Bez tytułu
Odpowiedz do tematu

: Bez tytułu
Pamiętacie mnie jeszcze? :)
Coś do poczytania, mały początek. Jednocześnie chciałam się pochwalić, że niedługo, najprawdopodobniej, wydaję tomik!

***

- Pani jest taka złośliwa! - mówi, a potem pociąga nosem stara zapijaczona baba.
Ja nie odpowiada. Ja jest znudzone, siedzi cicho i odwraca wzrok. Potem słyszy huk i mroczną muzykę.
- Pani o tym wiedziała? - pyta ja.
- Tak.
- Dlatego tu pani przyszła? - ja przełyka ślinę.
- Tak.
- Więc już jest po mnie?
- Tak.
Ja ma spocone dłonie i twarz. Ja prosi o jeszcze jednego drinka. Ja nie krzyczy "królowo", ja już od dawna nie mówi nic. Wcale. Ma palce w buzi, bardzo samotne stworzenie, które udaje detektywa. A potem ma milion myśli w głowie i chce mówić słowa, których nie zna nikt. Ja się bardzo boi. Bo ja żyje w strachu o nic.
Proszę dać spokój mojemu ja.

Tak właśnie myślałam, ale w ogóle nie poznałam tej starej pijaczki. Wszyscy o niej mówią, że mówi od tyłu, ale ja to tylko pierwsze słyszę. Ja tam siedziałam, czekałam na jakieś zlecenie. Od zawsze tam siedzę i czekam, aż ktoś rozkaże mi szukać jakiegoś faceta, który okaże się być wielkim poetą albo wielkim pijakiem. Ale nie, żadnych zleceń. Ta stara pijaczka to chyba w ogóle nie ma imienia, ale nie wiem. No i ją rozpoznałam. A jak ją rozpoznałam, to wiedziałam już, że to jest to.
- Nie tamto - mówi do mnie.
A potem pochylam się lekko i głowa spada, włosy lecą. Ale ja nie chcę o tym wiedzieć. Podchodzi do mnie barman i pyta czy zamawiałam żółty szalik, ale ja już nie wiem o co chodzi.

Pamiętam, miałam kiedyś takiego faceta, który mówił ciągle, że to jest mój strach, moja sprawa, moje bary, moje życie, moje mieszkanie, moje romanse, moje nieistniejące akcje detektywistyczne, a ja mu odpowiadałam: moje, moje, moje...
Zawsze moje. Wszystko, kurwa, moje.
Ale ja nie chciałam. Chciałam chodzić po ulicach, udawać faceta, trochę żyć. Pocożyć. Żyć, bo ćpanie się znudziło. Bo byłam martwa. A teraz ledwożywa. Ale jestem jakaśtam. Ja, ja. Znowu ja. Zawsze tak było, ja, ja i ja. A ja?
Nie ja.

No i on mi chciał powiedzieć, że źle skończę. Ale nie powiedział.
Skurwysyn.

To nijakie ja, które mieszkało (zawsze trzeba mieszkać, kurwa, jaka jestem dzisiaj zdenerwowana) w wynajętym mieszkaniu za pieniądze, których ja nie widziało. Ja, które pracowało. Ja istniało i chorowało na martwicę.
Matka mówi, że martwicę sobie wymyśliłam. Nieważne, podoba mi się ta nazwa. Mogę mówić co chcę, a o martwicy lubię. A potem ona podchodzi do mnie, szarpie mnie za mój wymyślony krawat i krzyczy, że dziecko mi się zgubiło. Ja nie odpowiadam. Mam dość niejadalnych matek.
Ojcowie są jadalni. Albo chorują na Wniebowstąpienie.

Pewnego dnia budzę się i poznaję. W milczeniu absolutnym krzyczę o Rimbaudzie, że mamy taki sam numer buta! Chodzę po pokoju i widzę. I wiem, że wiem. Odsuwam szuflady i zaczynam się gubić w swoich myślach. Budzę się i nie wiem.
Przecież wtedy musiałam obudzić się po raz pierwszy. Już tak stara i niepoznająca siebie w lustrze. Dlaczego musiałam obudzić się z mojego życia. Dlaczego ktoś żyje za mnie. Ja już tego nie mogę słuchać, naprawdę nie mogę. Dlaczego. Dlaczego, niech znowu zasnę. Znowu, proszę, gdzie jest ta granica między świadomością, a nieświadomością. Dlaczego nie mogę siebie poznać. Dlaczego takie obce ja.
Kto mi zapłaci za moje lęki i wszystkie strachy. Niech kogoś poboli za mnie. Potem muszę płakać i obstawiać złoty strzał, bo chyba nie umiem. Nie wiem. Tak bardzo się boję życia, które nagle do mnie przyszło. I ja nie znam mojego życia, które teraz żyje we mnie! Dlaczego muszę odprawiać tak ogromną karę! Pokutuję wszystkie pokuty każdych.
Ja! Ja! Wymyślony detektyw! Ja pokutuję!

Przecież ja nie mogę. Za bardzo mnie boli. Za co ta kara, Jezu, Jezu. Hoduję sobie kamienną twarz i mam piękne dłonie grzesznika. Ja jest grzesznikiem. Ty nie jesteś, on nie jest, ona nie jest, a ja, kurwa, jestem.
Chciałam być Najgorszą i Najgorszą zostałam.
Teraz będzie Najlepszy. A mama mi mówi, że może być już tylko najlepszy z najgorszych. Nieprawda. Nie mogę już znieść tego natłoku słów i myśli. Chciałabym uciekać, płakać, kłamać, sypiać. Ale to Ja. Żadnych ochrzczeń.

Chciałabym, a powinnam. Właściwie to pięknie śnię o przerażających przestrzeniach i garbatych nosach. Dlaczego nie powiedziano mi o uszkodzeniach mózgu. To prawda, że wmówiłam sobie życie Tego, którego nie było. Ale teraz czas przestać, czas to skończyć. Ona mówi: bierz dupę w troki, zawsze mnie to śmieszyło. A potem się okazuje, że jednak nie mówi.
Zawsze jest to „potem”.

- Cześć, witam, dzień dobry – to znaczy wchodzę tam, gdzie nie powinnam wejść.
- Cześć – odpowiadam oschle, choć mogłabym tego nie robić.
- Znowu zgubiłaś dziecko? – odwracam się, jakaś szczerząca się morda zadała mi idiotyczne pytanie.
- Czy ja naprawdę zgubiłam dziecko? – mówię szeptem do tego, do którego nie powinnam.
A on mi odpowiada: kto cię tam wie.
Kto wie? Ja wiem. Czy nie powinnam powiedzieć: mnie wiedzą! Mnie myślą! Mnie mówią! To mnie! Nie ma ja!
- Franek.
Nie, to na pewno nie. Nie. Skąd. Nie.
- Franek.
- Franek.
Przecież muszę odpowiedzieć „co”, mam dość tego słowa. Nie nazywam się Franek, ale mówią mnie Franek, więc odpowiadam „co”, bo to „co” chcą usłyszeć. A co to za różnica, imię, nie imię.
- Co.
Ale nie ma żadnego „co”.

Moje myśli uciekają w innym kierunku. Zamyślam się, urządzam w myślach wieczorek poetycki. Nie myślę, bo nie umiem. Boli mnie. Jęczę do siebie myślami. Nie chcę patrzeć, więc piję. Milcząc, piję. Bo ja jestem z tych Milczewskich, co jak trzeba mówić o poezji, to milczą. To i tak nieprawda.
Spotkałam ją wtedy, gdy byłam trzeźwa od trzech miesięcy. Doskonale to pamiętam. Spytała mnie, czy może nazwać się poetą. Ale ja wtedy nie znałam tego słowa. Taka biedna, smutna pijaczyna. To było chyba czterdzieści lat temu, a ja liczę na palcach. Taka szczupła, a nawet wychudzona, mówili na nią To Ta. Miała brązowe włosy i nieobecne spojrzenie. Zakochała się we mnie, a ja uciekłam.
- Postanowiłam udawać Franka – powiedziała wtedy do mnie Ta. Nie była pijana, trzeźwa też nie. Siedziałyśmy gdziebądź, a ja się bałam.
- Przecież to mnie mówią Franek. Czemu…
- Bo tak! – Przerywa mi wrzaskiem. – Bo się zamienimy! TO TA! TO TA! – Macha rękami i pokazuje na mnie, po czym podaje mi rękę i szepcze: Franek.
A ja odpowiadam: Ta.
- Lepiej sobie to zapamiętaj.
Zapamiętałam to i wyszłam. Po raz kolejny spotkałam ją, gdy zostałam etatową dziwką.

Teraz dziwka o imieniu To Ta, czyli Ja, robiła karierę swoim imieniem. Oprócz tego, że była dziwką i opowiadała zmyślne historie o dziwkach na krzyżu, była etatowym detektywem. A było to sto lat temu. Znałam wtedy takiego gacha, mówili na niego Gach. Zawsze miał papierosa w ustach i okulary na środku czoła. Mówił mi, że wiję się jak kotka, i że powinien się do mnie dobrać. A ja mu odpowiadałam: powinieneś.
Jeździliśmy wtedy po całym mieście, wszyscy ludzie wyglądali bardziej tak samo, niż zwykle. W ogóle nie pamiętałam o tym, że mam na imię Franek, choć to mało prawdopodobne. Gach w końcu powiedział: chciałbym zrobić coś szalonego!
Ale co, jeździmy, szukamy Bóg-wie-kogo i nikogo nie spotykamy. Jest już późno, zatrzymujemy się w barze ze striptizem. Wchodzę tam, a każdy krzyczy: To Ta! To Ta! A ja chciałabym ściąć się na łyso i chodzić w męskich pantoflach. Ale nie za to mi płacą. Płacą mi pieniędzmi, których nigdy nie widziałam, a Gach się tylko śmieje. Gdy tak siedzieliśmy i piliśmy, przypomniało mi się, że wcale mnie tam nie ma. No i potem szturcha mnie Tamta i mówi, że znowu się zawiesiłam. Przeżywałam wtedy największe zagubienie świata i czytałam Rimbauda. Po obudzeniu się wciąż byłam w barze ze striptizem.
Często spotykałam tam takiego malarza, który był zawsze zbyt pijany. A mi się marzyła tylko Dziwka Mamba, którą kiedyś spotkałam totalnie uwaloną. Myślała wtedy, że też jestem Dziwką. A ja jej odpowiedziałam: jestem. Jestem.

Te obrazy migają mi w głowie.

Zaczęłam liczyć. Pewnego dnia po prostu zaczęłam liczyć dni, a był dzień siódmy. Wyszłam z domu, a na drugie imię miałam Barbara, więc tylko powinnam wychodzić z domu, by iść na końcówę albo jechać na helu-Hel.
Już wychodzę z pociągu, wychodzę z dworca, krzyczy jakiś facet, obłędny facet: Rosiek! Rosiek! Ja się odwracam, przerażona. A on w czerwonej skórze, dwa metry, ogolony na jeża i ufarbowany na rudo, z mordą na ćpuna i kolczykiem w brwi. On idzie do mnie. I mówi, że dawno mnie tu nie było.
Ja się przestraszyłam, a ten złapał mnie za rękę. Był takim Maleńczukiem z ulicy. No i wiecznie gadał o ćpaniu. Zaczęłam pytać czy brał MXE, 3-4dmmc, pentedron, mefedron, ale on nie. On jedzie tylko na herze. Wtedy ja, dość błyskotliwie, powiedziałam: „A NEB?” Wtedy on: „MMM!” Szliśmy do meliny, która zawsze mi się marzyła. Melina, gdzie jest mnóstwo facetów z brodami i kolczykami. Mają czarne skóry i są obłędnie chudzi. A gdy już tam doszliśmy, to wcale mnie nie było.

Chodziłam czasem po ulicach z myślami: czy jeszcze kiedyś spotkam tego, który zniszczył moje życie? Nastrajałam się na tanie romansidło, na tanią kryminalną historię, na „trudne sprawy” i „ukrytą prawdę”. Tak to widziałam, te moje wędrówki, które mogłyby być wędrówkami jak w „Głodzie”, były tylko TANIM przechodzeniem z miejsca na miejsce. Moim własnym bezsensem. Ale już wtedy utraciłam swoje imię po to, żeby stać się kimś wielkim.
Przepraszam, błąd, kimś nieistotnym.

Byłam bardzo zła, żyjąc w ten sposób. Brakowało tych prowadzących mnie świateł, fanfar i groźnej muzyki, wtedy gdy jest potrzebna. Życie było pełne niepokojów, smutnych ciągnących się rozpaczy i miałkich Bogów. Miałkich jak Miałczewscy, ci pijacy. Byłam zła i zawiedziona. Zatrzymałam się w miejscu i szukałam sposobu na przeżywanie życia. Ale każdy mój pomysł był absurdalny.

Niekochany nie zdradza, a ona mnie zdradziła. Akurat wtedy, gdy sama siebie zdradzałam.
Ona, która żyła z zapomogi społecznej, była moją ulubioną kobietą. Trochę niezrównoważona z cienkimi nogami i większym brzuchem, ale dość ładna. Wystarczająca. Taka, która dużo pali i lubi, gdy się ją obraża. Taka, która dużo mówi i kocha mnie nad życie.
Moja idealna kobieta zdradziła mnie z moją drugą idealną kobietą. Ale o niej nie warto mówić. Miała tylko na imię Agata i taki dziwny wzrok. Taka etatowa narkomanka. Ciągle mówiła to „etatowa”, ale kochałam się w niej.
W końcu była siedemnasta, a Agata nigdy nie lubiła siedemnastej. Piła colę gdziebądź, a smakowała jej jak cola z wódką. Była tak zdezorientowana tym faktem, że nie potrafiła myśleć o niczym innym. Tylko cola i wódka. I o co chodzi. I gniłaby tak dalej, gdyby nie przysiadło się do niej pięcioletnie dziecko.
Ona mówi: co?
- Co? - pyta dziecko.
Idzie, wychodzi, dziecko się do niej klei, obślinia ją, wbija w nią paznokcie, doczepia się do jej nogi, Agata krzyczy i się szarpie, a dziecko się śmieje. Ona przeklina, dziecko też przeklina. A ludzie chodzą.

- Co pani! CO PANI! - wrzeszczy stara baba.
- GÓWNO! - Agata na to. Nie lubi tak mówić, ale tak mówi, bo nie wie już, co na tym świecie robić.
Złapała w końcu to dziecko i wzięła na ręce. Chciała krzyczeć, ale serce jej miękło. Rzuciła to bezpłciowe dziecko na ziemie i poszła. Zaczęło płakać. Agata też. I nie minęła godzina, a Agata już była w mieszkaniu, którego nie potrafiła nazwać swoim mieszkaniem, bo była taka... No, taka.
A gdy już tam była, to dziecko też tam było.


Byłam bardzo ciekawa, co zrobi teraz Agata. Czy dziecko sprzeda, zgubi, może zabije, zamorduje, sama nie wiem. Dziecko bez płci, ni chłopak, ni dziewczyna, jakieś nie wiadomo co, ale całkiem ładne. Bardziej zwierzątko, niż dziecko, ale może być.

:
indianer napisał/a:
Pamiętacie mnie jeszcze?
Coś do poczytania, mały początek. Jednocześnie chciałam się pochwalić, że niedługo, najprawdopodobniej, wydaję tomik!
Pewnie, że Cię pamiętam(y) :D Wspaniała wieść z tym tomikiem, to ja poproszę jeden z autografem :D

Poczytam później :)

"Masz styl i masz klasę, zostań moim przydupasem".
Stephen King "Ręka mistrza"
:
Ciężkie...
Ale chyba o to chodziło, nie? ;)

indianer napisał/a:
Pamiętacie mnie jeszcze?
Coś do poczytania, mały początek. Jednocześnie chciałam się pochwalić, że niedługo, najprawdopodobniej, wydaję tomik!


Chyba już się nie pojawiałaś jak się zarejestrowałam na KGB, ale czytałam Twoje teksty :)

Gratuluję wydania tomiku ;)

"Wkrótce nie będzie już wrogów.
Osiągniemy spokój i równość.
Będziemy żyć w zbiegach okoliczności.
Wierzymy w ekwiwalenty.
Nie będziemy się różnić.
Zjednoczymy się.
W końcu będziemy niewolnikami."

Rodrigo Garcia
GOLGOTA PICNIC
:
indianer napisał/a:
Pamiętacie mnie jeszcze?

Coś do poczytania, mały początek......
Pewnie że pamiętacie , a nawet teskniliście!!! .... :)

Co ty z tymi początkami ? Zwiastuny, teleklipy porypało was.....
No ładny :D , nie wkur.... mnie jak te wcześniejsze nawróciłaś się na słuszniejszą drogę :D Ale ty wiesz , mówili ci pare razy piszesz fajne zdania ,jedno za drugim .... To co bede powtarzał ... czekam na jakis koniec. STAĆ CIE na KONIEC! :)

A na tomik z podpisem tez sie zapisuje ...więcej!
--- moge go nawet kupić za pieniądze! , jak akurat bede miał .... Nawet jak nie przeczytam to se postawie i bedzie stał i cieszył :)

hmmmm..? :(
:
Dzięki! Też trochę tęskniłam, serio.

Mam dalszy ciąg tego, ale piszę już nowe (muszę skończyć!!!), to na razie nic nie wrzucam.
Jak tomik wyjdzie, to napiszę gdzie i jak :)

Odpowiedz do tematu
Skocz do:  

Pełna wersja forum
Powered by phpBB © phpBB Group
Design by Vagito.Net | Lo-Fi Mod.