Forum KGB
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Od niewoli do niewoli - Andrzej Rosiewicz
Autor Wiadomość
Mikuli 
Przedszkolak


Dołączył: 13 Lis 2014
Posty: 1
Wysłany: 2014-11-14, 13:32   Od niewoli do niewoli - Andrzej Rosiewicz

Rozdział IV
„Najwięcej witaminy” - jeszcze trochę o jazzie i nie tylko

Szwedki są wysokie, zgrabne, higieniczne, zdrowe,
Ale ponoć dosyć chłodne, bo... polodowcowe.
Trzeba przyznać, atrakcyjne, zwłaszcza Szwedki młode
Ale jakbyś czuł się w domu, w którym wieje chłodem?!

Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny
I to jest prawda, to jest fakt: dziewczęcy urok, wdzięk i takt...
I chyba w całym świecie piękniejszych nie znajdziecie.
Za jeden uśmiech oddałbym Chicago, Paryż, Krym!

Są Francuzki, które ponoć słyną w świecie z mody,
Zdobią twarze w makijaże i pachnące wody,
Lecz jak czułbyś się nad ranem idąc do roboty,
Gdybyś nagle poczuł w nozdrzach zapach firmy Coty,
Albo zamiast pokowboić w dalekiej Syberii - co?
Miałbyś całe swoje życie spędzić w perfumerii?

Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny...

Od Rosjanki chciałem buzi, rzekła mi: nie nada...
Bardzo miłe są Węgierki, ale nie pogadasz...
Czeszka tylko mnie rozśmiesza, chociaż lubię Czechów -
Gdybym wydał się za Czeszkę, umarłbym ze śmiechu!

Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny...

Niemki czyste, oczywiste, dobre są na żonę,
Miałbyś zawsze wysprzątane mieszkanie z balkonem,
Lecz jak czułbyś się w tym domu czystym, oczywistym,
Gdyby w kuchni ktoś przy dziecku mówił po niemiecku???

Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny...

Są Japonki bardzo grzeczne, ciche, ciemnookie,
Wschodnie gejsze niedzisiejsze, skośne, niewysokie,
Może dałbym się Japonce nawet zauroczyć,
Ale jak tu takiej Chince spojrzeć prosto w oczy???

Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny...

Czy może opowiedzieć Pan jeszcze o swojej działalności w latach 70-tych?
Tak, grałem wtedy z Asocjacją Hagaw z którą wyjeżdżaliśmy do Niemiec. Nagraliśmy wtedy dwie płyty w Niemczech Zachodnich. Nazywały się „Oldies but goodies”, starocie, ale naprawdę fajne starocie. Były tam stare piosenki amerykańskie. Nagraliśmy poza tym jedną, czy dwie płyty ze starymi, rozrywkowymi piosenkami niemieckimi. Jedną płytę długogrającą wydaliśmy też w NRD, ale tam klubów jazzowych było jak na lekarstwo. W Berlinie Wschodnim graliśmy tylko raz.
Z ciekawych występów pamiętam, jak występowaliśmy we Friedrichstadt-Palast, choć nie odnieśliśmy tam wielkiego sukcesu. To była najsłynniejsza rewia NRD-owska robiona z rozmachem. Była tam wspaniała sala na dwa, trzy tysiące miejsc. Była też wspaniała grupa baletowa, orkiestra, kostiumy, choreografia itd. Chcieli być konkurencją dla Zachodu i naprawdę robili tę rewię na wysokim poziomie. Kiedy tam byliśmy, na koncercie występowało trzech wykonawców. Pierwszym był Wojciech Skowroński, bluesman, który siedział przy fortepianie i świetnie śpiewał. Być może towarzyszyła mu jakaś sekcja rytmiczna. Człowiek z wielkim temperamentem i jeden z największych polskich talentów, jakie widziałem. Drugim był Andrzej Rosiewicz z zespołem Asocjacja Hagaw, który grał happy jazz. Trzecim w końcu był Czesław Niemen, który okazał się najważniejszą gwiazdą tego wieczoru, na którą wszyscy czekali. Prezentował wówczas pop music, muzykę popularną, ale na mocnych gitarach. Prawdopodobnie grał już wtedy ze swoim składem, albo z SBB, taką śląską grupą Silesian Blues Band, z którą współpracował i która mu akompaniowała.
Znałem już Czesia Niemena, rozmawiałem z nim wtedy i pamiętam, że puentą tej rozmowy było jedno z najśmieszniejszych zdań, jakie można było usłyszeć w rozrywce. Czesio Niemen występował wtedy mając długie włosy, fajny, kolorowy strój i takie wiosło, jakby gitarę z klawiszami, którą miał przerzuconą przez ramię. To nie była szarpana gitara, tylko klawisze. Miał wtedy taką choreografię, jaką mieli wszyscy starzy rockmani, to znaczy grając, szedł w bok podnosząc kolana. Miałem wiele wspólnego z tańcem, więc się na nim znałem i zwróciłem się wtedy do niego: „Czesiu, teraz grasz z Silesian Blues Band, a to już jest zawaansowana muzyka rockowa, do której nie pasują już te kroki, co ty robisz”. Wtedy powiedział to niezwykle śmieszne zdanie: „ja już teraz mniej tańczę”. To było piękne, bo nikt go chyba w ogóle w tańcu nie widział. On głównie siedział otoczony elektroniką i różnymi sprzętami. Muszę sobie robić teraz wyrzuty, że może Czesiek by się tanecznie rozwinął, ale przez to, co mu powiedziałem, zwątpił i przestał tańczyć.
Dostał pan pierwszą nagrodę na koncercie "Premiery" w Opolu w 1980 r. za „Najwięcej Witaminy”. Może Pan opowiedzieć o powstaniu tej piosenki?
W 1980 r. wyjechałem do Chicago. Występowałem tam najpierw z Hagawem, a potem radziłem sobie sam, z jakimś big bandem. Później był też Andrzej Rosiewicz Show, dalej jakaś grupa baletowa, chórek. Byłem tam gwiazdą i miałem dużą popularność. Któregoś dnia zadzwonił do mnie z Chicago Zbyszek Hołdys i powiedział mi, że on tam gra ze swoją grupą, która nazywała się Perfect. Grali w lokalu Millford Lounge. Znajdowała się tam sala taneczna, gdzie były stoliki pewnie na czterysta osób. Właścicielem tego lokalu był Władysław Lenczowski, a mówiło się tam na niego po angielsku Wally Lenczowski. On właśnie zapragnął, żebym ja tam wystąpił. Zbyszek Hołdys wahał się wtedy, czy mnie angażować, a powodem była chyba stawka jaką zażądałem. To było jakieś 800 dolarów za weekend, a wtedy dolar bardzo wysoko stał w Polsce i za jednego dolara można było kupić whisky w Peweksie.
Występowałem jako gwiazda w czasie zabaw, które się tam odbywały. Wally Lenczowski wynajął mi jakiś pokój. Potem zaprzyjaźniłem się z tymi właścicielami. Miałem wtedy spory zespół, robiłem jakieś próby rewiowe i ciągle marzyłem o zrobieniu jakiegoś większego widowiska z dużą grupą baletową, chórkami i zespołami. Ciągle miałem pod skórą tę chęć żeby współpracować z jakimiś innymi podmiotami.
Tak sobie pomyślałem, że w tym Millford Lounge jest duża sala dancingowa, balowa i jest około szesnastu kelnerek. To były Polki, młode, ładne dziewczyny jednakowo ubrane. Miały czerwone bluzeczki i jakiś napis na nich pewnie "Millford Lounge" oraz czarny dół. Rewia ma to do siebie, że jak balet występuje to ma te same kostiumy. Patrzę na te dziewczyny i myślę, że na pewno są jakoś zdolne. Dlaczego więc by nie zrobić jakiejś rewii z tymi dziewczynami, jakiejś grupy baletowej. Jest duży parkiet taneczny, jest wysoka scena, na której jest zespół taneczny, są stoliki, więc czemu nie?
Zastanawiałem się tylko, co to mógłby być za numer. Wpadłem wtedy na pomysł, że może to być coś o dziewczynach. Zaraz więc nasunęło mi się, że to powinno być o polskich dziewczynach. Szukałem rymu do „dziewczyny” i przy śniadaniu zrymowało mi się z „witaminy”. Człowiek nie wymyśla sobie na siłę trudności, ale szuka tego, co najbliższe, co lud odbiera najszybciej. Jak już więc miałem „najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny” złapałem się tego, jak ćma lampy i stwierdziłem, że teraz trzeba tylko ogrywać ten temat. „Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny i to jest prawda, to jest fakt...” i dalej już szło. Powstał refren. Co dalej o tych dziewczynach? Trzeba zobaczyć je na tle innych dziewczyn, jak one wypadają, a więc: „Szwedki są wysokie, zgrabne, są Francuski, które ponoć słyną w świecie z mody, od Rosjanki chciałem buzi, Czeszka mnie rozśmiesza” itd., są Japonki, są Niemki i na tym tle zaistniały że jednak najlepsze są te polskie dziewczyny. Inne mają zawsze jakiś rodzaj drobnej wady, których Polki nie mają.
Miałem taką znajomą, niestety już świętej pamięci, redaktorkę z Wrocławia, Ewę Stramską, która była moją wielbicielką. Myśmy się znali długo, a wszystko zaczęło się od tego, że jak miała czternaście lat, to przyszła do mnie z mikrofonem jako redaktorka radia szkolnego. Później pracowała także jako redaktorka w radiu we Wrocławiu. W 1980 r. przyjechała do Warszawy i pokazując jej miasto mówię do niej: „Słuchaj Ewa, chcę zgłosić taką piosenkę do Opola”. Następnie zaśpiewałem w samochodzie, bez akompaniamentu „Najwięcej witaminy”. Ona wysłuchała do końca i powiedziała: „pierwsza nagroda”. Te słowa okazały się prorocze.
Wykonywałem ją w Opolu z orkiestrą, w czarnym kombinezonie i w słomkowym kapeluszu. Miałem też takiego doklejonego słowika na plecach. Z przyjemnością wspominam takie zdanie Andrzeja Trzaskowskiego, który był jednym z najwybitniejszych jazzmanów w Polsce, który prowadził orkiestrę radiową i był wtedy przewodniczącym jury. Kiedy spotkaliśmy się na kolacji powiedział mi, że słowa tej piosenki niezwykle pasują do muzyki i jest w niej przez to taki rodzaj harmonii.
Przypomina mi się także taka ciekawostka, jak byłem w hotelu Opole w Opolu. Było to już po konkursie, a następnego dnia miał być finał, koncert laureatów. Reżyserem festiwalu był wtedy Jerzy Gruza, a dyrektorem Zbigniew Napierała, który wcześniej pełnił funkcję dyrektora estrady poznańskiej. To był elegancki i przystojny pan w garniturze z angielskimi manierami. W 1980 r., kiedy był obóz państw socjalistycznych, obowiązywały pewne ograniczenia. Mówi więc do mnie: „Panie Andrzeju trzeba by troszkę poprawić tekst tej piosenki w jednej zwrotce”. Pytam się: „w której dokładnie?”. Odpowiedział mi: „w tej, w której pan śpiewa o Niemkach: Lecz jak czułbyś się w tym domu czystym, oczywistym, gdyby w kuchni ktoś przy dziecku mówił po niemiecku?". Niemcy z NRD to nasi przyjaciele i nie należy tak o nich śpiewać. Broniłem tej piosenki, bo jednak jakaś wolność słowa musi być, a tutaj przechodził właśnie Janusz Kofta, znakomity poeta, niestety dziś już nieżyjący.
Myśląc o nim mogę powiedzieć, że nie można się nauczyć bycia poetą, ale trzeba się nim urodzić. To jest dar od Boga. Jest taka forma ujmowania słów, zdań, pojęć właściwa jedynie dla poetów. Teksty jego piosenek takie, jak „Jej portret”, którą śpiewała Hanna Banaszak, „Śpiewać każdy może”, którą wykonywał Jerzy Stuhr, czy „Pamiętajcie o ogrodach”, do której muzykę skomponował Jan Pietrzak świadczą o tym, jak wielkim był artystą. Ten właśnie Janusz Kofta przechodził, kiedy broniłem swojej piosenki i zapytałem wtedy Janusza, czy jego zdaniem trzeba zmienić ten fragment o Niemkach. Janusz Kofta, który wydawał się być po paru drinkach, trochę wstawiony powiedział z tą swoją pewnością siebie: „można to zmienić, ale wtedy nie można mówić o sztuce”. Zapamiętałem sobie to piękne zdanie, które pamiętam przez całe życie.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Wersja forum PDA/GSM

Template NoseBleed v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne

Forum administrowane przez: Grimlock, Nieznany


Forum Książki - zapraszamy!