwór, aż baba Musia oburzona niesprawiedliwością do głębi duszy, poszła do sąsiadki i wyłożyła jej kawę na ławę, oświadczając, że jebanie obcych kur nie należy do obowiązków jej koguta, a skoro ten świadczy kurom sąsiadki te usługi za nich trzeba płacić, przy kapitalizmie wszak żyjemy, gdzie za wszystko trzeba płacić, a nie tak jak przy socjalizmie, gdzie sranie w publicznych toaletach dla uczestników Drugiej wojny Światowej było bezpłatne, o czym oficjalnie zawiadamiała wywieszona w toalecie tabliczka. Słowem, niech sąsiadka za kopulację przez koguta Piećkę jej kur płaci babie Musi po trzy jajka tygodniowo, które to jaja tak wychwalają dacznicy, i które sąsiadka jako ekologicznie czyste sprzedaje trzykrotnie drożej niż kosztują jaja w mieście.” Mój kogut przyczynia się do smakowych wartości twych jaj” tak by lakonicznie podsumował empatyczny bełkot baby Musi inteligent Gennadij Stiepanowicz , który sam miał problemy z własnymi jajami, nie nadaremnie przecież miał przezwisko Gena impotent. „ „Bo inaczej ugotuję ze swego koguta rosół i frajda z twymi kurami urwie się”- zagroziła w konkluzji baba Musia sąsiadce.
Kłócić się z babą Musią nie było sensu i sąsiadka każdy tydzień kładzie pod okienkiem baby Musi trzy jajka, co stanowi niezłe wsparcie dla skromnego budżetu staruszki, kołchoznicy i uczestnicy Drugiej Wojny Światowej .
Och tak, baba Musia za młodu była wojenną sanitarką. Ona dobrze pamięta te czasy. Nie tylko przewiązywała rannych na polu boju, lecz także na froncie znalazła swoją pierwszą i jedyną miłość. Była jak wtedy nazywano frontową żoną majora Glebowa. Potem po zakończeniu wojny on odjechał do swej prawdziwej żony na Sybir, do Omska, baba Musia zaś urodziwszy syna Glebowa pozostała w Mieście, w komunalnym mieszkaniu, gdzie zajmowała jeden niewielki pokoik, za nim już zestarzała po utracie syna, który zginął tragicznie w automobilowej katastrofie przyjechała na wieś do Filimonowki , zajęła domek po zmarłych rodzicach, została kołchoznicą i rdzenną Filimonowką, słynnej z tego, że Katarzyna Wielka i td.
Izba babki Musi jest duża, nie ma co, lecz połowa pomieszczeń zabita deskami. Po pierwsze, nie ma tam w oknach szkieł, po drugie, po co babce Musi tyle pomieszczeń, bo aż dwa. Ona mieszka tylko w jednym pokoju . Połowę przestrzeni zajmuje ogromny rosyjski piec z pryczą, król rosyjskich izb. Przyjezdżali podążając szlakiem rosyjskiej carycy Katarzyny II polscy turyści, fotografowali piec baby Musi, zachwycali się tą architektoniczną rzadkością, babci przysłali później zdjęcie. ona i jej piec. Leży na pryczy i uśmiecha się szerokimi bezzębnymi ustami rosyjska starucha, westalka ogniska domowego. Babka Musia żałowała, iż nie zdążyła pobielić piec wapnem. Powinien być biały, jest czarny od sadzy. piec pali się okrągły rok, nawet jeśli na dworze temperatura plus trzydzieści stopni. taka jest tradycja przodków babki Musi, ona ją czci i nie ma zamiaru naruszać. I do czego dojdziemy, do jakiej anarchii, jeśli nie będziemy czcić tradycji, nie sądzisz, Czytelniku?
Wszystko, co dzieje się na świecie, babka Musia dowiaduje sie z małego aparatu radiowego. Tranzystora. Telewizora babka Musia nie ma. Za to ma duży miedziany samowar tulskiej marki z medalami carskimi, istne cudo i archiwalna rzadkość, na które polują kolekcjonerzy z Miasta i nieraz już ktoś proponował babce Musi go sprzedać za godziwe pieniądze w zamian ofiarując aluminiowy czajnik. Lecz za każdym razem babka Musia pogardliwie kręci nosem, też mi coś- po pierwsze, samowar- to jej dziedzictwo po dziadku, no i herbata z samowaru o niebo smaczniejsza niż z aluminiowego czajnika.
Piłeś kiedyś, Drogi Czytelniku, czaj z samowara? Niebo w gębie. No i tradycja ma tu duże znaczenie i parafrazując Gogola powiemy: No jaki Rosjanin nie lubi herbaty z samowaru?- a no chyba Nowi Ruscy i Diwa z Zamku.
Gdy zdrowie i ukradziona na sowchozowym polu pszenica dopisują babka Musia pędzi samogon. Srogą gorbaczowską prohibicję ignoruje, a jeśli wladza zacznie jej się czepiać, babka Musia odpowie:” Dla siebie pędzę, dla własnego użytku, nie na sprzedaż. Jest wolność czy nie? i bezceremonialnie i demonstracyjnie na oczach władzy rozkłada na garbatym stole kiełkujące ziarna pszenicy-pierwszorzędny samogonowy surowiec.
Czasami do babki Musi przychodzi weteran Drugiej Wojny Światowej staruszek Kuzmicz, który mimo swoich osiemdziesięciu pięciu lat ma aspirację do żeniaczki. Tylko nie wie którą narzeczoną ma wybrać. Kandydatury ma dwie. Babkę Musię, która pod względem intelektualnym jest ciekawsza, bo z nią można pogadać o wojnie i pieriestrojce, czy Praskowię, która pod względem intelektu jest zerem, lecz ma dobrą chatę, nie złą emeryturkę i tylko osiemdziesiąt dwa lata. Ten dylemat oto już kilka lat rozrywa serce Kuzmiczowi i on nie jest w stanie go rozstrzygnąć.
Na wszelki wypadek chodzi do jednej i drugiej w określone dnie tygodnia. Poniedziałki i środy są przeznaczone dla Musi, wtorki i czwartki dla Praskowii.
W piątki post, w sobotę Kuzmicz chleje, w niedzielę leczy się z kaca. I tak miga mu bogate we wrażenia życie.
Gdy Kuzmicz przychodzi do babki Musi, oni piją samogon i zagryzają kwaszonymi ogórkami, gdy przychodzi do Praskowii tam ścieli się bialy obrus i dostaje się butelka prawdziwej ”Stolicznej”, a na zagrychę może być nawet krakowska kiełbasa. Bogato żyje babka Praskowia! Kuzmicz dreczy się w rozdwojonych uczuciach i nie wiadomo co weźmie w końcu górę; żołądek czy strawa duchowa?
Powróćmy jednak do tych czasów, gdy babka Musia mieszkała w Mieście w komunałce.
Znasz, Drogi Czytelniku, taki stwór mieszkaniowy w epokę socjalizmu? No gdy na osiem czy nawet dwanaście pokoików z rodzinami przypadały jedna wspólna kuchnia, łazienka z ubikacją, podzielone wąskim korytarzem? Komuna nie zawsze żyje ze sobą w zgodzie. Nieraz tu bywają scysje i awantury na tle bytowym i wtedy zjawia się milicja, pardon, od 2011 roku już policja i zabiera awanturzystów na osiem godzin do ciupy. Po czym ich wypuszczają i do nowego mordobicia.
Rankiem przed ubikacją ustawia się kolejka spragnionych załatwienia czynności fizjologicznych. Da się słyszeć odgłosy:”Iwanie Pietrowiczu wy już dziesięć minut sracie. Miejcie wgląd na innych cierpiących!”
Przy socjalizmie w komunałkach żyło się całkiem nieźle. Gorzej stało się żyć przy kapitalizmie, gdy gwałtownie podrożała dawniej prawie bezpłatne woda, prąd i gaz. Gaz dawniej jak śmieć, palił się dniem i nocą, liczników nie było, pal ile chcesz, ogrzewaj na płytce kuchennej mieszkanie ile wlezie, a teraz? Baba Musia była oburzona kapitalistycznym bezprawiem i wyzyskiem obywateli radzieckich. W mieszkaniach ustawiono liczniki nie tylko na prąd, lecz nawet na wodę i gaz. Babcia Musia wyraziła protest przeklętym kapitalistom / za co my krew przelewali?/ i zbojkotowała liczniki- w ogóle nie używała prądu, korzystając w pokoju z lampy naftowej , a do kuchni wnosząc własną świecę. To nic, że w kuchni było ustawiono osiem liczników i osiem żarówek ją oświetlało , babcia Musia niezmiennie wchodziła do kuchni ze swoją własną świeczką, mimo oślepijającej elektrycznej iluminacji ośmiu żarówek według liczby mieszkańców komunałki, bo była osobą honorową, za darmochę państwowym prądem nie uraczy się.
Każdy mieszkaniec komunałki ma swoją lodówkę zamykaną na kłódkę, swój stolik kuchenny, szafkę na naczynia, a piec gazowy dzielą na grzejniki, ten mój, ten twój. Od pewnego czasu, jak podrożał gaz, babka Musia nie korzysta z tego dobrodziejstwa, gotuje swe skromne dania na piecyku naftowym. Babcia Musia żyje dawną epoką socjalizmu i nie uznaje kapitalizmu, czasami nawet zapomina, że już nie istnieją kołchozy czyli PEGERY i zwyczajem lat ubiegłych jeździ do podmiejskich wiosek kraść kołchozną marchewkę, a gdy arendatorzy wietnamcy łapią złodziejkę na gorącym uczynku i przy pomocy tłumacza wyjaśniają jej niegodność jej czynu, zaznaczając, że dobre dla kradzieży czasy socjalistyczne minęły, babka Musia strasznie się lęka: ona kojarzy to z czasami Stalina, gdy jej matkę wysłano na pięć lat do obozu pracy jako wroga ludu, za to, że zrywała kłoski pszenicy na już ubranym kołchoznym polu.
I jeszcze babka Musia pamięta, jak koleżankę jej matki Lusię wysłano do obozu pracy na Syberię, bowiem niechcący zawinęła śledzia w gazetę z portretem Stalina. Trudno było ustrzec się: papieru pakownego nie było, a w każdej prawie gazecie widniał portret ojca narodu Stalina. Babka Musia była jeszcze dziewczynką, jak Lusia milcząca i cicha zwariowaną osobą powróciła z obozu. Ciągle siedziała w pokoju tępo patrząc w okno i mamrotała: ”Towarzysz Stalin walczy z wrogami ludu, jest naszym zbawicielem”.
Wietnamczycy babkę Musię nie oddają policji, a nieraz nawet ukradzioną marchewkę nie zabierają i ona wtedy na swej kierosince, piecyku naftowym piecze pierog marchewny, paluszki lizać, ona szykuje się do spotkania ze swoim frontowym kolegą, kochankiem majorem Glebowem.
Raz na dwa lata staruszek major Glebow jadąc do podmiejskiego sanatorim z Syberii, obowiązkowo odwiedza swoją byłą frontową koleżankę babkę Musię. Stara miłość nie rdzewieje. Och, co to była za milość, Drogi Czytelniku, nie ma już takiej miłości, jaka łączyła sanitarkę Musie i majora Glebowa. Cztery lata trwała ta miłość, ile wojna trwała. Nawet musiała Musia aborcję zrobić, na szczęście bez komplikacji. Zamknęła oczy, zacisnęła wargi i wbiła sobie w macicę igłę drucianą, jaką swetry dziergają. Krwi wyszło sporo, lecz Musia nie umarła, wykaraskała się, bo była żywotną sybiraczką.
Po raz drugi zaszła w ciążę z majorem Glebowem już grubo po wojnie, synka urodziła, niedługo nim się cieszyła, zginął biedaczek w katastrofie automobilowej, niech ziemia mu puchem będzie i babka Musia roni skąpe starcze łzy, czarując nad marchewnym pierogiem ku czci przyjazdu majora Glebowa.
Po wojnie major Glebow powrócił do swej wioski na Uralu, do żony i dzieci, lecz Musi nie zapominał i na dzień Armii Czerwonej 23 lutego zawsze posyłał jej pocztówki, a raz na dwa lata, gdy wyjeżdżał do Podmiejskiego sanatorium, zajeżdżał do Musi, uprzedzając ją o tym telegramem. Wówczas babka Musia robiła gruntowne sprzątanie i jej zadomowione karaluchy z jej maleńkiego pokoiku przemieszczały się do sąsiedzkich pokojów, a sąsiedzi pukali do jej drzwi i grozili policją i pobiciem wrednej staruchy. Wtedy ona naczepiała na wyschniętą pierś swoje dwa medale i jeden order Czerwonej Gwiazdy , wychodziła do kuchni i tonem partyzanta, nastawiającego pierś faszystom hardo mówiła: ”Strzelajcie, gady!”
„Gady” opuszczali oczy i dawali spokój staruszce i dławili karaluchów w swoim zakresie nowoczesnymi środkami chemicznymi. Oszalałe i pół pijane insekty wlekły się ku rurze na śmieci i tam zdychały. Jakiś czas, dzień czy dwa komunałka żyła bez karaluchów.
Potem babka Musia wyciągała z drewnianej skrzyni szydełkowy obrus, białośnieżny i suto nakrochmalony, stawiała na stół 250 gram wódki, ser żółty, nieraz nawet lososia 100 gram i koronny swy pierog z marchwi.
Staruszek major Glebow delikatnie pukał do dzrwi, wchodził brzęcząc medalami i orderami, całował Musię w usta i wyjmował z plecaka cukierki „Miszki” ulubione, Marusiny, na których był namalowany obraz Szyszkina niedźwiedzie w lesie- trzy sympatyczne niedźwiadki baraszkują się na powalonym drzewie. najlepsze cukierki w świecie. Serce babki Musi biło młodzieńczym zapałem i stawało się radośniej żyć.
Potem odbywała się lukullusowa uczta, łzawe wspomnienia o wojnie i zmarłym synie, a potem śpiewali frontowe piosenki: ”Ciemna jest noc a ty ukochana nie śpisz, i gdzieś daleko od frontu synka naszego utulasz”. .Albo:”Czekaj na mnie i powrócę, tylko bardzo czekaj”.
Potem kładli się spać na szerokim w pierzynach łóżku, ona w koronkowej dziewiczej koszuli z prawdziwego batystu, on w grubych kalesonach z tasiemkami i przytulali się, być może pomni gorących nocy we frontowej ziemiance.
Potem staruszek delikatnie prosił staruszkę go popieścić, ulżyć wisiorkowi małym possaniem bezzębnymi ustami, małym pocałunkiem sztucznej protezy i ciepło, podobne do orgazmu rozlewało się po starczym ciele, dając siły dalej żyć z dala od siebie na całych dwa lata, do następnych odwiedzin.
Po śmierci majora Glebowa, o której zawiadomiła Musię jego żona, babka na zawsze zostawiła Miasto przenosząc się do Filimonowki.
Powróćmy jednak, Drogi Czytelniku do głównego wątku naszej narracji. Itak , po wyboistych drogach Filimonowki kroczy śledczy Fiedzia Szapoczkin nowo upieczony porucznik, absolwent szkoły oficerskiej.
Słońce chyba oszalało: praży niemiłosiernie tak, że nie ma czym oddychać i zaraz udusi człowieka naśmierć, gorący lepki pot cienkimi strużkami ścieka po piegowatej twarzy Fiedzi. On co chwila zatrzymuje się i zdjąwszy kaskadówkę z lakierowanym jak na milicjantów przystało daszkiem, ociera pot mokrą chusteczką. Wszystko dziwi Fiedzię, mieszkańca Miasta w tej zapadłej wiosce.
Jej prostacki folklor nie bardzo przypada Fiedzie do serca.
Zdziwienie zaczęło się już przy samym wejściu na główną ulicę Filimonowki, zwaną Bolszakiem. Tu ze wszystkich stron ze swoich domów, jak szczury ze szczelin powyłazili ludzie, z łopatkami i wiodrami i wzajemnie się wyprzedzając pośpiesznie biegli w jednym kierunku , w kierunku dużej łąki, na której pasła się krowa, długim sznurkiem przywiązana do pnia zrąbanego drzewa. Dokąd oni wszyscy biegną? zapytał Fiedzia Szapoczkin przejeżdżającego na rowerze chłopca. Po gówno,- nie zmniejszając jazdy odpowiedział ten.
Niegrzeczny bachor,- powiedział Fiedzia Szapoczkin w ślad odjezżającemu rowerzyście. Lecz wkrótce zrozumiał, że obrażać się nie należało . Letnicy śpieszyli się ku darmowemu nawozu , w postaci miękkiego ciepłego placka, który w dany moment zamierzało upuścić ze swego szerokiego zada rogate zwierzę. No, trafiłem żywcem w epokę rosyjskich wiosek siedemnastego wieku, -pomyślał Fiedzia Szapoczkin. On jeszcze nie wiedział, że trafił w same sedno, w dziesiątkę, no bo tu caryca wielka Katarzyna II i t.d.
Wyboru jednak nie było. Nowoupieczony absolwent fakultetu prawa na najbardziej prestiżowym uniwersytecie świata MGU i absolwent oficerskiej szkoły, Fedzia Szapoczkin miał zadanie wypytać wszystkich mieszkańców Filimonowki odnośnie zagadkowego zabójstwa Nelli Gołoszczapowej.
Pierwsza chatka, do której skierował swe stopy Fedzia Szapoczkin była izdebka baby Musi. Rozwalucha, jak ją nazywano. Dawno powinna była skończyć swy żywot ta staruszka czasów kutuzowskich, gdy jednooki marszałek Kutuzow gnał Napoleona Bonapartego won z Moskwy i z jej okolicy ,dobijając po drodze przez odziały partyzanckie w liczbie których był pradziad baby Musi. Lecz izdebka mimo, iż była w stanie agonii mimo iż nachyliła się na jeden bok i zaraz upadnie stała jednak i groźnie świeciła wyrudziałą pakułą między drewnianymi klockami , z których to o grubości czterdziestu centymetrów w obwodzie była zbudowana ta i choć zjedzona przez robaki, gryzonów i inną swołocz jak i jej właścicielka zdychać nie miała zamiaru .
Pierwsze co zobaczył Fiedzia Szapoczkin, gdy przekroczył plecione z witki ogrodzenie była ogromna blaszana tablica, umocowana na frontowej ścianie izdebki, na której czarnymi , olejnymi dużymi literami było napisano:”Dom obrazcowego sodierżanija”, czyli dom wzorowego zagospodarowania którą z grubsza można było przetłumaczyć jak- dom szczególnie estetycznego wyglądu.” Ironii nie poniał”- powiedział do siebie Fiedzia Szapoczkin i śmiało wkroczył za stare ogrodzenie.
Ludzie już dawno radzili babce Musi zdjąć kompromitującą tabliczkę, lecz babka Musia uparła się, że nie.
Zaciskała swe wąskie starcze usta i chłodno odwarkiwała:”Nie zdejmę, mi ją kołchoz powiesił, kołchoz niech zdejmuje”. Kołchozu czyli PEGERU już dawno nie było, ziemię sprzedano prywatnym akcjonariuszom z Korei , oni tam hodowali zieloną cebulę i ogórki, które wozili do Miasta na sprzedaż, udawadnijając byłym kołchoźnikom, że przy odrobinie smiekałki i przedsiębiorczości można wyciągać niezłe zyski, których nigdy nie miał kołchoz siejąc na tych polach pszenicę i jęczmień.
Baba Musia siedziała na ganku z ogromnymi ciemnymi szczelinami miedzy deskami i z tej otchłani zalatującej wilgocią i zgnilizną jak ze świątyni prorokczyni Dafny nie tajemniczo,
a zupełnie swojsko wyglądały mordki prawie oswojonych szczurów.
Fiedzia się zdziwił / on nie raz jeszcze będzie się dziwić osobliwościom Filimonowki, aż przyzwyczai się do jej powszedniewności/
Babka o półzamkniętych ślepych oczkach, huśtała się jak wahadło, trzymając na rękach rudego koguta o obgryzionym grzebieniu i śpiewała chuligańskie czastuszki, których przetłumaczyć nie jesteśmy w stanie, lecz z których swoistym potokiem leciały wulgarne niecenzuralne wyrażenia i w których chuje i pizdy były w tej wiązance jeszcze nie samymi gorszącymi.
Fredzia Szapoczkin oburzył się, starucha chyba zwariowała, jeśli oto tak swobodnie wśród białego dnia narusza prawo, bowiem Duma zupełnie niedawno wydała postanowienie zakazujące używania niecenzuralnych słów w miejscu publicznym. Zauważywszy zażenowanie Fiedzi Szapoczkina babka jeszcze głośniej, jeszcze bardziej chwacko powtórzyła sprośne kuplety. I tu Fiedzia Szapoczkin zauważył, że babka jest absolutnie pijana. Obywatelko,- zaczął on srogo,- czemu naruszacie społeczny porządek?
Babka podniosła na niego zamglone oczęta i dziarsko zapytała: „A co, aresztujesz? Dawaj, jestem gotowa,- i ona puściwszy koguta, przywiązanego za nogę mocnym sznurkiem przeciągnęła mu ręce dla zakłucia w kajdany.
Zupełnie niedawno babka ze swego tranzystora usłyszała audycję o aresztantach w duńskich więzieniach: tam w celi jest prysznic i telewizor, jeść tam dają trzy razy dziennie i same delikatesy, a na deser kawa i kawałek tortu. Żyć nie umierać w takim więzieniu. Och, choćby miesiąc pożyć w takich warunkach , myślała baba Musia, uczciwie gotowa naruszyć prawo. I teraz w jej pijanym mózgu areszt skojarzył się z duńskim więzieniem, coś w rodzaju dobrego sanatorium, w którym ona raz pobywała za kołchoznych czasów.
Wzrok Fedzi Szapoczkina zatrzymał się na ogromnym skleconym z desek stole, pod rozłożystą brzozą, na którym wzdłuż jego szerokości i długości były rozsypane kiełkujące ziarna pszenicy. „A jeśli ty przyszedłeś odnośnie samogonu, to nie masz prawa, ja nim nie handluję, dla swego własnego użytku pędzę.’- powiedziała baba Musia, złapawszy wzrok Fiedzi.
Pomylili sie z kretesem klasycy satyrycznej naszej literatury Eugeniusz Pietrow i Ilja Ilf, twierdząc, że samogon można pędzić z byle czego, nawet z taboretu. No nie, z taboretu samogonu nie ugotujesz. A najlepszy w świecie samogon pędzi babka Musia z kiełkujących ziaren pszenicy. Chcesz, kochasiu spróbować,- zaczepiła ona śledczego.
Dowiedziawszy się, że Fredzia Szapoczkin poszukuje dom Aleksieja Iwanowicza Tereszczenko, babka troczę pomyśliła, potem powiedziala:”Odnośnie Alekseja Iwanowicza nic nie wiem, a jeśli ty szukasz Lońkę Cygana, to oto tam jego chata i babka wskazała na drewnianą izbę trzy domy dalej. Potem babka pointeresowała się A po co on tobie? Znowu nachuliganił? Wczoraj Lońka Cygan pijany biegał po wiosce w rozchełstanej koszuli głośno wykrzykując: „Zabili gady, jedynie bliską istotę zabili suki,- i ogromny kamień poleciał do jedynego oszklonego okienka babkinej chalupki. Przyjemnie zdziwiona operatywności milicji babka pointeresowała się: a kiedy będziecie wstawiać? Czego wstawiac? -nie zrozumiał Fiedzia Szapoczkin. No okienko moje, które wczoraj Lońka rozbił.
Co za dziwna wioska, pomyślał Fiedzia.
Lecz nie zdążył on zrobić nawet pary kroków, jak kogut ze skrępowaną sznurem nogą, sępem rozprostawszy skrzydła z głośnym gdakaniem rzucił się na Fedzię i w szaleńczej furii zaczął go dziobać, usiłując trafić do oczu. Odbijając od koguta dwoma rękami Fiedzia Szapoczkin zakrzyczał babce: Zabierzcie waszego wsciekłego koguta, obywatelko! Baba Musia nie robiąc żadnego kroku, żeby wstrzymać wściekłości koguta ze zrozumieniem kiwała głową i mówiła: Nie polubił ciebie Naczelniku mój kogucik, och nie polubił”. W oddali stała zgraja chłopców i głośno się śmiała.

:
Jest to moja najnowsza powieść, fragnmenty której zostaną zamieszczone w internecie na abooku. Gatunek literacki- detektywistyczno- polityczno- satyryczna powiesć, oparta na realiach radzieckiej rzeczywistości, gdy w epokę Gorbaczowa rozpadał się ZSRR, a wraz z nim zachodziła degradacja ludzi. Totalne pijaństwo na wsi, złodziejstwo, łajdactwo- jak na dłoni wsród starej generacji ludzi ogromnie biednych materialnie i bogatych duchowo. Spodoba się Czytelnikowi, jestem tego pewna, bo nie ma w niej nudy, interesująca intryga- no i Katarzyna Wielka , która wsławiła tę wioskę, bo w 1878 roku jadąc z Potiomkinem na Krym, raczyła posikać pod brzozą w tej wiosce. Pozdrawiam moich czytelników. Elwira Watała.

:
Uff! - mocne ;) :) baba Musia i Fiedzia Szapoczkin :)

:
:ok: Podoba mi sie styl: soczysty i zywy, dobrze sie czyta:)

Odpowiedz do tematu
Skocz do:  

Pełna wersja forum
Powered by phpBB © phpBB Group
Design by Vagito.Net | Lo-Fi Mod.